Szewc na pewno świetnie zdaje sobie sprawę, że koło to figura szczególna. Symbolicznie można otoczyć kołem wszystko, co dla nas ważne, drogie, czemu nie chcemy pozwolić się wymknąć i co przytrzymalibyśmy chętnie przy sobie na wieczność (czy najlepszym przykładem tej nadziei nie jest obrączka ślubna?). Koło to figura sakralna. Znak bez początku i końca, symbol wiecznego odradzania się życia w naturze, ale i zmartwychwstania Chrystusa. Trwania, cykliczności, wiecznych powrotów. Taką samą cykliczną naturę mają wspomnienia protagonisty-narratora Było. Stwierdza on:
To zdanie jest jednym z najważniejszych w tomie w całości zorientowanym na przeszłość. Dzieciństwo i okres dorastania autora na rodzinnej Zamojszczyźnie, a obok tego sposób, w jaki wracają wspomnienia, stanowią najistotniejsze tematy nowej książki. Koncentryczne kręgi, przypominające coś w rodzaju labiryntu, znajdują się także na jej okładce autorstwa wspaniałej graficzki Mimi Wasilewskiej. Przeszłość, którą czytelnik poznaje w Było, niewiele różni się od tej, którą mogliśmy zobaczyć u Szewca w jego dotychczasowej twórczości: w tomikach poetyckich (ostatni to Zielony anioł i inne oktostychy, 2023) czy w prozie (w słynnej trylogii powieściowej – Zagłada, Zmierzchy i poranki, Bociany nad powiatem, odpowiednio: 1987, 2000 i 2005). Znajdziemy tu więc rodzinę, bliższych i dalszych sąsiadów autora, kolegów z dzieciństwa, rytuały dnia powszedniego, ulubione, ale i tajemnicze miejsca (ulice, domy, sklepy i zaułki miasta – ciekawe dla dorastającego chłopca), zwierzęta, zabawki oraz słowa – zapomniane, bo nieużywane już dzisiaj przez nikogo (takie jak młóto albo poślad – który staje się głównym „bohaterem” utworu pod tym samym tytułem). Wszystkie utwory – a na to szczuplutkie dziełko składa się ich czternaście – opisują różne drobne zdarzenia z dawnych lat. Niektóre sceny i obrazki autor wyjął z wcześniej już publikowanych utworów – jak chociażby opis sklepu pani Malinowskiej z wiersza Spinka do włosów, wydanego grubo ponad dekadę temu w tomie Moje zdanie. W tamtym utworze poetyckim ów sklep był osobnym, tajemniczym bytem, wspaniale wyrysowaną literacko samodzielną planetą – „umocowaną spinką do włosów na tej czy innej orbicie”, „migoczącą w ciemności odbitym światłem”. W nowej książce to się nie zmienia. Sklep nadal pozostaje jak „wyjęty ze snu”, a właścicielka ma ten sam karcący i władczy wzrok. Za to – choć to rzecz oczywista, skoro dziewięć strof zmienia się w niecałe trzy strony – obraz w nowym opowiadaniu pęcznieje od szczegółów. Dowiadujemy się, że pani Malinowska, Zofia, urodziła się we Włodzimierzu w 1902 roku. Miała brata Pawła, który był właścicielem sklepu, a to ciasne pomieszczenie bez okna, w którym królowała, znajdowało się na parterze kamienicy Daniłowskiego w Zamościu.
Pamięć nie jest doskonała i nie utrwala minionej rzeczywistości tak, jak czyni to fotografia. Świat w pamięci pęka, rozłamuje się, ujawnia luki, niejednokrotnie prowokując obsesje na punkcie tego, co zostało słabo albo w ogóle niezapamiętane. „Pani nazywała się Baranowa, ale nie wiem, jak miała na imię. I nie jestem pewny, czy w ogóle kiedykolwiek wiedziałem. Coraz bardziej doskwiera mi fakt, że nie znam jej imienia” – tak zaczyna się Teren graniczny, kilkustronicowy utwór o sąsiadce, do której matka wysyłała przyszłego autora opowiadania z kanką po mleko. Dziś piszący nie pamięta jej imienia (czy w ogóle kiedyś je znał?), za to pamięta jej „akuratny domek”, jasną, wiązaną pod brodą chustkę i spódnicę zakrytą z wierzchu gospodarskim fartuchem. W pamięci zostają przede wszystkim zmysłowe, materialne szczegóły, słowa się przeważnie zacierają. W innym z kolei utworze, tytułowym Było – najdłuższym, bo zajmującym niemal połowę szczupłego tomu – autor Miejsca napisze: „Pewne sprawy potrafiły dochować głębokiej tajemnicy, pozostawały niewzruszone i niedocieczone. […] Skąd wziął się w spichlerzu niemiecki hełm z lat wojny, kto go nosił i dlaczego pozostał na gospodarskiej służbie?”. Hełm przez lata służył dziadkom autora jako czerpak do zboża dla zwierząt gospodarskich. Ale kto go tam zostawił i w jakich okolicznościach? Autor w pewnym momencie dowiedział się o mordzie na mieszkańcach Kornelówki, dokonanym przez Niemców w 1942 roku – o czym zresztą wspomina w książce, ale, jak później zaznacza: „nie o wszystkim chciano pamiętać, a tym bardziej mówić”. Żeby więc zdjąć z podejrzanego przedmiotu piętno wojny, dziadkowie narratora włączają go, i symbolicznie, i dosłownie, w zwyczajność – w swoją gospodarską codzienność, w rytm, w którym trzeba milczeć na temat tego, co niepotrzebne do przeżycia.
Było – co zauważyć można od pierwszych stron książki – rządzi się tą samą obsesją co cała niemal twórczość Szewca. Świat przedstawiony jest tutaj niczym scena, na której w nieskończoność powracać może minione. Scena prawdziwie obrotowa, bo zbudowana na planie koła. Jest to – jak pisze autor – „teren nawracających wspomnień, emocji, pożegnań i powitań”. Obszar dociekań rzeczy najistotniejszych dla człowieka: skąd się wzięliśmy tacy, jacy jesteśmy dzisiaj? Z jakich ludzi pochodzimy, z jakich zdarzeń, miejsc i krajobrazów, zwierząt i roślin żyjących tuż obok nas? Z jakich gestów naszych przodków i sąsiadów, z jakich swoich i nieswoich doświadczeń? Z czyjego milczenia na pewne tematy?
Szewc to autor o dużym talencie, jeśli chodzi o gospodarowanie konkretem w literaturze. Rozpisane przez niego sceny z udziałem przedmiotów, czasem drobnych – jak zwykła wstążka czy pęknięta płyta chodnika – pokazują, że świat ludzki budują wszystkie rzeczy, również te najmniejsze, a raczej wydawałoby się: najmniej ważne. Poza tym autor Miejsca to mistrz ujmowania rzeczy abstrakcyjnych – czasu, przemijania, okresu dzieciństwa i dorastania, tęsknoty za nimi, czułości pomieszanej z ciekawością wobec spotykanych osób, zwierząt i rzeczy – w kategoriach zmysłowości. Najwspanialej moim zdaniem Szewc opisuje czas, który wydaje się niemal żyć, oddychać pełną piersią. Czas, który w jego nowej książce zdaje się delikatnie „szumiącym” tłem dla ludzi, przedmiotów i całego świata natury, a jednocześnie stanowi niewidzialne źródło energii dla wszystkiego. „Czas szumiał cichutko, strzelała młoda trawa, z dachów podrywały się gołębie” (Było).
Autor Mojego zdania równie chętnie nadaje przedmiotom i ideom cechy żywych istot, tym samym włączając ich byt w historie toczące się na planie wiejskich podwórek i polnych przedmieść małych miast. One też mają tu swoje zadania do spełnienia, swój rytm życia spleciony z ludzkim, ale wiodą również własną, odrębną egzystencję – jak motocykl radzieckiej marki Iż, na którym główny bohater jako dziecko jeździł na przejażdżki z matką i ojcem, nazywany „opancerzonym, czarnym owadem”.
W ten sposób literatura staje się polem zawiązywania wspaniałych, ale też dziwnych mariaży między ludźmi, zwierzętami, przedmiotami, a nawet abstrakcyjnymi pojęciami. Czytając Było, co i rusz przypominam sobie światy przedstawione u wielkich autorów wyobraźni – choćby Jana Brzechwy, gdzie zwykłe przedmioty, jak guzik na czapce, w pewnym momencie zdradzają swoją utajoną, pokrętną i magiczną naturę.
Trzeba przyznać, że Szewc jest autorem wyjątkowo gospodarnym. W jego książkach nic się nie marnuje, nawet najmniejszy skrawek przestrzeni, najdrobniejszy bibelot. Ten mały, zamknięty na planie kilku ulic świat stanowi od początku w jego twórczości wielką wartość. To poniekąd świat Brunona Schulza czy też Juliana Stryjkowskiego, w którym bezpieczeństwa dziecka pilnują przedmioty oraz ludzie z jednego podwórka, a przede wszystkim ich gesty i słowa. Te, choć zwyczajne, wydają się służyć w książkach Szewca za długie modlitwy nad dziecięciem i skuteczne zaklęcia. Świat to zaledwie powiat – mówi autor Cienkiej szyby – i w nim znajduje kosmos spraw dla niego najważniejszych. A że nie jest to świat nieznany, abstrakcyjny, lecz najbliższy autorowi, wywiedziony z dzieciństwa i okresu dorastania, to łatwiej nam uwierzyć w jego obiektywne istnienie, widzieć w nazwach miejscowości rzeczywiście odpowiadające im punkty na mapie. Zarazem jednak rodzime dla Szewca miejsca, jak Czołki i Udrycze, Tomaszów Lubelski i Zamość, to w tej twórczości miejsca zarówno prawdziwe, jak i zmyślone. Niegdyś rodzinne gniazda autora, dziś obserwowane z oddalenia w czasie i w przestrzeni (Szewc od lat mieszka w Warszawie), stanowią kanwę dla niekończącej się pracy pamięci, która z rozmaitych wspomnień, ale i dopowiedzianych w wyobraźni wątków, stara się złożyć ten świat na nowo, z każdą kolejną książką dokładając bohaterów, kolorów, szczegółów.
Kto widziałby w tym nudę, ten nie zrozumie, na czym polega wartość tej prozy, jej wielkie zadanie, które autor stawia sobie od lat. A jest to zadanie, jak może przekonać się czytelnik, iście szalone:
Szewc pisze „rachowałem”, choć można usłyszeć w tym zdaniu także: „ratowałem”. Takie liczenie każdej najmniejszej rzeczy w świecie przypomina w Było rodzaj modlitwy albo darowane autorowi przez „niego” (Boga? wewnętrzny głos?) pisarskie zatrudnienie czy też rodzaj przyszykowanego mu przez opatrzność przeznaczenia.
Policzyć świat, czyli co? Ocalić każdą jego najmniejszą część? Szaleństwo! Ale i coś wspaniałego zarazem. Jaki to niezwykły koncept – nawet jeśli pojawia się w obrębie fikcji – zadać sobie, czyli sobie‑dziecku, sobie‑dorastającemu chłopcu – cel policzenia wszystkich rzeczy w świecie? U Szewca wydaje się to znakiem autentycznego lęku przed utratą najdroższych rzeczy – świata, którego w zasadzie już nie ma, bo pozostał jedynie w pamięci, ale i zmysłu widzenia go w najdrobniejszym wymiarze, w którym nic nie może się zagubić. Ani dłonie pani Malinowskiej, ani odblask księżyca padający na dachy dobudówek. Jednocześnie można w tym odnaleźć uniwersalną tęsknotę ludzi prawdziwie kochających świat, oczywiście trochę beznadziejnie, ale inaczej nie można. I taka też powstała z tego literatura: nieudawana, niedziwaczna na siłę (a takich przykładów mamy dziś niemało), niepisana zgodnie z algorytmem nagród literackich. Literatura cichsza niż inne, ale mająca swój przemyślany, wewnętrzny porządek i swojego ducha.
