12/2021

Piotr Kępiński

Przepowiedziana katastrofa

Nadszedł czas filmów katastroficznych i powieści też. W zeszłym roku triumfy święcił średni dosyć obraz wyreżyserowany przez George’a Clooneya Niebo o północy, w którym znany aktor, również pojawiający się na ekranie, zaprezentował wizję totalnego upadku Ziemi. Jest rok 2049, planetę nawiedził kataklizm. Z laboratorium w Arktyce, w którym pracuje bohater, genialny naukowiec Augustin (w tej roli, rzecz jasna, Clooney), wszyscy zdołali się już ewakuować, na lodzie – nomen omen – został tylko on i mała dziewczynka. Reszta pracowników ukryła się w specjalnych schronach, bo prawdziwa zagłada ma dopiero nastąpić. Taki dostali sygnał, że to, co teraz widać, to tylko przedsmak prawdziwej agonii. Augustin próbuje ostrzec kosmonautów wracających z dalekiej misji, żeby na Ziemi nie lądowali…

Clooney w swojej roli jest malowniczy, krajobrazy arktyczne mrożą krew w żyłach, ale cały film przypomina bardziej reportaże z kanału Discovery aniżeli przypowieść o końcu świata.

O niebo ciekawszą powieść o upadku napisał Piotr Wojciechowski. Jednak jego Zły wiatr to rzecz nie tyle o końcu totalnym, ile o umiarkowanym krachu, po którym następuje dosyć specyficzne „przebudzenie”, w wyniku którego doskonale znany nam kontynent nieco się zmienia. No, może bardziej niż „nieco”.

W każdym razie żadnej egzotyki u Wojciechowskiego nie znajdziemy. Wszystko znajome, bo autor Kamiennych pszczół wpadł na pomysł znakomity i opisał koniec świata historii, mitów i naszych interpretacji.

Oto nastąpił krach: „[…] świat się zawalił. W dwa dni zawalił się doszczętnie. Straciły ważność bilety powrotne, karty płatnicze, banknoty, nikt nie zważał na żadne papierki, nie wierzył żadnym cyfrom”. Słowem, to co było zawsze, zanikło. Nastąpił wielki bałagan, Czarny Kwartał, ludzie zostali odizolowani od siebie, od pracy, od swoich miast i rodzin. Nagle znaleźli się w miejscach, które zmieniły swoje znaczenia. Urocze Otranto w Apulii stało się piekłem, wspaniały hotel w górach przeistoczył się w arktyczną pustelnię. Wirus zainfekował świat. „Jeden globalny komputer potrzebny był, aby cyfrowe tsunami mogło chlusnąć na cały cywilizowany świat. Komputery w samochodach i czołgach, samolotach i salach operacyjnych, w elektrowniach i bankach…”.

Rozkłady jazdy normalnego życia przestały istnieć. Planeta Zaniedbania – jak nazywa Ziemię Wojciechowski – zaczęła zapadać się sama pod sobą. Jednak ludzie przetrwali. I dlatego, że przetrwali, zaczęli życie wymyślać na nowo.

To życie po życiu autor Kamiennych pszczół opisał po mistrzowsku. Zły wiatr jest opowieścią niezwykle plastyczną, ale też i muzyczną. Świetnie dopracowane są dialogi i monologi. Kwestie historycznie i futurystyczne Wojciechowski znakomicie uzasadnia. Zero pustosłowia i sztuki dla sztuki.

Autor mówiąc o katastrofie, która doprowadziła do wielkiego wymazania, szkicuje przed nami świat, który przed Czarnym Kwartałem również podlegał podobnym procesom.

Jakby chciał powiedzieć: katastrofy dotykają nas dosyć regularnie.

Oczywiście ta opisana w Złym wietrze jest najdotkliwsza w skutkach. Nagle nie można swobodnie podróżować, miasta pogrążyły się w chaosie, na południu Włoch wybuchła rebelia przeciwko czarnym imigrantom, na stacjach benzynowych kończy się paliwo, nie latają samoloty, świat przestaje funkcjonować. Ale w przeciwieństwie do opowiadaczy z Hollywood Wojciechowski myśli jakby trzeźwiej i mniej bajkowo. I zapewne dlatego katastrofa, którą opisuje, jest bardziej bolesna i dotykalna. I przede wszystkim bardziej realna. Wręcz reportażowa. Przy czym świat, który wymyśla autor Złego wiatru, jest światem szufladkowym, wieloznaczeniowym. Z historii wynika współczesność, z rozmowy o niemożności przemieszczania się samolotami kiełkuje dyskusja o sensie podróżowania, z prostego opisu miasta wyrasta szkic o sensie emigracji.

Te rozważania Wojciechowski kontynuował ciekawie w rozmowie z Pawłem Duninem-Wąsowiczem (w „Dwutygodniku.com”): „Byłem krótko w Pakistanie – jest się zagubionym wobec tego, jak tam trzeba ucztować, jak załatwić sprawy w toalecie, jak być podróżnym. Wszystko ma swoje szyfry, do których ja nie mam klucza. A jak oni do nas przychodzą, to też nie mają klucza. Czują, że jesteśmy obcy i stanowimy zagrożenie”.

Zły wiatr jest w pewnym sensie powieścią właśnie o tych kluczach do mitów i nie-mitów, do naszych światów, które czasami bywają dostępne, a czasami niemożliwe do rozgryzienia.

Wojciechowski gromadzi te ziarna, ściera na powierzchni, tłumaczy, prorokuje, ale zawsze w sposób niezwykle wyważony.

Bo jest mistrzem dialogu i refleksji, która z dialogu wyrasta. Konstruuje swoją prozę niezwykle logicznie i konsekwentnie, pseudonimuje starannie, ale śladów nie zaciera, żeby czytelnik mógł odnaleźć ważne punkty odniesienia w rozlicznych rebusach i szaradach.

Jak sam napisał, fabułę książki wymyślił dosyć dawno temu, Zły wiatr pierwotnie miał się ukazać bowiem już pod koniec roku 2019. „Rzeczywista katastrofa społeczna i ekonomiczna zaczęła się wkrótce potem. W chwili, gdy piszę te słowa, nie widać jeszcze drugiego brzegu. Jeszcze nie świta. Mocno jednak wierzę w to, co napisałem. Jeszcze pokażemy dzieciom, jak rośnie las, posłuchamy kwartetów skrzypcowych, jeszcze przyjaciele otworzą nam drzwi”.

Czyli katastrofa według Wojciechowskiego to katharsis, a nie unicestwienie, to powrót, bolesny, ale powrót do korzeni świata albo minionej cywilizacji. Nie bez znaczenia jest nowa mapa Europy, którą autor przed nami kreśli. W jej centrum znajduje się miasto dotychczas marginalne, które po kataklizmie wyrosło na metaforyczną stolicę nowego ładu – to słoweńska Lublana, w której ogniskują się wpływy północy i południa, wschodu i zachodu. Nie ma w tej powieści Rzymu, Berlina, Paryża. Są za to Sankt Gallen i Židlochovice. Czyli z jednej strony widzimy miniony, niezwykle ważny, zachodni ośrodek monastyczny założony przez św. Galla, z drugiej zaś miasteczko w kraju południowomorawskim, w którym urodził się Karol Stefan Habsburg, arcyksiążę austriacki z linii żywieckiej.

W świecie Wojciechowskiego wszystko ma sens. Nie ma rzeczy przypadkowych. Miasto, miasteczko, życiorys, romans, położenie hotelu czy akademika dla studentów Erasmusa, w którym młodzi ludzie uczą się na nowo jak wypiekać chleb.

Chciałoby się powiedzieć: przecież tak wyglądała pierwsza faza pandemii koronawirusa. Też byliśmy odseparowani, też uczyliśmy się rzeczy pierwszych, też na nowo nawiązywaliśmy związki z tymi, z którymi byliśmy już w związkach.

Zły wiatr czyta się, z jednej strony, jak sen, w którym zobaczyliśmy przyszłość, a z drugiej jak filozoficzną przypowieść o marności doraźnych dyskursów. Wiele jest w tej książce polityki, ale nie tej z gazet i telewizji. Wojciechowski poważnie traktuje czytelnika. Jeżeli mówi o emigracji, to głosem człowieka, który faktycznie chciałby widzieć tego problemu rozwiązanie. W rozmowie z Duninem-Wąsowiczem wspomina jedną z bohaterek swojej książki, Emmę Łazur: „Ważne jest to, co mówi jej szef i kochanek: że misjonarzy i wolontariuszy jest w Afryce tylko kilkaset tysięcy, a potrzeba kilku milionów. Bo jeśli nie zrobimy Europy w Afryce, to nie da się powstrzymać tego, że będziemy mieli Afrykę w Europie. Ponieważ ludzie mają prawo iść tam, gdzie im dobrze. I bardzo niewielu zauważa to, że ta wielka migracja to kolejna faza kolonializmu – zabieraliśmy kiedyś dalekim krajom surowce, a teraz znowuż odbieramy im najbardziej aktywnych i najlepiej wykształconych. Pozostawiają swoje kraje ogołocone z elit. Iluż jest w polskich szpitalach lekarzy o arabskich nazwiskach, których brak w ich ojczyznach!”.

Czy Wojciechowski tym samym nakreślił upadek świata zachodniego? Niekoniecznie. Autorowi bardziej chyba chodziło o to, żeby podkreślić jego wypalenie i odrodzenie w nowej formie.

W ostatniej scenie książki Emma zachęca Dika (jednego z bohaterów opowieści) do odwiedzenia wystawy przywiezionej z Musee de l’Homme z paryskiego Trocadero, żeby „zobaczyć swoje głowy, odnalezione w spalonym autobusie gdzieś w Polsce”.

Poetycka scena. Bo Wojciechowski, jak wiadomo, jest również poetą, równie dobrym jak prozaikiem. I zapewne dlatego unika efekciarstwa i taniego katastrofizmu.

Ważna powieść ważnego autora. Nie może zostać przegapiona.

Piotr Wojciechowski: Zły wiatr.
Wydawnictwo Test,
Lublin 2020, s.398.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.