Dziewiątego grudnia 1980 roku dwudziestoparoletni ochroniarz z Honolulu Mark David Chapman na Manhattanie w Nowym Jorku zastrzelił Johna Lennona, światową gwiazdę muzyki rockowej, założyciela i solistę zespołu The Beatles. Zamachowiec strzelił mu w plecy pięciokrotnie. Rozpryskowe pociski, których użył, zachowują się w miękkiej tkance ludzkiej jak małe granaty; Lennon z rozerwanymi wokół serca tętnicami nie miał szans na przeżycie. Tuż przed zamachem Chapman kupił w księgarni Buszującego w zbożu, sławną powieść J.D. Salingera, którą wcześniej z zachwytem przeczytał niezliczoną ilość razy. Na stronie tytułowej książki (miał ją przy sobie w momencie aresztowania) napisał „To jest moje wyznanie”, podkreślając słowo „to” jako najważniejsze. Oskarżony o morderstwo drugiego stopnia, przedstawił podczas procesu własną interpretację powieści, próbując wytłumaczyć motywy swojej zbrodni: oto Bóg pozwolił mu się wcielić w Holdena Caulfielda, bohatera „najbardziej kontestatorskiej książki wszech czasów”, który z pewnością zrozumiałby, że Lennon zdradził ideały młodego pokolenia i okazał się „fałszywym sprzedawczykiem”.
*
Niezgoda na świat, jakim postrzegał go Holden Caulfield, świat pełen zakłamania i hipokryzji, miała być też powodem innych zamachów przeprowadzonych przez fanatycznych wielbicieli powieści Salingera. Autorzy szczegółowej biografii pisarza, David Shields i Shane Salerno, opisują kilka takich wypadków (m.in. zamach na prezydenta Ronalda Reagana), ale mogło być ich więcej. Salinger umarł w 2010 roku, do tego czasu sprzedano przeszło sześćdziesiąt pięć milionów egzemplarzy jego książki; Buszujący w zbożu do dzisiaj nie przestaje rozchodzić się na świecie w ogromnych nakładach.
*
Jerzy Jarniewicz w eseju Buntownik nad przepaścią (Frotaż. Szkice o literaturze anglojęzycznej, Ossolineum, Wrocław 2024) przyznaje, że kiedy wkrótce po zdanym egzaminie maturalnym po raz pierwszy przeczytał Buszującego w zbożu, uznał go za bardzo bliską mu powieść „nie tyle o buncie, ile o odrzuceniu świata, który przyprawia o niesmak obłudą, tępotą, bylejakością”. „Zbójecka książka” pobudzała w nim wiarę w sens bezkompromisowości, zauważał jej „dywersyjny potencjał”, wyczuwany przez młodych kontestatorów powojennego systemu, nieufnych w stosunku do wszystkich dorosłych ludzi po trzydziestce. Przekroczywszy tę barierę wieku, Jarniewicz wracał do lektury Buszującego w zbożu jeszcze wielokrotnie i dążył do identyfikacji z młodym bohaterem, choć czuł się od niego mądrzejszy. Nie przestawało mimo wszystko niepokoić go pytanie, na które Holden Caulfield odpowiadał swoim wielkim NIE: „Czy musimy godzić się na świat, jaki dostajemy w spadku?”.
*
„Świat jest spadkiem, który obejmujemy w dniu narodzin…” – czytałem w pewnej fascynującej książce, której lekturę polecono mi na pierwszym roku studiów. W jakimś momencie, nie dającym się dokładnie określić, uświadamiamy sobie, że spadek ten zawsze pozostawia nam wybór: możemy go przyjąć lub odrzucić. Ale odrzucić go, wyjaśniał autor książki, możemy w jeden tylko sposób – odrzucając życie.
W chwili, gdy posiedliśmy wiedzę o możliwości śmierci dobrowolnej, a żyjemy nadal, bierzemy niejako na siebie zadłużenia świata jako zadłużenia własne. Żyć po prostu to akceptować również całą zgniliznę i całą hańbę świata jako własną zgniliznę i własną hańbę, uznać, że mimo długu spadek jest wart podjęcia albo że życie, mimo jego cierpienia i świństwa, warte jest naszego udziału. […] O ile tedy żyjemy, przyznajemy się do świata, w którym życie nasze upływa. Nie wynika stąd żadną miarą, iżby podobały się nam jego strony nikczemne, bolesne i głupie, ani też byśmy uważali je za nieuchronne na wieczność albo nieodwracalne i nie nadające się do naprawy; nie oznacza także, że sprzeciw wobec nich uznajemy za beznadziejny. Przeciwnie, jeśli zanotowane spostrzeżenie, które wydać się może trywialne i nie warte trudu (i jest trywialne naprawdę, skoro artykułuje jedynie intuicję codziennego życia), godne jest niejakiej uwagi, to dlatego jedynie, że pozwala nam uprzytomnić sobie drastycznie pierwotny nasz związek ze światem, jako związek odpowiedzialności dobrowolnie podjętej, że podsuwa do oczytania ów oblig spychany leniwie w niepamięć, a przez nas samych ongi podpisany.
*
Przytoczone powyżej zdania pochodzą z ogłoszonej w „Twórczości” (1962, nr 7) rozprawy Etyka bez kodeksu, którą Leszek Kołakowski włączył później do swojej książki Kultura bez kodeksu. Dowiadywałem się z niej, że odmowa spłacania zadłużenia świata jako zadłużenia własnego przybiera dwojaką postać ideologiczną: wyraża się, a raczej usprawiedliwia, już to jako nihilizm podrostków, już to jako konserwatyzm starców. Są to dwie, wedle wieku zróżnicowane, odmiany tej samej maski, jaką nakłada tchórzostwo, aby uniknąć odpowiedzialności za życie. Choć nieco starszy od Holdena Caulfielda, bohatera Buszującego w zbożu, sam byłem jeszcze podrostkiem, z natury rzeczy więc musiałem przede wszystkim rozważyć odmianę pierwszą. Nihilizm podrostków definiował Kołakowski jako utajone przeświadczenie, że warto żyć w świecie całkowicie złym i nienadającym się do naprawy – jako próbę totalnej afirmacji świata w ramach totalnej negacji. „Jednakże negacja jest w nim pozorna tylko i symboliczna […] nihilista afirmuje w całości świat własnym zachowaniem, skoro akceptuje dobrowolnie swoją w nim obecność; jeśli zarazem usiłuje go zanegować w całości, to negacja ta poprzestaje na gołym zapewnieniu, jest czczą deklaracją, która służy temu jedynie, by afirmować siebie samego w przeciwstawieniu do reszty świata”. Udając negację, podrostek akceptuje świat, który utożsamia z samym sobą, i z pozornej rozpaczy robi sobie narzędzie narcyzmu.
[…]
[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]