1/2026

Alicja Bagińska

roztwarzać się w litoral, pelagial, bental

Zmieszane Joanny Mueller to jednocześnie przedruk wierszy znanych nam z ośmiu wydanych dotychczas tomów poetyckich (licząc również Piratów dobrej roboty dla najmłodszych czytelników) i nowy, osobny projekt, który rzuca trochę inne światło na całokształt twórczości poetki. To zarazem wiersze zebrane i prztyczek wymierzony idei „wierszy zebranych”, która skutkuje kostnieniem wierszy w wyznaczonych im raz na zawsze miejscach. Mueller tasuje karty z poprzednich tomów, a przynajmniej chce, żebyśmy mieli takie wrażenie. „Słowo «zmieszane» zakłada pewien nieład, chaos, spis treści jest «spisem po tasowaniu», więc przypadkowość, a ja tu widzę przemyślaną konstrukcję”, zauważa w rozmowie z poetką Agata Puwalska. A więc sugeruje się nam, że wiersze zostały wrzucone do bębna jakiejś maszyny losującej, która wypluła z siebie ciąg numerów od 1 do 242 (bo dokładnie tyle wierszy mamy w tym zbiorze), ale ten pozorowany chaos to tylko żart.

Żeby objąć całą strukturę Zmieszanych jedną metaforą i jednocześnie wytłumaczyć się (przynajmniej częściowo) z zagadkowego tytułu mojego tekstu, chciałabym nawiązać do jednego z esejów autorstwa Mueller. W tytułowym szkicu z tomu Stratygrafie poetka opisuje wiersz lingwistyczny jako roztwór przesycony znaczeniami (zaznaczając, że owego przesycenia nie da się stwierdzić obiektywnie, bo z czasem tolerancja na stężenie znaczeń w wierszu‑roztworze rośnie). Na razie nie będę zatrzymywać się nad samym nasyceniem bądź przesyceniem wiersza‑roztworu, a zatem jego ewentualną niezrozumiałością. Chciałabym natomiast pójść tropem metafory poety‑chemika, żeby opisać relacje łączące Zmieszane z wcześniejszymi książkami poetyckimi Mueller. Somnambóle fantomowe, Zagniazdowniki/Gniazdowniki, Wylinki, Intima thule, Piraci dobrej zabawy, Waruj, Hista & her sista, Trule oraz niepublikowane wcześniej Pieśni o mieście na kościach i inne utwory pisane w trakcie ostatnich dwóch lat zostały przez poetkę‑chemiczkę roztworzone (tzn. zmienione w płyn), przelane do jednej zlewki i zmieszane ze sobą. W efekcie Mueller rozpuszcza wiązania, które determinowały kolejność wierszy w poszczególnych tomach, uwalnia je z kształtów, które przybierały, i pozwala im się upłynnić. Tym samym rezygnuje też z pewnej części znaczeń zawartych w oryginalnym układzie tekstów, z tych wszystkich środków, które „dosycały” stężenie sensów w kolejnych książkach – znika np. podział na Zagniazdowniki i niezawierające żadnego wiersza Gniazdowniki, podział na „mieszkania” i „pokoje” w Intima thule itd. Mueller świadomie i metodycznie rozbija ułożone przez siebie wcześniej struktury, oddala od siebie cząsteczki poszczególnych tomów, miesza wszystko razem i obserwuje efekt. Po pewnym czasie mikstura trochę się rozwarstwia, zmienia kolor, a raczej kolory – dzieli się na części.

Skutkiem roztwarzania, to znaczy zmieniania ciał stałych wcześniejszych tomów w roztwory i mieszania ich ze sobą, jest coś, co również można by nazwać roztwarzaniem się. Mam na myśli wielość twarzy podmiotki, która mieszając w swoich tomach, miesza w swoim głosie: wypowiada się raz jako studentka/doktorantka, raz jako kobieta w ciąży, raz jako matka. Tego rodzaju roztwarzanie się jest chyba bliskie konceptowi, na którym Mueller oparła Wylinki – zawieramy wszystkie wersje siebie, którymi byłyśmy wcześniej, cały czas gromadzimy role, w które wchodzimy i z których wyrastamy, nadbudowujemy na swoim „ja” kolejne warstwy. „ja = wysuwany z zawiasów lat ciężki kombinat szuflad / wysypywany na stosy: lal korali paplanin i pakuł // i ja = niema znajdka z wymownym wzrokiem” – pisze Mueller.

Zmieszanych widać więc przede wszystkim zmienność doświadczeń i punktów widzenia wpisanych w konkretne utwory – to ona, bardziej niż zmiany w dykcji poetki, jest esencją różnicy między kolejnymi wierszami. Dzięki temu cały projekt poetycki Mueller jawi się nie jako czcza zabawa językiem albo intelektualna gra, lecz jako próba ekspresji konkretnych przeżyć. Nie jest to szczególnie odkrywcza obserwacja, ale ze względu na to, że mimo upływu lat poezja Mueller wciąż bywa postrzegana przez pryzmat rozumianego powierzchownie neolingwizmu, warto stale przypominać o jej silnym ugruntowaniu w doświadczeniu. Zresztą autorka sama bardzo często wspomina o tym, że podział na „poezję językową” i „poezję egzystencjalną” nie ma racji bytu, a „najbardziej wymagające projekty językowe to jednocześnie najgłębsze, najbardziej poruszające autobiografie”. Tymczasem spora część dotychczasowych odczytań poezji Mueller sprowadza się właśnie do dychotomii „poezji językowej” i „poezji egzystencjalnej”. Barbara Klicka i Agnieszka Waligóra we wstępie do antologii Przyszli zobaczyć poetkę słusznie konkludują, że „pisarstwo autorki czytane było najczęściej albo w trybie uproszczonego formalizmu, lokalizującego najciekawsze i najbardziej zaskakujące konstrukcje słów, albo w kontekście problematyki kobiecości i macierzyństwa”. Im bardziej skupiamy się na języku, tym bardziej wymyka się nam stojące za nim doświadczenie; im bardziej skupiamy się na doświadczeniu – tym dotkliwiej gubimy język. Wydaje mi się też, że powodem problemów z recepcją poezji Mueller było (jest?) silne dążenie krytyki do zakwalifikowania jej twórczości jako elementu pewnego szerszego nurtu, zjawiska lub dyskursu – najpierw był nim lingwizm, później feminizm. Nawet w tak dobrych artykułach dotyczących twórczości autorki Wylinek, jak te autorstwa Katarzyny Szopy czy Moniki Glosowitz, nie udaje się uchwycić „całokształtu” poezji Mueller.

Zmieszane są więc okazją do ponownego przyjrzenia się w jakimś stopniu nieuchwytnej poezji Mueller, do zejścia, jak pisała Adrienne Rich w Diving into the Wreck, „po rzecz samą, a nie mit”, opowieść czy narrację. Mueller opatrzyła zbiór mottem z właśnie tego wiersza – polski czytelnik miał niedawno okazję poznać cały tom Zejście do wraku w tłumaczeniu Jerzego Jarniewicza. Poetka wybrała jednak tłumaczenie tytułowego wiersza autorstwa Jakuba Głuszaka, czego powodem mogła być subtelna acz znacząca różnica w przekładzie samego tytułu – u Głuszaka brzmi on Nurkuję do wraku. Słowo „nurkuję” kładzie punkt ciężkości na akwatyczność całej wyprawy i przedkłada czynność nad jej cel, dążenie do wraku nad znalezienie go. Motto Zmieszanych można odnieść zarówno do autorki, która „nurkując do wraku”, podejmuje próbę znalezienia języka będącego w stanie wyrazić kobiece doświadczenie, jak i do sytuacji czytelnika, który może zanurzyć się w poezję Mueller. Zbiór został ułożony w taki sposób, żebyśmy mogli najpierw oswoić się z byciem w wodzie, nauczyć się trzymać trym i oddychać z butlą, a dopiero potem zanurzać się głębiej i głębiej. Czas więc, by tak jak w wierszu Rich (w przekładzie Głuszaka), założyć płetwy:

Schodzę.

Przez płetwy kuleję,

spełzam po drabince jak owad,

i nie ma komu

powiedzieć mi, kiedy ocean

się zacznie.


[…]


[Całość można przeczytać w numerze.]

Joanna Mueller Zmieszane. 2000–2025
Biuro Literackie,
Kołobrzeg 2025, 376 s.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.