11/2021

Z Tomaszem Kaźmierowskim rozmawia Mateusz Werner

Salon i prowincja

Dlaczego mogłem byś „wcielony”? To już mądrość Matki. Po wcieleniu nas do Reichu, Ona to podpisała volkslistę. Ojca nawet nie proszono. Takich jak on po prostu wyrzucano tam, „skąd przyjechali”. Pamiętam ich rozmowę, a raczej przemówienie Matki: „Nikt mnie z dziećmi nie będzie wypędzał z rodzinnego domu, wyrzucać z pociągu gdzieś za Wisłą i zostawiać w śniegu i na otwartym polu? Byli tu już inni. Byli nawet Tatarzy i sobie poszli. Byli Husyci i sobie poszli. Byli Prusacy, a potem się ich wypędziło. Teraz są hitlerowcy, ale ich też wypędzą. A jak ich wypędzą, to ja tu z dziećmi będę i zostanę. Co? My, ludzie tutejsi, co mieszkamy tu już od wieków, mamy się stąd wynosić. Nigdy!”. Było tego więcej, ale jest to chyba summa summarum, esencja wszystkiego. U nas na Górnym Śląsku, w Poznańskiem, na Pomorzu i wszędzie w Polsce Zachodniej.

Jan Darowski, Unsere


Mateusz Werner: Fundacja Identitas, której pan jest założycielem, to jedno z wielu środowisk wspierających refleksję nad lokalną i ogólnopolską tożsamością literatury polskiej, podobnie jak twórcy nagrody Orfeusza Mazurskiego, kaszubskie środowisko pisma „Zymk”, Bukowiańskie Centrum Kultury „Dom Ludowy” na Podhalu czy środowisko samorządowe wspierające twórczość lokalną w powiecie bielskim, by wymienić kilka przykładów. Zacznijmy jednak od wątpliwości. Czy tożsamość zbiorowa jest dziś literaturze do czegoś potrzebna? A może należy dać sobie spokój z jej poszukiwaniem czy fabrykowaniem, bo literatura dzisiaj to wyłącznie spotkanie indywiduów – istnień poszczególnych autora i czytelnika?
Tomasz Kaźmierowski: To ciekawe zjawisko. Proszę zwrócić uwagę na to, że tendencja do porzucania budowy narracji dla wielkich zbiorowości o mniej lub bardziej zwartej tożsamości przypada na okres ekspresjonizmu i modernizmu w literaturze, a zatem na przełom XIXXX wieku. A przecież w tym samym okresie idea państwa narodowego osiąga swoje apogeum. Wtedy też więcej Europejczyków niż kiedykolwiek wcześniej opisuje swoją tożsamość poprzez identyfikację narodową. Mamy zatem z jednej strony Nietzschego, Wilde’a, Bergsona, Wedekinda i Przybyszewskiego, a z drugiej – proszę wybaczyć to uproszczenie – i Kiplinga, i Tołstoja, i Zolę, i Manna, wreszcie Reymonta czy Sienkiewicza. Dziś, bez wątpienia, atomizacja narracji pisarskich postępuje i nie ma sensu się na to zjawisko obrażać. Jednocześnie przestrzeń dla rozwijania narracji skierowanych do zbiorowości i podejmujących ich problematykę wciąż istnieje. Więcej, ta przestrzeń ewoluuje bardzo szybko w wyniku ogromnych zmian kulturowych i technologicznych. Obraz jeszcze bardziej komplikują różnice pomiędzy obszarem cywilizacji zachodniej a dużymi częściami świata z dominującym islamem i buddyzmem, dziś znacznie lepiej ze sobą skomunikowanymi, ale i skonfliktowanymi. Prowokacyjnie można by też zapytać, czy kwestia tożsamości zbiorowej w literaturze jest aby na pewno obojętna dziś podzielonym w kluczowych kwestiach Belgom, Szkotom, Katalończykom czy Baskom? Czy nie przerabiają jej mozolnie i boleśnie Ukraińcy, a także Serbowie i Turcy? A Francja, kraj o bogatym i wysublimowanym doświadczeniu z literaturą, jakże intensywnie reagowała na bezpośrednio dotyczące tożsamości dzieła Raspaila, a ostatnio na powieść Uległość Houellebecqa? Wreszcie w Polsce – w sposób bardzo różny, ale wzbudzający duży rezonans, o dylematach związanych z tożsamością piszą Rymkiewicz, Koehler, Cichocki, Stasiuk, Twardoch, Rokita, a także, na swój sposób, Dukaj. Jestem przekonany, że zainteresowanie coraz bardziej różnicującymi się tożsamościami zbiorowymi także w Polsce jest ogromne, tyle że stosunkowo niewielu piszących i wydawców za nim nadąża, a może obawia się za nim podążać, choćby w związku z ryzykiem związanym z głębokimi podziałami światopoglądowymi.
MW: Czy istnieje dziś lokalna tożsamość polskiej literatury?
TK: Cóż, od kilku stuleci jest z bardzo różną intensywnością uprawiana. Moje zainteresowania najczęściej dotyczyły kultury polskich dzielnic zachodnich, dlatego posłużę się głównie tymi przykładami. Wielkopolska miała bogatą tradycję piśmienniczą, a do twórczości Janka z Czarnkowa, Janickiego, Ostroroga, Wujka, Twardowskiego czy ojca polskiego teatru Bogusławskiego w XIX wieku, a więc w epoce rozkwitu lokalnego piśmiennictwa Wielkopolan, sięgano tam bardzo chętnie, znajdując oparcie w przezwyciężaniu kompleksów, których ówczesna literatura niemiecka mogła nabawić. Podczas zaborów mieliśmy tam zatem do czynienia ze świetną, intensywną lokalnością w piśmiennictwie i oczywiście nie chodzi tu o znanych poza Wielkopolską Asnyka czy Dąbrowską. Rzadko jednak poza Wielkopolską wracamy do Morawskiego, Berwińskiego czy Hulewiczów, że o innych, nierzadko ważniejszych wśród współczesnych, nie wspomnę. Dziś, jak się zdaje, lokalnie zorientowane piśmiennictwo w mocno zespolonej z głównym nurtem i globalnymi trendami Wielkopolsce nie znajduje się w dobrej kondycji. O kim tu można mówić? – Przychodzą mi do głowy Blubry Juliusza Kubła, twórczość Krzysztofa Lisa, niektóre prace Dawida Junga i wiersze Marii Pocgat.

Oczywiście, od blisko dwustu lat mają się dobrze bogate polskojęzyczne narracje górnośląskie, od Jana Kupca przez Morcinka i Bednorza, po Kutza. I dziś trudno mówić o ich osłabieniu, jeśli wielu czytelników bez trudu wskaże – na marginesie zostawię stopień etnocentryzmu i „lokalności” w ich pisarstwie – takich autorów, jak Lysko, Waniek, Twardoch, Szymutko czy Rokita. Górny Śląsk, w odróżnieniu od Wielkopolski, Kujaw czy Pomorza Gdańskiego, utrzymuje wiele ze swojej kulturowej specyfiki, a nawet rzadziej niż kiedyś się jej wstydzi. Tamtejsze tarcia wokół tożsamości, choć złożone z politycznego punktu widzenia, należą – obok wielkiego potencjału ludnościowego z jego urozmaiceniem i tradycjami – do głównych katalizatorów zainteresowanego lokalnością pisarstwa.

Ogromnie ciekawa jest sytuacja lokalnego piśmiennictwa na zapewne bardziej odrębnych od głównego, polskiego, ale też i od pomorskiego nurtu, Kaszubach. Stosunkowo nieliczni Kaszubi – jest ich jakieś dwadzieścia razy mniej niż Górnoślązaków – pokazują, iż pomimo długotrwale niesprzyjających historycznie warunków nie tylko utrzymanie, lecz także rozwój własnej kultury z piśmiennictwem jest możliwy i ma również dziś dla niemałej grupy ludzi sens. A przecież położenie między odległymi etnicznie i cywilizacyjnie, lecz bogatymi i wytwarzającymi stałą presję kulturową, polityczną i gospodarczą Niemcami a bliskimi, od zawsze obecnymi i liczniejszymi Polakami mogło doprowadzić do zaniku kaszubskiej odrębności.

Literatura kaszubska, zaczynając wyłącznie od tradycji oralnej, w połowie XIX wieku zdołała w ciągu półtora stulecia rozwinąć się od prostych form do dojrzałego, urozmaiconego fenomenu, zbliżając się tu i ówdzie do standardów literatury ogólnonarodowej. Ostatnie dziesięciolecia, choć nierzadko nadal czerpiące z fundamentów położonych przez Ceynowę, Majkowskiego, Derdowskiego czy Labudę, z ciekawych prac ks. Peplińskiego, Knittera czy Nagla, pokazują, jak żywe, wcale nie kurczowo osadzone w tradycji piśmiennictwo może dobrze funkcjonować. Wcale nie jest mu łatwo, bo konkurencją jest nie tylko odległy o stuknięcie w ekran czy myszkę światowy tygiel, lecz także atrakcyjne pod wieloma względami Trójmiasto. To ostatnie wydaje przecież bardzo odmienny od kaszubskiego nurt w polskiej literaturze. Nawet jeśli niektórzy tamtejsi pisarze, jak Huelle, z rzadka wprowadzą jakieś kaszubskie wątki do swojej twórczości, to przecież zarówno ich doświadczenie, ogląd świata, ambicje, jak i docelowy czytelnik – są inne.

Możemy zatem mówić o lokalnych tożsamościach w polskiej literaturze. W niektórych regionach silniej wyrażonych, jak to ma miejsce na Kaszubach, Górnym Śląsku, w prezentujących wysokie aspiracje środowiskach krakowskim i gdańskim czy na Podhalu. Te literackie tożsamości nie zawsze można też ująć stosując kryteria stricte geograficzne. Małe ojczyzny literackie wiążą się zarówno z miejscem, jak i z czasem, co pokazuje i zasmucająca niektórych historia piśmiennictwa Wielkopolan, i piśmiennictwo Polaków z Wileńszczyzny rozsianych po świecie po 1945 roku, ale też fenomen polskich autorów wśród ponad dwumilionowej grupy stosunkowo świeżych emigrantów na Wyspach Brytyjskich. Globalizacja literatury nie musi oznaczać zniszczenia lokalnych tożsamości literackich. Pokazują to choćby twórcze środowiska regionalne w Niemczech czy w niektórych regionach Włoch. Do tego jednak potrzeba przekonania o własnej wartości, potencjale sprawczości i skierowanego lokalnie długofalowego wsparcia organizacyjnego i finansowego.

[…]

[Ciąg dalszy w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.