5/2026

Jerzy Franczak

Opowiadania, których nie napisałem

Sezon
Spośród wszystkich słabości Piotra Fischera najfatalniejsza była ta, że kochał swoją żonę bezwarunkowo.

Tak zamierzałem zacząć opowiadanie, ale ponieważ go nie napisałem, powinniście to zdanie natychmiast zapomnieć. Może było ono efektowne, ale mocno na wyrost, bo tu nie chodzi o miłość, a Fischerki nie mają ślubu i chyba już nie będą go mieć, chociaż kto to wie. Ale od początku. Dla mnie ta historia zaczyna się na lotnisku Fiumicino. Wracamy z Malty z przesiadką w Rzymie, stoimy cierpliwie w kolejce, a właściwie w dwóch kolejkach, ja w zwykłej, a Kaja w priority, bo ma nasz bagaż podręczny, i nagle mówi, że przecież miała mi o czymś powiedzieć, po czym mechanicznie rozgląda się na boki, czy ktoś nas podsłuchuje, ale dookoła Włosi, Francuzi, paru Niemców, więc mówię „spokojnie, można gadać”. I wtedy…

Od razu dopowiedzmy jedną rzecz: to nie jest historia o nas, choć mógłby to sugerować powyższy wstęp. Najlepiej go zapomnijcie. Jesteśmy co prawda zupełnie niepodobni do innych szczęśliwych par, ale nie dałoby się o nas napisać uczciwej historii. Skupcie sią na tym, co mówi Kaja, a mianowicie, że Fischerki wybrały się w podróż narzeczeńską. Odczekali chwilę, żeby trafić w końcówkę sezonu, a potem pojechali do Barcelony i na Costa Brava. Pamiętam, trzymaliśmy kciuki za oboje, bo pierwszy raz się zdarzyło, żeby Zuza wytrwała w związku tak długo, a znamy się praktycznie od zawsze. I nagle (mówi Kaja) coś się w tej podróży wydarzyło… Jej mina sugeruje, że już nie są razem. Już nie są razem, pytam. Dlaczego? Podobno Piotr oszalał z zazdrości. Jak to? Nieeee, niemożliwe… Zamurowało mnie. A jednak to prawda. Jechali przez Lazurowe Wybrzeże i pokłócili się tak bardzo, że wrócili osobno. O co poszło – nie wiadomo.

Gdybym pisał opowiadanie, musiałbym wymyślić jakieś uzasadnienie, bo pisanie opowiadań na tym polega. Oto hipoteza pierwsza: poszło o akronimy. Dziwili się, że OTAN to francuska nazwa NATO, i słusznie, bo wygląda to jak przejaw infantylnej przekory, a potem zeszło na skrót SIDA, który oznacza AIDS. Zuza twierdziła, że używają obu wariantów, Piotr upierał się, że nie, ona że „nigdy nie wiadomo”, no ale co nie wiadomo? Pięć minut później było jasne, że nic nie wiadomo dopóty, dopóki się nie zrobi testu, a ona raz go zrobiła, po powrocie z Erasmusa. Czyli zanim związała się z Piotrem. Po co? Tego chyba nie musi tłumaczyć, może raczej on powinien wytłumaczyć, dlaczego sam tego nie sprawdził, skoro traktuje poważnie ich związek. Piotr na to, że miał wcześniej tylko jedną poważną relację, no dobra, ale co to właściwie zmienia? Wyobrażam sobie, że rozmowa toczyła się coraz wolniej, aż zgasła, a w jego głowie kotłowały się zupełnie nowe, bardzo nieprzyjemne myśli: że co prawda zna jej przeszłość, ale tylko w najogólniejszym zarysie; że w sumie to tak, jakby nie znał jej wcale; jakby ona była obcą osobą; jakby celowo przed nim coś ukrywała. Logika tych myśli była nieodparta, choć cokolwiek szalona. Zaczął myśleć o jej byłych partnerach: ilu ich było, jak wyglądali, jaką barwę miała ich miłość, jak smakował seks. Poczuł się nagle jak na wycieczce grupowej – jego narzeczonej towarzyszyła grupka facetów bez twarzy, ale za to ze sterczącymi kutasami. A to był dopiero początek.

Hipotezy drugiej nie ma. Brak hipotez to opcja atomowa. Tajemnica pojedynczego człowieka, zagadka ludzkiego serca. Tak też można pisać opowiadania.

Pytam Kaję, skąd ona to wszystko wie. Okazuje się, że od Zuzy – spotkały się na kawie. Dlaczego mi o tym nie wspomniała? Nieważne, ufamy sobie bezgranicznie. Najważniejsze, co zdarzyło się potem. Otóż pewnej nocy pociąg zatrzymał się, Piotr wstał, ubrał się – bo jechali kuszetkami – i wysiadł na przypadkowej stacji, tuż za Awinionem. W półśnie wysiadł, pewnie mu się zdawało, że Zuza ucieka albo że ktoś ją uprowadził. Pociąg ruszył i Zuza widziała, jak biegnie, już chyba przebudzony, wzdłuż peronu, w szortach i klapkach – bardzo filmowa scena. Potem połknęła go ciemność. A ona nie zrobiła niczego, żeby ten pociąg zatrzymać.

Co było dalej? Sam chciałem się dowiedzieć, ale otworzyli gate i kolejka ruszyła – Kaja zaczęła dreptać przed siebie, a ja musiałem poczekać na swoją kolej i na koniec historii. Trwało to ponad kwadrans. Sprawdziłem komunikatory – nic, przejrzałem konta Fischerków w mediach społecznościowych – nic. Wszyscy pisali nadal o incydencie z poprzedniego dnia, kiedy to w polską przestrzeń powietrzną wleciały rosyjskie drony. Część z nich została zestrzelona przez polskie i sojusznicze siły powietrzne, inne spadły w różnych miejscach kraju. Na szczęście nikt nie zginął. Trwał spór, czy było to działanie celowe, czy pomyłka lub utrata kontroli nad tymi obiektami, to ostatnie jednak wydawało się mało prawdopodobne. Lotniska zamknięto, a potem znowu otworzono, więc nie spodziewaliśmy się opóźnień. Niemniej wyczuwałem coś w rodzaju kontrolowanej paniki – bardziej w internecie niż w rzeczywistości, no ale byliśmy za granicą. Zdałem sobie sprawę, że wracamy do kraju zaatakowanego, zbombardowanego… Alarmy, ostrzeżenia. Obrona cywilna. Warunki pokoju. Instrukcja mówiąca, co robić, gdy usłyszy się „niski, przypominający buczenie dźwięk” shaheda. Zacząłem czytać dziesięć paragrafów ratujących życie: wyłącz myślenie, działaj natychmiast; odłóż telefon; odejdź od okna; znajdź dwie ściany nośne; połóż się i osłoń głowę rękami. I tak dalej. Nie mogłem tego spamiętać, więc czytałem tekst wielokrotnie. Było mi zimno i pociłem się, czułem strach i podniecenie, a zarazem przyglądałem się z mdlącą obojętnością całej tej scenie… Stałem w kolejce, czekając, aż załadują mnie do odrzutowca i wystrzelą w kierunku ojczyzny.

Oczywiście sytuacja jest poważna i jeżeli mój ton wyda wam się niestosowny, po prostu go zignorujcie. Forma nie ma tu nic wspólnego z treścią, tytuł z zawartością, a podane fakty nie łączą się ze sobą. Życie składa się z wielu osobnych elementów, które nie mają ze sobą związku. Dlatego nie ma już wielkiej epiki – świat to wysypisko, którego nie sposób objąć myślą ani mową. Jako bohater prozy byłbym przerażony i zrozpaczony, w rzeczywistości niepokój okazał się chwilowy i rozproszył się szybko. Wróciłem do swojego ponurego zakątka, czyli do rozmyślań o Fischerkach. Jasne, były to sprawy nieistotne; podczas gdy niebo ciemnieje, mali śmieszni ludzie wykonują niekontrolowane ruchy, obrażają się na siebie śmiertelnie i tak dalej. Dla mnie była to jednak historia równie niepojęta i groźna co przesuwające się linie frontów. Dlaczego Piotr zapragnął zawładnąć przeszłością Zuzy? Skąd ta obsesja? Zmienił się nie do poznania, czy od początku był kimś innym?

Tak czy inaczej Zuza zaczęła się go bać. Powiedzmy, że się z nią spotkałem i wtedy podała mi pożywną masę pikantnych szczegółów: że zmieniła zamki w drzwiach, a on wszedł przez okno, ale tylko po to, by zabrać Lolę, czyli ich żółwia; że wyprowadziła się do rodziców, a on stanął pod oknami i ją stalkował, więc zdecydowała się na hotel; tymczasowo, wszystko stało się tymczasowe; nie do wiary, wszystko stało się nie do uwierzenia; nie ma już domu, jest sama, nie spała od miesiąca; Piotr nabrał przekonania, że poczęli dziecko w pociągu, a ona twierdzi, że do niczego nie doszło; policjant, któremu zgłosiła nękanie, był bardzo przystojny i chyba pójdzie raz jeszcze na komendę, chociaż jest to miejsce ponure jak rozjechany łosoś.

Czy ja mówię niewyraźnie? Mniejsza o to. Ostatnią rzecz wymyśliłem, ale tak czy inaczej: drama na całego. Wszystko zostało mi przekazane w tajemnicy i nikomu nie mogę tej historii powtórzyć. Poza tym to nie jest historia. To nawet nie jest brak historii. To czysty strach, wyszorowany do kości i świecący w ciemnościach, które zapadły tak nagle, jakby wywaliło korki.

Zuza pyta, czy ufam Kai całkowicie. Pewnie, że tak, co to w ogóle za pytanie. A czy wiem, gdzie Kaja jest w tej chwili? Na spotkaniu integracyjnym. Nowa firma… Spotkanie ma miejsce tu i tu (podaję nazwę). Nieważne. Gdy w końcu sobie idzie, postanawiam uchylić rąbka tajemnicy i podejrzeć ich przeszłość. Skradam się cichutko i zaglądam do przedziału przez rozchyloną zasłonkę: Piotr dopiero co wsiadł do pociągu – dojechał taksówką do Béziers; ma mokrą piżamę, bo padał deszcz; jest boso, albowiem klapki zgubił na dworcu; Zuza go wpuszcza, domaga się wyjaśnień, on milczy; patrzy na niego i widzi mężczyznę zakochanego na zabój i domagającego się miłości; jeżeli była mowa o zakażeniu śmiertelnym wirusem, sytuacja się komplikuje, gdyż on przyciąga ją do siebie, nie wiadomo jednak, czy chce się kochać, czy pragnie udowodnić jej, że tamto było głupim żartem; ona nie umie odmówić, wolałaby puścić w niepamięć chybioną grę słów; on nie potrafi się podniecić, a im bardziej czuje swoją niemoc, tym silniej przyciąga do siebie ukochaną; ta próbuje się wyrwać, nieskutecznie, Piotr przyciska ją do ścianki, za którą stoję. W drugim wariancie dzieje się to samo; nie wiadomo, co się dzieje w sercu Piotra, on jednak tak samo poddusza Zuzę, identycznie zaciska palce na jej ramionach. Wtedy pociągam hamulec: szarpnięcie, cały skład zaczyna hamować, Zuza wyrywa się i wybiega z przedziału, po czym wyskakuje przez okno i rozpływa się w mroku, jakby jej nigdy nie było. Czysty obłęd.

Gdy poszła, spacerowałem po mieście. Przysiadłem w Punkcie, zamówiłem piwo. Zająłem stolik na zewnątrz, tuż pod zamurowanym oknem. Był późny wrzesień. Patrzyłem na Księżyc – obgryziony, za mały, żeby do niego wyć. Niebo przejrzyste, ale to, że dziś jest ładnie, jeszcze nic nie znaczy. Kątem oka zauważyłem drobny błysk. Siłą rzeczy pomyślałem o dronach i odtworzyłem z pamięci ciąg dalszy instrukcji – dekalogu nowej epoki: zatkaj oczy, otwórz usta; nie ruszaj się, dopóki nie będzie ciszy przez dziesięć minut; koniecznie miej na sobie buty. I tak dalej. A potem przypomniałem sobie – wbrew sile rzeczy, za to w doskonałej zgodzie z logiką opowiadania, którego nie napiszę – historię o tym, jak utylizuje się odchody kosmonautów. Otóż każdy statek kosmiczny wyposażony jest w specjalne kapsuły, do których pakuje się gówno, a następnie wysyła w stronę Ziemi. Te niewielkie obiekty spalają się w stratosferze. Niewykluczone, że nieraz patrzyliśmy na nie z rozrzewnieniem, wypowiadając życzenie. Myślę jednak, że można by je wysyłać w przeciwnym kierunku – poza układ słoneczny, najlepiej z tym samym nagraniem, które sonda Voyager niesie w kosmiczną pustkę: „Witajcie, istoty z zaświatów!”.

Skojarzenie bez związku z niczym. Najgorzej szukać ukrytych powiązań. Piotr Fischer żył w świecie sekretnych symetrii, w którym każda rzecz ma swój cień i wszystko przydarza się dwa razy, tymczasem najważniejsza jest nieważkość – osiągnąć ją można poza horyzontem zdarzeń. Tam właśnie zmierzamy.

Znowu zacząłem myśleć o opowiadaniu. Przepisałem pierwsze zdanie: „Gdyby Piotr Fischer nie zaczął łączyć obsesyjnie kropek, jego życie byłoby takie jak dotychczas: spokojne, szczęśliwe i nudne jak piła”. Nie brzmi to dobrze i nawet nie wiem, czy mówi się „nudny jak piła”; może to wymyśliłem albo ukradłem z innej książki. Podobnie rzecz się ma z wyrażeniem „pijany jak gwizdek” – a tak się właśnie czuję po dwóch kolejnych piwach i trzech szotach.

Kaja jest nadal na zebraniu, co potwierdza jej geolokalizacja. Wyobrażam sobie – zupełnie niepotrzebnie – że przyjmuje zaloty nowych kolegów, najpierw niechętnie, potem z rosnącym rozbawieniem. Każdy z nich wygląda niby śnięta sardynka, w peruce i okularach. Potem widzę, jak zamyka się w toalecie i pisze do mnie pożegnalnego esemesa. Czyta go ponownie, przez chwilę waha się, czy nacisnąć „wyślij”, w końcu to robi, kuca i obiema rękami zasłania uszy.

Grawitacja zaczyna słabnąć – to doskonały moment, by zamknąć scenę lotniskową. Przechodzę kontrolę, Kaja czeka tuż za bramką. Patrzy na mnie z uśmiechem, który może znaczyć wiele różnych rzeczy. Patrzy, jak okazuję dowód i bilet lotniczy, jak walczę z telefonem, żeby rozjaśnić ekran, trzymając kurtkę pod pachą, jak ponownie łapię za rączkę walizki (bo to ja jednak miałem wykupiony priorytet, sorry, pomyliłem się, cała reszta to prawda i tylko prawda). A gdy zbliżam się do niej, wstaje i całuje mnie bez słowa.

Teraz widzę, że ten tekst to grobowiec kilku nienapisanych rzeczy. Albo coś w rodzaju latającej latryny. Mieliśmy opuścić orbitę i pofrunąć w stronę nieskalanej nicości, niestety, oszukano nas. Właz zamknięty, pędzimy w stronę Ziemi. Czujecie, jak nabieramy prędkości? Ściany zaczynają dygotać, chwytam mocno stolik. Za chwilę pojazd zmieni się w ognistą kulę, a potem dosięgnie upragnionego celu.

[…]


[Całość można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.