04/2022

Przemysław Dakowicz

Pierwszy „oświęcimski” tekst Różewicza

Podróż trwała dwanaście godzin. Częstochowę dzieli od Krakowa jakieś sto trzydzieści, sto czterdzieści kilometrów. Dziś składy osobowe – nawet jeśli, lekko odbiwszy na zachód, zabierają pasażerów z Katowic – pokonują tę trasę w czasie sześć razy krótszym. Wówczas, dwa miesiące po zakończeniu wojny, jeśli w ogóle istniały rozkłady jazdy, to tylko po to, by wyrażona została zbiorowa wola ujęcia w karby tego, co porządkowaniu nie chciało się poddać. Jak w naszych dniach, gdy dworce i perony Kijowa, Charkowa i Lwowa, Przemyśla, Krakowa i Warszawy zapełniają się ludźmi uciekającymi przed bezrozumnym okrucieństwem czekistowskiego samodzierżawia – odbywała się chaotyczna i niepowstrzymana wędrówka ludów.

„Przez sześć lat buchał z nozdrza opar krwi” – napisze Tadeusz Różewicz w Lamencie, jednym z najbardziej emblematycznych poetyckich monologów, jakie wyjdą spod jego pióra. Czy tekst ten znajdował się w którymś z „kilku brulionów wierszy” wiezionych przezeń w sierpniu 1945 roku do Juliana Przybosia, redaktora działu poezji w krakowskim tygodniku „Odrodzenie”? „[W]yjechałem z Częstochowy pociągiem towarowym – wspominał. – [P]ociąg wypełniony czerwoną rudą żelaza, my – pasażerowie siedzieliśmy na wierzchu wagonów, podłożywszy sobie gazety”.

Z Radomska wyprowadzili się jesienią 1942 roku. W Częstochowie mieli krewnych, Władysław Różewicz już w latach dwudziestych XX wieku pracował w tutejszym Sądzie Grodzkim, Stefania raz do roku pielgrzymowała na Jasną Górę. Uciekli w obawie przed Niemcami oraz sąsiadami. Lecz i tu, w niepozornym domku przy ulicy Świętego Rocha w częstochowskiej dzielnicy Parkitka (znacznie oddalonej od getta, z którego Niemcy wywieźli do Treblinki czterdzieści tysięcy żydowskich mieszkańców miasta i okolic, wśród nich siostry Samuela Willenberga i wszystkich krewnych Irit Amiel), nie byli w pełni bezpieczni – interesowali się nimi, rozpytywali o nich ludzie z NSZ (w książce Różewicz. Rekonstrukcja pisze o tym Magdalena Grochowska).

W pierwszych miesiącach powojennych Tadeusz, który pół roku wcześniej (akurat wtedy, gdy w Łodzi Niemcy rozstrzelali jego starszego brata Janusza) wrócił z „lasu”, stał się jedną z najbardziej aktywnych postaci częstochowskiego światka literackiego. Zabłąkany tu z Warszawy Lesław M. Bartelski spotkał go w redakcji „Głosu Narodu”. Różewicz siedział u biurka redaktora Folfasińskiego i recytował własny wiersz. W 1958 roku Bartelski twierdził, że utwór ów zawierał frazę: „A Polska będzie czerwona, czerwona, czerwona”. Jego pamięć zniekształciła treść wiersza – wiemy to dzięki książce Tadeusza Drewnowskiego, który wydobył ten wczesny, niepublikowany tekst z osobistych papierów poety. Nosi on tytuł Rewolucja. Zamyka go następujący ciąg obrazów: „stoją ludzie starzy / zdziwieni / a na wschodzie się niebo czerwieni / i krwią piszą wszyscy poeci / a wiatr wieje wieje czerwony / stare drzewa wywala / i trony / i na przestrzał biegnie / stuleci”.

W częstochowskim „Głosie Narodu” oraz w jego literackim dodatku „Przemiany” (czy na tych właśnie gazetach siedział w pociągu towarowym relacji Częstochowa–Kraków?) dwudziestoczterolatek z Radomska ogłaszał satyry, które złożyły się później na książeczkę W łyżce wody, poprzedniczkę Niepokoju.

Na łamy lokalnej prasy trafiały jednak nie tylko wiersze satyryczne. 24 czerwca 1945 roku, w 109 numerze „Głosu Narodu”, Różewicz opublikował prozę Czekam – dziś całkiem zapoznaną. To bodaj pierwszy z jego tekstów o tematyce obozowej, wcześniejszy niż Warkoczyk czy Rzeź chłopców, pozostający w genetycznym związku nie tylko z późnym nożykiem profesora, lecz także z wczesnymi wierszami‑manifestami: Lament Ocalony.

Narratorem jest tu mężczyzna jadący „pierwszym pociągiem – od strony Krakowa… do Koluszek… Łodzi…”. Zanim wysiądzie „na peronie małej stacji w R.” (to jedyny punkt styczny między literaturą a biografią autora), staje się, na chwilę, częścią zbiorowego ludzkiego organizmu. Opisy jakby „przed-różewiczowskie” – mocno zmetaforyzowane, koncypowane, obrazowe (i, jakże nieoczekiwanie, przystające do – wojennej, uchodźczej – teraźniejszości roku 2022): „… pociąg kołysze się i drży, uderzają o siebie bufory i długi dreszcz przebiega stalowe cielsko […]. W wagonach […] ludzie i tłumoki; zawiniątka, torby, głowy, worki, plecy… […] oto pędzi ładunek zamknięty na sto drzwi, ładunek szczęścia, tęsknoty, łez, bólu, ludzkiej nędzy i groźnej strasznej rozpaczy… tych, co sami na świecie, którzy nie mają gdzie iść… […] Między ławkami stoją stłoczeni ludzie, szare stalaktyty ociekające kroplami lśniącego potu. Stłoczone kadłuby przywarły do siebie, złączyły się w jedną rytmicznie rozkołysaną masę; przenika przez wszystkie pory ubrań woń skóry, […] wynurza się wieczysta wspólnota ludzkiego mięsa, biologiczna masa”.

Podróżny wdaje się w rozmowę z człowiekiem w biało‑niebieskim pasiaku i dowiaduje się, że tamten wraca z Auschwitz. W obozowym krematorium spalono jego żonę i dziecko. Przed wojną był robotnikiem, cewkarzem – teraz jawi się jako „zaszczute skatowane ludzkie zwierzę”. Dłoń, w której trzyma pukiel włosów zamordowanego syna, to „ręka prosząca o zmiłowanie, ręka wyciągnięta do zmarłego Boga, ręka oskarżająca człowieka, mordercę dzieci”. Mężczyzna z miasteczka R. przekonuje, że możliwe jest „nowe życie”, wciska niedawnemu więźniowi kartkę z własnym adresem, prosi o list.

Ostatni dłuższy akapit tego opowiadania czy reportażu (prasens historicum) wypełniony jest pytaniami o przyszłość „umęczonego” i „ukrzyżowanego” człowieka. Krąg pasyjnych motywów domyka się w finalnym pytaniu o dalsze losy ocaleńca‑osmalonego: „Czy zmartwychwstanie?”. Nie ma na nie odpowiedzi. Chyba że za odpowiedź uznać słowo zamykające ów niemal nieznany „oświęcimski” tekst Tadeusza Różewicza: „Czekam”.

Dziś i my zadajemy pytania.

I my – czekamy.

[Pisałem 9–11.03.2022 r., w drugim i trzecim tygodniu rosyjskiej agresji na Ukrainę.]
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.