07-08/2023

Wojciech Mazurek

Paryż – Krzemieniec: droga z zakrętem

„Z pomocą diety jarzynowej i niektórych kojących naparów z nasion” Laurence Sterne nakreśliłby więcej zakrętasów, ale nam musi wystarczyć przerywana linia z jednym prostopadłym zakrętem. Istnieje obawa, że Marek Troszyński rysował ją od linijki. W każdym razie – kąty są nienagannie proste. To niebagatelna decyzja edytorska. Wystarczy spojrzeć na Méyetowską fotokopię zagubionego autografu listu Juliusza Słowackiego i Salomei Bécu do Teofila i Hersylii Januszewskich z 24 czerwca 1848 roku, żeby jednoznacznie orzec: linii w nim nie było. Były za to dwa rodzaje pisma. Jeden – zamaszysty, gęsty, prędki, pochyły i drugi – wyraźny, drobny, z szeroką interlinią, nieśpieszny. Grafia matki i syna. U matki – „Julo” biega do cukierni, ale tylko na chwilę, bo głównie wspomina kąpiele w Wilejce i tęskni do Ubienia, u syna – „wyświęcona moja natura tego teraz jedynie pragnie, aby dary miłośne od ludzi odbierała”. Salomea miesza sprawy kolejowe, prośby wysyłkowe, emocje macierzyńskie i pośpieszne relacje. Słowacki od razu duchem daje w pysk – przyjechać do wujostwa Januszewskich ze „swobodą ducha” nie może, bo: „nie należę do siebie – ale mnie Bóg gna – i ciągłe każe składać ofiary”. Po dukcie pisma nie poznasz, kto mistyk, kto zwyczajny człowiek. Potrzebna – linia.

Do pełnego obrazu rodziny brakuje jeszcze ojca. Euzebiusz Słowacki pisał: „List jest rozmową pomiędzy oddalonymi od siebie osobami. Jest to mowa pisana zastępująca miejsce ustnej, do której nas zniewala przyjaźń, zaufanie, grzeczność lub inne jakie między osobami stosunki”. Autor Prawideł wymowy i poezyi był skończonym (je ne sais quoi) klasycystycznym normatywistą, ale nie na tyle, żeby nie wiedzieć, że styl listu zależy od nieskończonych „okoliczności i stosunków ludzkich w życiu towarzyskim” i tylko „rzecz sama i czucie piszącego wskazać go potrafi”. Nie na tyle też – Przybylski miał rację z tymi kubrakiem, kaskadą i otchłanią – żeby nie zawrzeć w swojej definicji wszystkiego tego, czego dowiedzieliśmy się z mądrzej napisanych książek Stefanii Skwarczyńskiej czy Anity Całek. List „pełni funkcję werbalnej reprezentacji nadawcy i jego świata wewnętrznego”, „jest równocześnie relacyjnie skierowany do adresata”, stanowi „ekwiwalent rozmowy”, „pisany w określonym miejscu i czasie”, więc „zakładający dystans czasowy i przestrzenny”. No, no – skumbrie w tomacie pstrąg.

XVIII wieku świat piszący podzielił się na épistoliersépistolographes. Tę nieprzekładalną – czas najwyższy przetłumaczyć na polski Słownik nieprzekładalników Emily Apter i spółki – różnicę najlepiej pokazać na przykładzie. Dopóki markiza de Merteuil rozgrywa cały Paryż, wymieniając się listownymi chłodnymi pocałunkami z wicehrabią de Valmont, dopóty bawi się jako épistolière. Kiedy jednak Valmont i kawaler Danceny ujawniają całą korespondencję, markiza mimowolnie zostaje épistolographe. Kwestią nierozstrzygniętą pozostaje, kim w takiej sytuacji jest Uma Thurman pisząca na tyłku Johna Malkovicha list do Keanu Reevesa.

To był czas listowania. Uczonego w république de lettres, rokokowego w liścikowej wspólnotce le petit beau monde, skandalicznego portugalskich zakonnic, filozoficznego Wolterów, uniżono‑czupurnego, zawsze makaroniastego, u szlachetków, literacko stylizowanego w Nowych HeloizachNiebezpiecznych związkach, absolutnie oświeconego na bezwzględnie (Correspondance de Frédéric II) i na biednie (Correspondance de Stanislas‑Auguste). Romantyzm wystrzelił subtelnemu podziałowi epistolografii XVIII wieku z rewolweru Colliera prosto między oczy. Od teraz zawoalowany, kameryzowany, niedopowiedziany, ironiczny styl préciosité ustępuje listowi‑wyznaniu. Pragmatyka wyrażania uczuć i odsłaniania osobowości zastępuje estetykę dystansu. Tak pisał Zbigniew Sudolski, który przeczytał wszystkie listy romantyków, i miał rację.

Korespondencję Słowackiego wydawali Méyet, Kantak, Kridl, Piwiński, Pelc, Sawrymowicz. Niektórzy z nich opierali się na nieistniejących dziś autografach. Inni dokonywali odkryć archiwalnych. Różnie dzielili materiał: według chronologii, adresatów czy sobie wiadomych zasad. Nie zawsze konstruowali wystarczająco rozbudowaną siatkę aparatu krytycznego. Te wszystkie edytorskie przygody rekapituluje Marek Troszyński we Wstępie do – opracowanej wspólnie z Ewą Mirkowską – dwutomowej Korespondencji Juliusza Słowackiego, inicjującej PIW‑owską, „krytyczno‑popularną” (nie wiadomo, co to takiego) edycję Dzieł zebranych. Troszyński niejedno piwo wypił w Austerii pod Królem‑Duchem, można mu więc ufać. A sensowności wydania nie ma potrzeby dowodzić – rocznicowe wydanie Mickiewicza zamknięto pod koniec zeszłego stulecia, lubelskie Dzieła wszystkie Norwida pojawiają się w powolnym, dostojnym, ale systematycznym tempie, a w 2017 roku w Toruniu wyszło dwanaście woluminów całego Krasińskiego. Czas najwyższy na Słowackiego.

Antologia Polski list romantyczny Sudolskiego ukazuje idiomatyczną wielość form, w których przejawiała się epistolografia epoki. Skryty, przyjacielski, rzeczowy ton Mickiewicza sąsiaduje tu z wielopiętrowymi liryczno‑filozoficznymi uniesieniami Krasińskiego, podróżnicze anegdoty Odyńca ze zintelektualizowanymi i przejmującymi rozważaniami Dionizji Poniatowskiej, „trudny”, „godny”, moralistyczny Norwid z precyzyjnymi analizami Żmichowskiej czy pogardliwą odczepnością Fredry. A gdy dodać do tego nudziarza Scotta, bezkompromisową Wollstonecraft, najeżonego Keatsa, autorytatywnego Byrona, sentymentalnego Lamartine’a i nigdy nie napisany studwudziestopięciostronicowy list Schlegla, w którym tłumaczył wszystkim zainteresowanym (bratu), czym jest romantyzm – obraz robi się gęsty.

„Czuję, że to źle tak dawno do Stryjaszka nie pisałem, ale żeby tu kochany Stryjaszek był i widział, jak dużo zatrudniony jestem, jak z jednej lekcji na drugą idę tak, że nawet nie mam czasu pójść na spacer, to by mi to uchybienie łaskawie przebaczył” – chronologiczny układ listów, zachowany już w wydaniu Sawrymowicza, otwiera wileński list dziesięcioletniego Słowackiego, doświadczonego śmiercią ojca, lekcyjną bieganiną i przeprowadzką, do opiekuna Erazma Słowackiego, a kończy – pisana w Paryżu, w śmiertelnej gorączce, gruźliczym ataku duszności, kartka z wołaniem o pomoc do doktora Antoniego Hłuszniewicza. Wilno i Żytomierz, gdzie na stałe bawił Stryjaszek, dzieli siedemset pięć kilometrów, które w ciepłej, domowej, naiwnej atmosferze listu zdają się nie istnieć. Między adresem Hłuszniewicza (Rue Monsieur‑le‑Prince) a adresem Słowackiego (Rue de Ponthieu) jest niecałe sześć kilometrów. Dzielą je żółć, krew i wymioty dławiące gardło. Sześć kilometrów, a „jakoby z płuca w ciemne przepaście”. Piast Dantyszek chociaż mógł głowy synów przewiesić przez szablę i pójść Boga targać za rękaw, a tu tylko leżenie, plucie, czekanie. I może w Dziejach Sofos i Heliona dawałby się wyjaśnić ten skurcz i rozkurcz przestrzeni, może Meillassoux znalazłby algorytm, w obrębie którego liczby 705 i 6 uzgadniałby się w kosmicznym bilardzie, ale to tylko kokieteria, kolejne „Słowacki pyta o godzinę”. Norwid widział Słowackiego przed śmiercią bawiącego się w poruszanie cybuchem fajki jak „wahadłem zegara ściennego”. W tym czasie po drugiej stronie oceanu umierał Poe, który dobrze wiedział, czym w czterech ścianach dla nabolałej piersi jest wahadło.

Fizyczną koncepcję splątania fotonów, spooky action at a distance, najlepiej objaśnił Jarmuschowski wampir Adam: „kiedy rozdzielisz splątane cząsteczki i odsuniesz je od siebie nawet na przeciwległe krańce wszechświata, jeśli zmienisz coś w jednej z nich, druga zmieni się w identyczny sposób”. Na początku naszego wieku Aspect, Clauser i Zeilinger dowiedli tego, co romantycy wiedzieli doskonale. Splątał się z Marylą w logorei Gustaw z Dziadów. Cz. 4. Jako entangled particles na kosmicznych łąkach dusz mimo paneuropejskich odległości portretował siebie i Delfinę Potocką Krasiński w pięknych (jak słusznie wyraziła się Janion) i kiczowatych (jak niemądrze wyraził się Rymkiewicz) listach. Słowacki rozpisał na cały system genezyjski (zrobił nawet z nimi wywiad, taki z gatunku „jesteś pan pisarz”, tu kłaniam się komu trzeba) opowieść o miłości Eoliona i Atessy, którzy rozdzierani tęsknotą poszukują się wzajemnie w czasie – od starożytnego Egiptu do XIX‑wiecznego Pornic. W końcu – wielkim wyznaniem splątanej cząsteczki są listy Słowackiego do matki.

Cząsteczki, bo zachował się tylko jeden list Salomei do syna. Z ośmiomiesięcznego okresu „wstrząsów nerwowej organizacji”, „bezsennych nocy” i „pożerania” przez gorączkę „niespokojności”. W 1838 roku Bécu została aresztowana w związku ze spiskiem Szymona Konarskiego, więc korespondencja została zerwana. Słowacki szamotał się w paryskim oddaleniu między niewiedzą a rozpaczą. Zachowany list Salomei koi, wyjaśnia, łaje, a przede wszystkim z maminą prostotą wyznaje wprost: „bądź spokojny o mnie, wierzę, jak Opatrzność opiekuję się mną zawsze i wierzę w to, że Bóg, zsyłając rozmaite na mnie nieszczęścia i boleści, ciebie mi zachowa na wynagrodzenie wszystkiego, bo ja w tobie żyję”. Paradoksem romantyzmu było to, że z dwóch słynnych listownych konfiguracji, tej od „leżymy tu zastrzeleni” Vogel i Kleista i tej „rozłączonej”, „wabiącej się płaczem” Słowackiego i Salomei, ta pierwsza była – szczęśliwsza.

Można te listy czytać na parę sposobów. Tropić kolejne ślady agonu „z pijanym bardem litewskim” (kościoły bez Boga, „wieprzowatości życia wiejskiego”, rywalizacje improwizatorskie, salonowe rozmowy zakłócane konfundującymi alkoholowymi okrzykami jakiegoś szlachetki), podliczać wydane pieniądze matki (są rachunki), z psychologicznym kwestionariuszem – jak Całek – demaskować „niedojrzałość”, uzależnienie od matki, kompleksy Słowackiego, z głową w sklepieniach szukać po Polsce i Ukrainie wspominanych przez poetę ikonostasów tkwiących jak drzazgi w jego wyobraźni (jak to robić, wie jeden Olaf Krysowski), sporządzać wykazy oper, spektakli i wielbłądów, obserwować kolejne wybiegi poety unikającego małżeńskich sideł Eglantyny Pattey, uświadomić sobie, że nie wszystkie chłodne piwnice mówią „wejdź we mnie na spacer”, czytając odpowiedzi na zimne listy Śniadeckiej.

W tym miejscu jedno zastrzeżenie do edytorów. Do Korespondencji zostały włączone wiersze dodane do listów. Znaczna ich część jest po francusku. Tłumaczenie powierzono Krzysztofowi Rutkowskiemu. Wiem, że „grzebieniem się czeszcie, nie cieszcie się grzechem”, ale siermiężne „c’est ici rivage où la mer des vivants / vient mourir, et dépose en courroux son écume” Słowackiego, to nie do końca świetne „tu brzeg; morze żyjących tu już tylko pianę / niesie – i składa – gniewne w skonania godzinie”. Rutkowski byłyby świetnym tłumaczem Vivants Hugo, ale w wydaniu „krytyczno‑popularnym” powinniśmy otrzymać pokorniutki przekład filologiczny. Niechże dzieci, skuszone emblematem Banku Pekao na tyle okładki (ładnej), wiedzą, że Słowacki nie zawsze arcydzieła kropił.

Jak samotna cząsteczka zagadywała rozłączenie? Kolejnymi „dziećmi”? Niedługo, bo tuż po napisaniu jednego dzieła przekreślało je następne. Tylko za druk mama musiała zapłacić. Można te listy czytać też w układzie próśb o pieniądze – listy jak historia frankowych przelewów. Dandyzmem? Jak te białe szarawarki, kaszmirowe kamizelki w ogromne różnokolorowe kwiaty na wzór dawnych sukien damskich, odłożone kołnierze od koszuli, laseczki z pozłacaną główką, glansowane rękawiczki miały szokować tam, gdzie Stendhal (podejrzał go Rutkowski) siusiał – w ogrodach Tuileries. Mistyką? Wiemy od Jana Andrzeja Kłoczowskiego, że mistyk doznaje radyklanej bierności, uświadamia sobie, że „wszystko, co najważniejsze, dokonuje się poza nim”, niezależnie od niego. Czy nie znała – patrzymy cały czas na Słowackiego jako na cząsteczkę – tego uczucia już wcześniej? Że chce się domku w Ubieniu, głowy na kolanach matki, świętego spokoju we dwoje, ale jakoś zawsze jeszcze Florencja, Betcheszban, Rue de Ponthieu i domek pań Pattey z pokoikiem na kształt tamtego, krzemienieckiego. Na kształt. Uczucia tymczasowości nie mogła wymazać z listów Słowackiego najczystsza szwajcarska kaskada i najdłuższa noc przy grobie Chrystusa.

Nawet badacze, którzy w korespondencji autora Kordiana widzą głównie zapis głużenia niedojrzałego, niewtajemniczonego w „męską przygodę” chłystka z kompleksem uzależnienia finansowego, brakiem zdecydowania w relacjach z kobietami (książka Całek jest naprawdę dobra, ale taki wizerunek Słowackiego przedstawia), dostrzegają, że coś ich kwestionariuszowi psychologicznemu umyka. Umyka linia Troszyńskiego. Cienka linia między mistykiem a zwyczajnym człowiekiem. To, co Kłoczowski nazwał doświadczeniem „całkowitej przemiany bytu” mistyka. Rymkiewicz kiedyś szarpał Stanisława Makowskiego przy księgarni Prusa za rękaw, żeby dowiedzieć się, czy ten wierzy w objawienie Słowackiego. Wierzyć, że naprawdę nożyce, którymi Gustaw Olizar sporządził Słowackiemu posłaną listem wystrzyżynkę, „w Ducha sferze” urosną „w strzygące narzędzie” strzygące w pół kirasjerów. Wierzyć, że dywanik, na którym mały Jul siedział, odbywając karę ignorującego nieistnienia dla Augusta i Salomei Bécu, dla Januszewskich, a nawet pana Podczaszyńskiego, który mu o tej sytuacji przypomni już w Paryżu, przekształci się w świat, „dywanik na wywrót widziany, gdzie różne nitki wyłażą i giną znów niby bez celu i bez potrzeby… z tamtej strony są kwiaty i rysunek”. „Prawdziwy, ruszający się, idący ciągle do celu” świat, który jest – „przepaścią”. Czy sama edycja nie jest już wyznaniem wiary Troszyńskiego i całego zespołu, w którym są szacowni profesorowie i najzdolniejsze doktorantki?

Rozłączenie, rozplątanie jako przepaść. Konrad Góra napisał taki wiersz o Tomaszu Pułce: „[…] przywiózł z / Węgier / zachwyt nad słowem korut, oznaczającym drogę, / ścieżkę; […] i z równie szczeniacką radością (tak go / próbuję pamiętać) pochodził do wiadomości, że / to słowo w fińskim także oznacza ścieżkę, ale i / naszyjnik, kosztowności, a nawet konto/bankowe, / szczególnie w głupawym szczebiocie / reklamowym / (a podstawowym określeniem drogi po / fińsku jest matka); i kulił się z dziecinnej uciechy, / samobójca, wypalony po ostatnią / grudkę zgaru dwudziestoczterolatek, / […] Że po polsku jest tak samo, drogi do domu, drogi bilet”. Tego nie zagadają żadne mistyki ani żadne listy. Więc – nic?

Odpowiedź znałby – patrz: Caroll, Jefferson Airplane – biały królik, którego Słowacki kupił przed pojedynkiem z Ropelewskim, żeby w razie nakrycia przez policję markować polowanie. Ale o tym, co się z nim stało, Troszyński milczy.

I dobrze.

Juliusz Słowacki: Dzieła zebrane, t. XVII–XVIII: Korespondencja.
Wstęp i opracowanie Marek Troszyński,
PIW,
Warszawa 2022, s. 1528.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2022 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.