01/2018

Artur Hellich

Próbka autobiografii.
O Wysokim Zamku Stanisława Lema

Tym, czym jest dla chrześcijanina niebo,
był dla każdego z nas Wysoki Zamek.


Why I am writing now english, I do not know…”

Niewątpliwym wydarzeniem w polskiej lemologii ostatnich lat było odkrycie biografii autora, dokonane na nowo, dla jego twórczości. Na pierwszy rzut oka mogłoby to dziwić, wszak P. Znawca – jak ów autor podpisywał się w paryskiej „Kulturze” – już w 1966 roku wydał książkę wspomnieniową (Wysoki Zamek), a u progu lat osiemdziesiątych i później ukazały się z nim dwa wywiady rzeki (z czego jeden liczy ponad pięćset stron). Ponadto Stanisław Lem wielokrotnie udzielał się w programach telewizyjnych, jak również w wywiadach kręconych amatorską kamerą (można je znaleźć na YouTubie), w których przy różnych okazjach wspominał i o dzieciństwie spędzonym przed wojną we Lwowie, i o latach okupacji, i o Marcu ’68 (który „był okrutny”), i o wymuszonej emigracji z Polski w roku 1983. Nie bez znaczenia jest również ezopowy charakter jego wczesnych powieści i opowiadań, będących czytelnymi aluzjami do rzeczywistości, w której Lem żył i tworzył, i w tym duchu zwykle czytanych. Sam autor wielokrotnie przyznawał, że pomysły na fikcje czerpał ze swojej biografii.

Nowością w dociekaniach biograficznych stało się wyeksponowanie faktu wcześniej przemilczanego, a związanego z żydowskim pochodzeniem Lema. Fakt ten stał się swoistą rewelacją oczywiście nie dla samego siebie, ale z uwagi na nowe światło, jakie rzucił na okupacyjne doświadczenia autora Solaris. Lem przeżył całą wojnę we Lwowie, przez pewien czas ukrywając się na fałszywych papierach, w rozdzieleniu z rodzicami. Jego wspomnienia dotyczące tego okresu nie układają się w spójną całość, a sam pisarz niechętnie o nich mówił, co najdobitniej skomentował w rozmowie z Tomaszem Fijałkowskim: „Przyznam, że bardzo niechętnie wspominam tamte czasy. Po takich rozmowach zdarza mi się czasem wyśnić coś, czego bym wolał nie śnić”. Stało się jasne, że cokolwiek było udziałem młodego studenta medycyny w latach drugiej wojny światowej, na zawsze rzuciło się cieniem na jego psychikę, a badacze jego twórczości zyskali asumpt do lektury tekstów Lema w kluczu psychoanalitycznym – jako świadectwa zmagania się z nabytymi traumami.

Nietrudno odpowiedzieć na pytanie, czemu ten psychoanalityczny zwrot dokonał się dopiero teraz, skoro przecież wspomnianych szczegółów z biografii domyślano się od dawna. Przyczyną było konsekwentne milczenie autora na temat swojego pochodzenia. W konsternację wprawia lektura wywiadu ze Stanisławem Beresiem, w którym Lem wprost zaprzecza, jakoby w czasie okupacji posługiwał się fałszywymi dokumentami z powodu „złego” pochodzenia, a konsternacja ta wynika z tego, że znane są dziś dokumenty poświadczające, iż Lem miał semickie korzenie i już przed wojną musiał o nich wiedzieć. Motywacji jego postępowania łatwo się domyślić, bo przecież nie tylko udziałem jednego Lema było przemilczanie sprawy własnego pochodzenia, wywołane lękami z czasów wojny i wzmagane klimatem politycznym panującym w PRL, szczególnie od końca lat sześćdziesiątych.

Dlatego znamienne wydaje się to, że autor Solaris, wbrew powszechnym przekonaniom (a ściślej, wbrew przekonaniom panującym w Polsce), odniósł się wprost – publicznie – do sprawy żydowskiego pochodzenia; sęk w tym, że nie po polsku. Zrobił to po wyjeździe z kraju do Wiednia, w eseju napisanym po niemiecku, opublikowanym zaś po raz pierwszy w angielskim tłumaczeniu w „The New Yorkerze”. Lem wprawdzie oświadczył w nim, że nie znał tradycji żydowskiej (chociaż wiadomo dziś, że przed wojną miał piątkę z religii mojżeszowej na świadectwie), przyznał natomiast, iż po raz pierwszy odczuł negatywnie swoje pochodzenie w okresie hitlerowskiej okupacji Lwowa:

W tym okresie w sposób bardzo bezpośredni i „praktyczny” dowiedziałem się, że nie jestem „Aryjczykiem”. Moi przodkowie byli Żydami, jednak ja nie miałem pojęcia o judaizmie, ani, niestety, o żydowskiej kulturze. Właściwie dopiero nazistowskiemu ustawodawstwu zawdzięczam świadomość, że w moich żyłach płynie żydowska krew. Udało nam się jednak uniknąć więzienia w getcie – dzięki fałszywym dokumentom wraz z rodzicami zdołałem przetrwać ten czas1.


Równie symptomatyczny jest list napisany kilka lat wcześniej do zaprzyjaźnionego angielskiego tłumacza, Michaela Kandla, który został opublikowany już po śmierci Lema. Pisarz wyznał w nim, że w świetle ustaw norymberskich jest Żydem, co jednak ciekawe, zawarł to wyznanie w języku angielskim, mimo że zwykle w korespondencji ze swoim kongenialnym tłumaczem posługiwał się językiem polskim. Chwilę później autorefleksyjnie dodał, że w zasadzie nie wie, czemu pisze po angielsku, więc pozwoli sobie przejść na polski (dalszą część listu istotnie napisał po polsku). Najogólniej rzecz ujmując, autor Solaris bodaj nigdy nie zdecydował się na publiczne i bezpośrednie użycie polskiego słowa „Żyd” w odniesieniu do siebie, wyraził natomiast tę samą konstatację – z formalnego punktu widzenia – w języku angielskim. Trudno zbagatelizować ten detal, tym bardziej że nie jeden Lem chętniej wypowiadał to słowo w innym niż rodzimy języku. Wiadomo skądinąd, że w polskiej kulturze, szczególnie w okresie czterdziestopięciolecia powojennego, słowo „Żyd” było obciążone szczególnym ładunkiem semantycznym, wzbudzało nienaturalne reakcje, wzmożoną uwagę i ostrożność, często konsternację. Dobitnie świadczy o tym duża liczba eufemistycznych peryfraz, które funkcjonowały i wciąż w polszczyźnie funkcjonują w tym celu, by umożliwić użytkownikom języka ominięcie kłopotliwego wyrazu (jedna z tych peryfraz była już przywołana: podlegać ustawom norymberskim). Rezultatem niniejszego stanu rzeczy była tabuizacja kwestii żydowskiego pochodzenia, która dotyczyła zarówno Żydów, jak i nie-Żydów. Ci pierwsi odczuwali jej działanie w sposób szczególny w chwilach mówienia i pisania o sobie oraz o swoim życiu, zwykle bowiem nie chcieli, nie mogli lub nie byli w stanie wprost publicznie wyznać, jakie jest ich pochodzenie. Skutkowało to albo milczeniem, albo stosowaniem rozmaitych omówień, aluzji czy mowy ezopowej.

Zdawałoby się, że Lem należał raczej do tej pierwszej grupy i celowo nie chciał udzielać swoim czytelnikom licencji na interpretację jego twórczości przez pryzmat „żydowskiego doświadczenia” (fraza Jana Błońskiego). Na pozór przypuszczenie to potwierdzałaby lektura wspomnianego Wysokiego Zamku. Książka ta – jak na Lema, rzadko omawiana i nie tak często tłumaczona – funkcjonuje w świadomości czytelniczej jako zbiór sentymentalno-refleksyjnych wspomnień z okresu dzieciństwa przed wojną, a przede wszystkim jako jeden z pierwszych utworów powojennych poświęconych Lwowowi z czasów panowania polskiego. Sam autor nie najwyżej go cenił – pisał w liście do Kandla, że nie jest nazbyt przywiązany do jego „waloru sentymentalno-wspominkowego” – wielokrotnie jednak bronił jego dokumentarnego czy wręcz osobistego charakteru, w innym liście zwrócił zaś uwagę, że „to jest b. szczera książka, tyle że materiał autentyków został zamknięty w bursztynie refleksji”. Czyżby te „sentymentalne wspominki” były czymś więcej, niż są na pozór, a tytułowy Wysoki Zamek domagałby się klucza?

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.