01/2022

Przemysław Dakowicz

Po (tam)tej stronie

Nie jakieś tam coś, gdzieś,
Gdzie nigdy ludzie nie bywali!…

Cyprian Norwid


Ruch samochodowy jest tu ograniczony – od Piłsudskiego, która ciągnie się wzdłuż torów, ulicę Mielczarskiego dzielą trzy metalowe paliki i biało-czerwony szlaban.

Dworzec kolejowy jest oddalony o kilkaset metrów. Przez całe studia przesiadałem się tu z pociągu jadącego od strony gór, od Nowego Sącza i Krościenka, do pociągu łódzkiego. Miewałem przerwy w podróży – spacerowałem wtedy wzdłuż peronów i paliłem, czasem ulicą Piłsudskiego docierałem aż do Alej. Zapadał wieczór, rozjarzały się witryny sklepów i restauracji, zamazane ludzkie postaci płynęły w szarym powietrzu.

Zastanawiające, że przez wszystkie te lata nie przyszło mi na myśl, by pójść w przeciwną stronę, tam, gdzie do Piłsudskiego przytyka ulica Mielczarskiego, podczas wojny i przed wojną nosząca nazwę Fabrycznej – jakby jakaś siła trzymała mnie z dala od historii tego miejsca i od ludzi, którzy żyli tu i umierali przed kilkoma dziesiątkami lat.

Teraz stałem przy zbiegu dawnej Fabrycznej i Przemysłowej. Kiedy Niemcy utworzyli częstochowskie getto, właśnie tu była jego wschodnia granica.

Przed wojną przy Fabrycznej mieszkała rodzina artysty Pereca Willenberga, który miał w Częstochowie prywatną szkołę rysunku i malarstwa. Stworzył własny styl dekoracyjny, nazywany neorenesansem żydowskim, jego dziełem był plastyczny wystrój częstochowskiej starej synagogi. Syn Pereca, Samuel Willenberg, trafił do niemieckiego obozu zagłady, gdzie współorganizował powstanie i skąd zdołał zbiec. Lektura jego Buntu w Treblince (książki, która – podobnie jak Spowiedź Calka Perechodnika i wydana ostatnio w serii BN antologia tekstów z Archiwum Ringelbluma – powinna znaleźć się w polskim kanonie szkolnym) była jednym z najmocniejszych przeżyć korygujących moje rozumienie najnowszej historii naszej części Europy.

Z ulicą Przemysłową związana jest z kolei opowieść Irit Amiel (przed wojną: Ireny Librowicz) o ostatnim pożegnaniu z matką i ojcem, o przejściu na drugą stronę muru. Opowiedziała ją trzy razy – w Kartce z pamiętnika z tomu Osmaleni, we wspomnieniowym tomie Życie – tytuł tymczasowy oraz w wierszu Próba, w którym jedenastoletnia dziewczynka powtarza pytanie biblijnego Izaaka: „A gdzież ofiara całopalenia”, jej ojciec zaś odpowiada: „Widać ciebie upatrzył sobie Bóg na ofiarę córko moja, […] żebyś ze ściany wyskoczyła w życie”.

Skoro tu stoisz, spróbuj ich zobaczyć. Czołgających się wzdłuż kamienic w stronę numeru 10, gdzie mieści się prowadzony przez Radę Starszych szpital ogólny. Jest 27 września 1942 roku, wietrzny wieczór. Stoisz tu, gdzie stał ukraiński wartownik. Mijają cię roześmiane uczennice pobliskiej szkoły, a on trzykrotnie strzela do cieni kulących się w mroku. Październikowe liście lecą z drzew i osiadają na tych samych kocich łbach. A potem Irena przechodzi przez szczelinę między gettem a stroną „aryjską”. Żydowski policjant Lunek, znajomy Leona Librowicza, „[z] gładkiej wspólnej polsko-żydowskiej ściany odrywa jedną deskę, a potem drugą i ukazuje się niewielka czarna dziura”. Po (tam)tej stronie jest mieszkanie polskiego granatowego policjanta. Dziurę we wspólnej ścianie zasłania się pozłacanym obrazem najsłynniejszej z częstochowskich Żydówek o oliwkowej skórze. Czarnej Madonny.

A Willenbergowie? Mieszkali przy Fabrycznej aż do roku 1936 – Perec, Maniefa oraz troje ich dzieci: Samuel, Tamara i Ita. Potem przenieśli się do Opatowa. Do Częstochowy wrócili w 1942 roku – bez ojca, dla którego lepiej było schronić się w Warszawie. Brakowało kołder, najważniejszych sprzętów, Maniefa pojechała więc z Samuelem po rzeczy zostawione w Opatowie. Kiedy wrócili, nie zastali już w domu Tamary i Ity – „zadenuncjowane przez Polaków po aryjskiej stronie […] [z]ostały aresztowane i zaprowadzone na posterunek policji pod samą Jasną Świętą Górą”. Pewnego dnia w Treblince, podczas sortowania odzieży zgładzonych, Samuel rozpoznał ubrania własnych sióstr.

Myślałem o nich wszystkich, stojąc u zbiegu Przemysłowej i Mielczarskiego i później, gdy wędrowałem po ulicach, zaułkach i podwórkach dawnego getta – najpierw sam, a następnie z czeskim przyjacielem, pisarzem Milošem Doležalem, któremu opowiadałem o Samuelu Willenbergu i Irit Amiel. Wspominaliśmy innego uciekiniera z Treblinki, prażanina Richarda Glazara. Nie miałem pojęcia, że Glazar, znany mi z filmu Claude’a Lanzmanna i przełożonej na język polski książki Stacja Treblinka, zmarł śmiercią samobójczą.

Doszliśmy do dawnego przystanku towarowego Warta, gdzie dziś stoi pomnik upamiętniający czterdzieści tysięcy wywiezionych stąd żydowskich mieszkańców Częstochowy i okolic. Przy Targowej 14 włożyliśmy ręce w pustą przestrzeń po mezuzie. Zapuściliśmy się w korytarze kamienicy przy Starym Rynku 24, gdzie w dwupokojowym mieszkaniu pomieścić się musiało dwadzieścioro Librowiczów, Kornbergów i Kremskich; zeszliśmy do piwnicy, w której 22 września 1942 roku, gdy rozpoczęła się likwidacja „dużego” getta, Hersz Frajman ukrył dwadzieścia siedem osób. Maszerowaliśmy obskurnymi, smutnymi ulicami „Meksyku” – Garncarską, Targową i Graniczną, Mostową, Kozią i Spadkiem. Wchodziliśmy w zaułki i podwórza, wyglądające tak, jakby mieszkania „opróżniono” przed chwilą, jakby dopiero co pognano ludzi w stronę bydlęcych wagonów. W kątach leżały rozwalone meble, pod schodami walały się zabawki i od dawna nieużywane dziecięce rowerki.

Byłem naraz po tej i po tamtej stronie wspólnej polsko-żydowskiej ściany. Ściany naszego niecichnącego płaczu.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.