07-08/2021

Michał Trusewicz

Realizm powiatowy,
czyli katechizm Polaka małego

Choć tytuł debiutanckiego zbioru opowiadań Małgorzaty Boryczki odnosi się do rozwoju małych miasteczek, to można stwierdzić, że czternaście dość krótkich utworów to tak naprawdę kilkanaście perspektyw opisów polskiej prowincji. Z jednej strony małomiasteczkowość to idealna axis mundi, swoiste centrum całego świata, gdzie wszystkie zdarzenia, charaktery i natury ludzkie mają swoje praprzyczyny. Z drugiej strony prowincjonalność charakteryzuje się wykolejonym rytmem życia, które zostało wyrwane z ram linearnego czasu, a cała przestrzeń tzw. Polski B przypomina mroczną krainę – pokryty kurzem wiejskich dróg szeol martwych dusz, gdzie zwykła kołtuneria może niszczyć zarówno lokalne biznesy, jak i moralne kręgosłupy mieszkańców.

O perspektywach rozwoju małych miasteczek Małgorzaty Boryczki to tom opowiadań, które nie chcą hołdować żadnej prawdzie, unikając tym samym wrogiej stygmatyzacji czy orientalizacji. Umiejętności literackie pozwalają autorce uniknąć protekcjonalnej perspektywy, antagonizującej idealną wiejskość z dobrze znaną miejskością. Choć pewne klisze są obecne w niektórych opowiadaniach, to zostały one poddane procesom ożywczej i uzdrawiającej demaskacji – często przy pomocy ironii, gier intertekstualnych czy humoru.

Ważnym motywem opowiadań jest pamięć. Już otwierająca książkę Scheda dość mocno nakreśla charakter tej refleksji. Naprzeciwko domu narratorki stoi czołg, który pochodzi jeszcze z czasów stacjonowania sił radzieckich nad Pilicą. Wątpliwości budzi już sam jego wygląd: błyszcząca lufa raczej nie wygląda na taką, która kiedyś wystrzeliwała pociski. „Ostatnio coraz bardziej wątpię, że czołg jest prawdziwy. Może to po prostu jakaś pomniejszona podróba, której niepotrzebnie okazujemy szacunek i pod którą bez sensu składamy wieńce w święta kościelne i państwowe” – opowiada narratorka Schedy. Pamięć to nie tylko ruch wspominania (lub zapominania), ale także kulturowa forma przekazywania doświadczeń i wiedzy o wspólnocie. Co jest filarem przestrzeni dorastającej bohaterki? Czołg, który z jednej strony może być militarnym strażnikiem uniwersalnej pamięci o historii, a z drugiej atrapą tradycji, podrobionym artefaktem kulturowym, jakimś niedokładnym cytatem martyrologicznym. A strażniczką takiej pamięci jest babka bohaterki Schedy? „Wie, że wojna mnie nokautuje, więc nadużywa jej bezczelnie, choć obie doskonale wiemy, że w trzydziestym dziewiątym miała ledwie rok i niewiele z tej wojny pamięta. Jej niepamięć o tamtych wydarzeniach jest jednak potężniejsza od mojego w nich uczestniczenia” – relacjonuje kobieta. A zatem pamięć może być też złudzeniem, elementem retorycznej gry między pokoleniami, a także przyczyną rodzinnej opresji i zerwanej komunikacji. Małe miasteczko, pogrążone w niejednoznacznej cyrkulacji pamięci i zapominania, staje się miejscem życia dla osób, które konfrontują swoje pochodzenie z własnymi marzeniami. Scheda to opowiadanie o dość prostej konstrukcji, aczkolwiek zmiana akcentów – Boryczka nagle zamienia pisanie zachowawczymi „obrazkami z Polski” na opowieść o meandrach awansu społecznego – wypada nad wyraz przekonująco. Narratorka ma szesnaście lat i nigdy nie była w teatrze, a gdyby nie ciotka Irka z Gdyni, to morze znałaby jedynie z wytartych znaczków pocztowych. „Z drugiej strony porządne liceum potrafi ustawić całe życie. Nauka nauką, ale to kwestia środowiska. Tutaj w liceum będą przyszłe fryzjerki, sekretarki, kierowcy. Dzieci rolników, mechaników, sprzedawczyń. Ludzie, którzy muszą sami siebie wynaleźć. Tam w liceum będą dzieci prokuratorów, lekarzy, pisarzy. Dzieci właścicieli fabryk, a nie ich pracowników” – ruch ze wsi (lub małego miasta) do większej aglomeracji nierozerwanie wiąże się z nawykową pamięcią o wykluczeniu ekonomicznym bądź kulturowym. Boryczka z empatią odnosi się do swoich bohaterek i bohaterów, jakby wierząc, że przejście od katolickiej i powiatowej Polski małomiejskiej do liberalnej i pełnej dobrobytu Polski wielkomiejskiej może być naznaczone nie tylko wstydem, lecz także bolesną deziluzją.

O perspektywach rozwoju małych miasteczek to książka, która najciekawiej wypada w momentach opisywania mobilności społecznej, niejednoznacznych gestów pamięci czy rodzinnych dramatów, często naznaczonych przez historię czy wykluczającą teraźniejszość. Językowa samoświadomość Małgorzaty Boryczki pozwala uniknąć popadania w neoromantyczną pułapkę: wieś (małe miasto) nie jest rezerwatem natury, która nocami nawiedza narratorów i symbolicznym dialektem opowiada o tajemnicach dzikich zwierząt schowanych w mrocznej gęstwinie, do której brama prowadzi przez aglomeracyjne rogatki. Stylu Boryczki nie sposób porównać do plastycznego języka Weroniki Gogoli, choć są pewne punkty wspólne: opowiadania nie orientalizują, nie silą się na umagicznienie tego, co zwykłe, podupadłe i zlikwidowane, a mimo wszystko mają jakąś niesamowitą moc zakotwiczenia akcji w na poły mitycznym, na poły konkretnym „wtedy i tam”. Wyróżnia się doskonałe opowiadanie Źródło, które wręcz domaga się wielotorowego odczytania. Utwór ten można przeczytać jako specyficzną grę z literackimi konwencjami realizmu magicznego (potraktowanego bardzo dosłownie), paraboliczną opowieść o ludzkich namiętnościach i zawiściach lub symboliczną historię o krajobrazie transformacyjnym w peryferyjnych zakątkach Polski. Pierogarnia, piwiarnia, bawialnia – tym w skrócie była Źródlana, prowadzona przez panią Renatę. Najlepszy farsz w okolicy budził zazdrość konkurencji – na przykład pana Darka z pobliskiego spożywczaka. „Aż ktoś puścił plotkę, że Renata to czarownica” – to esencjonalne zdanie to tak naprawdę jedyny kod, dzięki któremu można odcyfrować język polskiej transformacji gospodarczej – dziki kapitalizm, drapieżna konkurencja i nagłe zanikanie stałych punktów krajobrazu peryferyjnego. W opowieści o upadku lokalnego biznesu jest jakaś domieszka poetyki absurdu, ale na pierwszym planie mamy dość ezoteryczną historię o tym, że konkwistadorzy wolnego rynku mieli w sobie coś z hiszpańskiej inkwizycji, której żaden historiograf nie mógł się spodziewać. „Podobno to proboszcz sołtysa na Renatę napuścił, że kto to widział, żeby w niedzielę wierni po knajpach się włóczyli i trwonili pieniądze na pierogi, zamiast na mszy na tacę dać, jak Pan Bóg przykazał. Inni z kolei mówili, że to Darek chciał konkurencję zawczasu wykończyć, bo krótko potem otworzył bar na rogu skweru. Burgery serwuje i pizzę” – zaskakuje zbieżność różnych porządków: zgrabna krytyka ekonomiczna miesza się z literacką satyrą na kołtunerię, a wolnorynkowa kokieteria zaskakująco splata się z katolicką bigoterią. W takich momentach opowiadania Małgorzaty Boryczki wypadają najciekawiej.

O perspektywach rozwoju małych miasteczek to zbiór dobry, lecz niestety nierówny. Między SchedąŹródłem napotykamy Kominek – utwór melancholijny, niespieszny, opowiadający o trudnej relacji ojca z synem. Debiutująca autorka czasem decyduje się na liryczne zakończenia, które zamieniają opowiadania w nieruchome alegorie – usilne dążenia do „mocnej” pointy czasem wypadają dość koturnowo: „Wciągnąłem zapach dymu, nocy i niedopitego piwa ojca. – Wszyscy się staramy – odparłem”. Sentymentalny obrazek został nadmiernie przefiltrowany przez samą literackość, osuwając się tym samym w rejony emocjonalnego kiczu, zaprogramowanego na cyniczne wywoływanie wzruszeń. Podobny zarzut można odnieść do Surówki, przewidywalnej historii o uczuciowym rozczarowaniu, kończącej się w następujący sposób: „Odbierz, odbierz. Odbierz, a już zawsze wszystko będzie dobrze. Nawiozę ci surówki z białej kapusty, przytulę cię do piersi, narodzę dzieci, zabiorę do matki na wieś na Wielkanoc, tylko odbierz, do ciężkiej cholery, odbierz! Sygnał, cisza. Sygnał, cisza. Odebrał”. Mocna pointa (nawet graficznie wyróżniana akapitami) miesza się z melodramatycznym rozgorączkowaniem (wielokrotne powtórzenia!), osłabiając tym samym prawdziwy sens wypowiedzi. Kobieta zwraca się wprost do fantazmatycznych wyobrażeń mężczyzny, które w jakimś stopniu są paralelne wobec szeroko rozumianej małomiasteczkowości. Czy bohaterka wpada w pułapkę samoorientalizacji? Chyba tak, ale szkoda, że nie zostało to lepiej wyeksponowane narracyjnie – melodramatyczny styl dość znacząco przesuwa akcenty w stronę uniwersalnej historii o uczuciach.

Świetna struktura opowieści pojawia się za to w Krzyżówce – dynamiczna rozmowa matki rozwiązującej krzyżówkę z dorastającą córką zamienia się w poruszający monolog, który nie znajduje adresata. Małgorzata Boryczka na poziomie konstrukcji tekstu dokonała arcyciekawej rzeczy – połączyła solilokwium z dysfunkcyjnym dialogiem, który podtrzymywany jest zarówno przez funkcje fatyczne, jak i dyscyplinujące pretensje oraz rodzicielskie roszczenia. „Czuję, że nie obróciła się w moją stronę cała, przekręciła tylko głowę jak gołąb i patrzy na mnie dobrotliwie. To tylko troska, tylko się o ciebie martwię. Nikt cię nie zechce, jak będziesz gruba. Znowu nie mieścisz się w trzydzieści osiem, znowu trzeba kupować czterdziestki” – ciało nastolatki jest poddawane dyscyplinie, ma być przede wszystkim ciałem posłusznym, zmieniającym się pod ciężarem represji i surowych norm. Dojrzewająca dziewczyna jest osamotniona – podobnie jak bohaterki Poranka Marii i innych opowiadań Julii Fiedorczuk – wobec własnych lęków, traum, bolesnych inicjacji i opresyjnych sprzężeń kulturowo-cielesnych. Samotność afektu, niezgoda na podporządkowanie i ucieczka w nieprzepracowane wspomnienia – po raz kolejny Boryczka opisuje dyscyplinarną kakofonię, która pojawiła się zamiast komunikacji w rodzinie. Dialog wyparty przez przemoc – to efekt zarówno militarnej formy pamiętania wojny (Scheda), jak i obsesyjnej pamięci o surowych normach i kanonach. Rewelacyjnie napisana, bazująca na interesującym koncepcie Krzyżówka jednocześnie utrzymuje czytelnika w ryzach, nie wyrzuca go w rejony metarefleksji o sposobach narracji i przekazywania traumatycznych doświadczeń, dzięki czemu odbiorca intensywnie uczestniczy w samym centrum zerwanych połączeń w najbliższej rodzinie bohaterki.

„Przestrzeń staje się pytaniem, przestaje być oczywistością, przestaje być wcielona, przestaje być przywłaszczona. Przestrzeń jest wątpliwością: cały czas muszę ją zaznaczać, wyznaczać; nigdy do mnie nie należy, nigdy nie jest mi dana raz na zawsze, cały czas muszę ją zdobywać” – w ten sposób Georges Perec w Przestrzeniach opisywał to, gdzie żyjemy. Bohaterowie opowiadań żyją zarówno w powiatowej Polsce, jak i na prowincji, której charakter wyznaczały literackie gry z małomiasteczkowością. Prym wiódł szczególnie Bohumil Hrabal, opisujący swoich bohaterów zanurzonych całkowicie w „śmietniku historii”. Hrabalowskie widma parokrotnie nawiedzają opowiadania Małgorzaty Boryczki (Karel Gott, Siekiera, Gigant), ale nie zmuszają bohaterów do przybierania postaci chłopczyka w marynarskim stroju rozglądającego się za tatuażami, a raczej zwiastują potrzebę radykalnego przewartościowania i aktualizacji pewnych wzorców opowiadania o prowincji. Na początek ćwiczenie z logiki hrabalowskiej: „I dobrze, pomyślał tatuś, wszystko wraca do swych początków, teraz widzę, że czas naprawdę się zatrzymał i nowy czas naprawdę się rozpoczął, lecz ja mam klucz jedynie do starych czasów, a do nowych mi go odmówiono i w nowym czasie żyć już nie mogę, gdyż należę do czasu starego, który umarł. Tak rozmyślając, tatuś wszedł na most i gdy ujrzał beżowy browar tam na końcu przedmieścia, nachylił się nad rzeką i wpatrywał się w płynącą wodę. I zdjął czapkę oficera żeglugi wielkiej, sławną czapkę stryja Pepina, i ta czapka oficera żeglugi wielkiej zdawała się symbolizować stare złote czasy, i nie tylko stryja Pepina, ale także tatusia” (Bohumil Hrabal, Miasteczko, w którym czas się zatrzymał). A teraz Nurt Boryczki: „Urodziłem się tuż przed przełomem, przez co miotam się wiecznie między jednym światem a drugim. Pielęgnuję w sobie nieuzasadnioną tęsknotę za życiem, którego doświadczyłem w krótkim dzieciństwie. Oglądane jak zaćmienie słońca przez szybkę przyciemnioną sentymentem wydaje mi się lepsze niż to zastane w dorosłości. Dzieciństwo pamiętam z gazet i zdjęć trzymanych na strychu w domu rodziców”. I jakie są te perspektywy rozwoju małych miasteczek? Echo przełomu, stan zawieszenia, widma transformacji, filtry dzieciństwa, śmierć czasu. Wydaje się, że intertekstualność prozy Boryczki to właśnie wyraz perecowskiej wątpliwości – warto raz jeszcze przekonać się, że przestrzeń nie jest dana raz na zawsze, a szczególnie literackie wyobrażenie o niej wręcz domaga się rewitalizacji. Niczym elewacja porzuconej pierogarni, której właścicielka została oskarżona o czary.

Małgorzata Boryczka:O perspektywach rozwoju małych miasteczek.
Wydawnictwo Nisza,
Warszawa 2021, s. 146.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.