03/2022

Leszek Bugajski

Siedem debiutów Wiesława Myśliwskiego

Myśliwski patrzy na to, co się o nim pisze, i milczy. Nie ma więc co ukrywać, że przystępuję do pisania o tej książce z lękiem. Powodów tego jest kilka. Przede wszystkim ten, że Wiesław Myśliwski ogłosił w tonie definitywnym to, co pół żartem, pół serio zapowiadał już od wydania Kamienia na kamieniu, czyli od połowy lat osiemdziesiątych minionego wieku. Powiedział otóż w wywiadzie z roku 2018, że nie będzie już więcej pisał: „nie chce mi się już pisać, jestem zmęczony”. Tym, którzy czekają na jego kolejną książkę, zwierzył się jeszcze z tego, że otrzymał propozycję wydania zbioru dramatów, więc pewnie teraz znajdzie na to czas, by poprawić sztukę Klucznik, co planował od lat, „i to już naprawdę wystarczy”.

W tej sytuacji zbiór jego „mów i rozmów” nabiera szczególnego znaczenia, bo staje się czymś w rodzaju podsumowania całej jego twórczości i jej postscriptum (nie zdradzę chyba wielkiej tajemnicy, gdy ujawnię, że właśnie taki tytuł zamierzał nadać tej książce autor). Postscriptum to takie pożegnalne pomachanie ręką po wszystkim, co się wcześniej napisało. Byłby to prawdziwy, ale smutny znak i chyba lepiej, że książka otrzymała ostatecznie inny tytuł. Składa się na nią – w pierwszej części – kilkanaście tekstów okolicznościowych wystąpień, głównie z okazji różnych uhonorowań pisarza nagrodami czy doktoratami honoris causa lub będących skutkiem zaproszeń do wygłoszenia mów uświetniających kulturalne wydarzenia. Druga część książki, znacznie obszerniejsza, to dwadzieścia rozmów przeprowadzonych z Myśliwskim w latach 1984–2020. Jak słusznie pisze we wstępie Jerzy Illg, nie ma i najprawdopodobniej nie będzie drugiej takiej książki, która tak głęboko odsłania pisarza, źródła jego pisarstwa i wszystko to, co stoi za jego powieściami. Myśliwski, jak wiadomo, nie pisał i nie pisze dziennika czy wspomnień, obronił się przed propozycjami przeprowadzenia z nim modnego teraz wywiadu-rzeki, w którym byłby pewnie indagowany o prywatność. Nic, tylko powieści.

Tak czy inaczej jest to książka ważna i szczególna w całej twórczości Myśliwskiego, bo pisze on w niej i mówi wprost o sobie, o sensie życia, o swoim rozumieniu pisarstwa, o poszczególnych swoich książkach, o kulturze, o języku… Po prostu o wszystkim, co tworzy jego świat. I to jest drugi powód mojego lęku. Bo Myśliwski patrzy. Tym bardziej uważnie, jak przypuszczam, że za jakiś czas będzie ta książka dla twórczości Myśliwskiego tym, czym jest obraz Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd idziemy? dla twórczości Gauguina. Bo w nim jest wszystko, „o czym” malował, pokazane w skrócie, ale to jest taki skrót, który nie trywializuje innych dzieł, nie spłaszcza ich sensu, tylko tworzy dla nich kontekst, który dla uproszczenia można nazwać metafizycznym. Jest się więc czego bać, wyobrażając sobie, że odpowiednikiem tego wielkiego obrazu jest W środku jesteśmy baśnią, i wiedząc, że dyskutuje się nad jego sensem i przesłaniem dotychczas. Ma moc – jak książka Myśliwskiego.

Trzecia sprawa: dużo więcej niż połowy tej książki Myśliwski nie napisał, tylko ją opowiedział. To niby nic nadzwyczajnego, przecież składa się ona przede wszystkim z wywiadów, których pisarz udzielał przez lata, ale nie da się nie pamiętać o tym, jaką wagę autor przywiązuje do języka, jak rozumie jego stwórcze znaczenie w naszym widzeniu i pojmowaniu świata i przeżywaniu życia. Z jednej strony wiadomo, że Myśliwski niechętnie godzi się na wywiady, z drugiej widać, z jaką powagą i zaangażowaniem bierze w nich udział. To nie jest byle gadanie, to są przemyślane, świetnie ułożone wypowiedzi o sprawach zasadniczych. Bo jeśli Myśliwski już zdecyduje się mówić, to tak, jakby podejmował się zadania, które trzeba wykonać z wielkim zaangażowaniem i powagą. Żaden z jego rozmówców – tego jestem pewien – nie zakończył wywiadu w przeświadczeniu, że został zlekceważony czy zbyty byle czym. Przeciwnie, ma wrażenie, że ma za sobą poważną rozmowę i że wysłuchał świetnych zdań, których wiele można wprost wpisać do jakiegoś skarbczyka „złotych myśli”. A Myśliwski patrzy i milczy (przynajmniej oficjalnie).

I wreszcie ostatni z tych moich lęków, z których się tu może niepotrzebnie zwierzam, no ale jak ma się opisać (chyba) ostatnią książkę tak wybitnego pisarza, to się przystępuje do roboty z wewnętrznym dygotem. Zwłaszcza że towarzyszy temu pewna niezręczność, bo uświadomiłem sobie, że to może jednak nie ja powinienem się na jej temat wypowiadać, skoro jestem obecny na jej kartach. Czyli sytuacja jest trochę taka, jakbym sam pisał o sobie, no, o maleńkiej mojej obecności w zbiorze poruszających i ważnych wywiadów. Ale tak się to wszystko potoczyło i na swoje usprawiedliwienie mam proste arytmetyczne wyliczenie: w jednym wywiadzie uczestniczę jako jeden z trzech rozmówców Myśliwskiego, a w innym jako jeden z dwóch, więc mój udział nie składa się w sumie nawet na jednego „całego” rozmówcę. Czyli może mnie w tej książce nie ma, a w każdym razie jestem w niej niecały (wychodzi, że pięć szóstych części standardowego uczestnika wywiadu). Może jest to więc mało komfortowe, ale do wybaczenia, przynajmniej łudzę się, że i ja, i inni mogą mi to – w pewnym sensie – nadużycie wybaczyć. A Myśliwski na to patrzy.

Trzeba więc spojrzeć i na niego. Skąd się wziął Myśliwski jako pisarz? Kiedy w wywiadzie dochodzi do tematu swojego „pierwszego świata”, mówi o wojennym dzieciństwie spędzonym na wsi u dziadków ze strony matki. Rodzina ustaliła, że tam będzie bezpieczniej niż w Starachowicach, w których mieszkali. I tam młody Myśliwski „wrósł” w kulturę chłopską. Obserwował wieś z „gotowością do uczuć”, bo dzieciństwo to ten okres w życiu człowieka, w którym jego zdolności poznawcze są we wzmożonej gotowości i w którym wchłania wszystko, co go otacza i co potem – niepostrzeżenie – układa jego system wartości i wizję ładu świata. Nawet gdy świat, w którym to się dzieje, nie składa się z „niezwykłych wydarzeń, wstrząsów – mówi Myśliwski. – Być może szara codzienność jest w procesie kształtowania się człowieka u jego zarania najdotkliwszą i najtrwalszą absorbcją świata”. Kiedy się nad tym zastanawia z pozycji dojrzałego człowieka, spostrzega, że „dziecko posiada szósty zmysł, z którego istnienia dorośli nie zawsze zdają sobie sprawę, i odbiera rzeczy, których my nawet nie zauważamy”. Przede wszystkim zauważa dzisiaj, że „dzieciństwo jest tą epoką, w której człowiek jeszcze nie wyodrębnił się z natury jako byt”, i mówi o dziecięcym związku z przyrodą, właściwym dla całego systemu kultury chłopskiej, w której człowiek „nie wywyższył się ponad stworzenie, nie przypisał sobie roli najwyższej w tej hierarchii”.

Po latach skorzysta z tego, co „zabsorbował” jako dziecko tym „szóstym zmysłem”, ale na razie wojna się skończyła, wrócił do szkoły, a potem wylądował na polonistyce na KUL, która – jak wynika z jego relacji – szczególnie go nie interesowała. Trafił tam po tym, jak nie dostał się na politechnikę, za namową dziewczyny, w której się kochał. To jej, żonie pisarza, zawdzięczamy Myśliwskiego, jakiego znamy i podziwiamy – gdyby był konstruktorem statków albo ich budowniczym, zatopił by się w tłumie technokratów i pewnie by z tego świata nie wychynął. A tak został pisarzem, bez którego polska literatura słabo by sobie dzisiaj radziła. Po studiach Myśliwski trafił do Warszawy, został redaktorem w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej i osiadł w stolicy na stałe.

Prawdopodobnie wtedy, w miejskim już życiu – sam nigdy tego dosadnie nie powiedział – poczuł swoje duchowe wydziedziczenie. Że jest w miejscu, które nie jest jego. „Najistotniejszym elementem ludzkiego istnienia było dawniej miejsce – mówi w jednym z wywiadów. – Nie czas, lecz dziedziczone z pokolenia na pokolenia miejsce”. I dodaje: „Miejsce jest najwyższym stanem metafizyki”. Myślę, że opisując to po wielu latach i nie odnosząc bezpośrednio do siebie, opowiada Myśliwski o swoim własnym braku miejsca. I wracał do tego w myślach. Dostrzegł wszystkie te fundamentalne wartości kultury chłopskiej, o których później mówił wiele razy i w wywiadach, i w swoich licznych okolicznościowych wystąpieniach. I wyodrębniał z tej kultury trzy najważniejsze według niego elementy: słowo, pamięć i wyobraźnię. Ze szczególnym zaangażowaniem mówi zawsze o sile chłopskiego języka, o tym, że był to język naturalny, mówiony, wobec którego nasz język pisany, literacki jest tylko sztucznym tworem. Mówił i mówi z zachwytem o chłopskim słowotwórstwie, bo w codziennej potrzebie musiał ten język nazywać wszystko, by to wszystko istniało (tu pojawia się oczywiście Wittgenstein, do którego Myśliwski często się odwołuje). Mówi i pisze o tym, że trwałość tej kultury oparta była na pamięci, bo nie tworzyła ona innych zapisów, tylko pamięciowe, i o sile ujawniającej się w niej wyobraźni.

Kultura chłopska jest tym samym podstawowym tematem książki Myśliwskiego, bo jest fundamentem jego twórczości i także myślenia o świecie. W wywiadzie z 1997 roku, a więc kiedy – jak sobie wyobrażam – patrzył z ponadtrzydziestoletniego dystansu na tamto swoje wymykanie się duchowemu wydziedziczeniu, podsumował problem tak: „Właściwie żyję w dwóch światach: tamtym chłopskim i obecnym inteligenckim, powiedzmy. Ta podwójność jest dla literatury bardzo płodna. Mogę do tamtego świata pójść z każdym problemem i sprawdzić, co mi się w tamtym świecie uda z tego zrobić. Mogę pójść z Bogiem, z losem, z każdą sprawą świata”.

Zanim jednak mógł się Myśliwski przekonać, jak płodna jest dla jego literatury ta dwoistość, musiał zacząć pisać. O tym, skąd się w nim „urodził” literacki zamiar, nie mówi, bo twierdzi, że nie wie. Pewnie było tak, że z jednej strony latami pracował nad cudzymi tekstami i – mówiąc żartobliwie – mogła się w nim narodzić myśl: tak to i ja potrafię. Z drugiej – intensywnie rozmyślał o kulturze chłopskiej i odkrywał, że w niej, a może bardziej w jej wspomnieniu, tkwi bogate źródło literatury słabo eksploatowane, mimo głośnego w tamtych czasach tzw. nurtu chłopskiego (od którego Myśliwski energicznie się odcina, podkreślając swoją odrębność). I gdzieś na styku tych dwóch tendencji pewnie można odnaleźć źródło twórczości pisarza. A jakiś literacki ślad tego jest widoczny w Nagim sadzie, jego debiutanckiej powieści. Przecież, poza głównym jej wątkiem, to powieść o człowieku, który zdobył „miejskie” wykształcenie, ale wrócił w sensie dosłownym na wieś i odbudowuje swoje związki z nią – nie bez powodu w wielu rozprawach o powieści wraca scena, w której syn szuka ojca, szuka bez jasnego celu, po prostu po to, by sprawdzić, że on jest.

W pierwszej powieści Myśliwski wytyczył kierunek swojemu pisarstwu: krok wstecz, by wrócić do dzisiaj z siłą zaczerpniętą stamtąd. Gdy w jednej z rozmów z nim wspomniany został kubizm i jego fascynacja sztuką afrykańską, skomentował prosto: „Sięga się do pierworodności po to, by zyskać prawo do sztuczności, taka jest natura rzeczy”. Rozumie to dobrze, bo sam sięgnął do chłopskiej prawdy językowej, jej naturalności i wolności, by zyskać prawo do sztuczności, czyli do pisania literatury. Język to zresztą jedno z głównych zainteresowań Myśliwskiego, mówi o nim wiele i chętnie – z dystansem o jego wersji „zestandaryzowanej, zoficjalizowanej, odindywidualizowanej”, bo „z takiego języka nie da się robić literatury”, i z szacunkiem, a nawet miłością o „wolnym języku w chłopskiej mowie”. Ma przy tym pełną świadomość tego, że ten wolny język ulega albo już uległ zestandaryzowaniu pod wpływem cywilizacyjnych przemian. Nie bez powodu napisał esej Kres kultury chłopskiej i w kilku rozmowach wspomina o tym, że kultura chłopska już umarła, a także ratował jej ostatnie zachowane językowe przejawy jako redaktor kwartalnika „Regiony”.

Jak sam twierdzi, dzięki temu wziął „wielką lekcję języka u polskich chłopów. […] Języka jako kreatora świata i języka jako wewnętrznej przestrzeni człowieka”. Po takim stwierdzeniu wygłosił w 2007 roku – a więc po wydaniu Traktatu o łuskaniu fasoli – coś, co można nazwać pisarskim credo Myśliwskiego: „Tylko wolny język jest gwarantem wolności poznawczej i gwarantem samodzielnej wizji świata. A to dwa najistotniejsze elementy, które określają, co jest literaturą. To w człowieku, w jednostce, w jego wewnętrznej przestrzeni bije źródło wolnego języka, nie w żadnej konwencji. A tym bardziej w tak agresywnych dziś wzorcach pseudojęzyka wszelkich mediów próbujących nas pozbawić indywidualności i osobowości”. Dalej rozróżnia język wspólny od języka indywidualnego, który ma każdy człowiek dla siebie: „W człowieku niczym tyglu wytapiają się słowa, zdania, opowieści, w tyglu jego doświadczeń, cierpień i radości. I tylko ten własny język człowieka jest w stanie go opowiedzieć”.

Widać z tego, że Myśliwski stawia swojej prozie i sobie jako pisarzowi najwyższe wymagania. Broni się przed konwencją językową, broni się przed powtarzaniem się. Do każdej kolejnej powieści podchodzi jakby od zera, chce zapomnieć o poprzedniej, bo każdą traktuje jak debiut. To jest zaskakujące i ważne, ale z pewnością niezrozumiałe dla literackich wyrobników zadowolonych z osiągniętej biegłości warsztatowej i utwierdzających się w przekonaniu, że tworzą prawdziwą literaturę. Myśliwski przeciwnie, niekiedy mówi, że chciałby się pozbyć literackiej świadomości, że ona jest pisarzowi niepotrzebna, bo pozbawia go choćby wolności językowej.

Występuje przeciwko wszelkim konwencjom, nie uznaje literackich tematów, bo obrane z góry, wytyczają granice pisania, nie uznaje mówienia o fabule, bo jego powieści nie są układane z planów fabularnych, ale dążą za językiem, który je prowadzi. O tym mówi często i o swoim skupieniu na języku. To z tego wynikają te słynne kilkuletnie przerwy między powieściami, tak bardzo zdumiewające jego rozmówców. Dla niego to proste i potrzebne: w tych przerwach trwa proces odrzucania napisanego, oczyszczania się przed następną eskapadą w głąb człowieka i języka. Bo dla Myśliwskiego, jak wyjaśnia, pisanie to proces poznawczy (a nawet żywioł) zmierzający do „zrozumienia człowieka, kimkolwiek on jest”. I pisarz poddaje się temu żywiołowi, a nawet zrobił z tego swoją metodę: „Muszę nie wiedzieć, o czym piszę, żeby pisać”. Poza wszystkim to ładny bon mot, ale nie o to chodzi, tylko o to, że to elementarna deklaracja absolutnej pisarskiej wolności i niezależności. Czytelnicy czują, że Myśliwski jako pisarz nikomu i niczemu się nie poddaje, i stąd wzięła się jego wręcz gwiazdorska pozycja w polskiej literaturze. Nawet gdy się szeroko rozejrzeć, nie widać pisarza podobnego do Myśliwskiego, takiego, który do swoich powieści miałby taki stosunek jak on, który by nie udzielał sobie żadnych ulg i do każdej swojej książki podchodził jak do powieściowego debiutu.

Mawia się niekiedy, że każdy ma do napisania jedną książkę, bo na tyle wystarcza mu szczerości, pomysłowości, wiedzy. Myśliwski z budzącą podziw determinacją przez lata zaprzeczał temu, po każdej napisanej powieści zaczynając nowe życie i „debiutując” po raz kolejny i ponosząc wszelkie związane z tym koszty wewnętrzne. Wcale mu się nie dziwię, gdy mówi, że ma już tego dość.

Wiesław Myśliwski: W środku jesteśmy baśnią. Mowy i rozmowy.
Wstęp Jerzy Illg.
Wydawnictwo Znak,
Kraków 2022, s. 388.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.