02/2022

Zbigniew Mentzel

Siła i bezsiła śmiechu

Jak i z czego się śmiejemy? – taki oto temat do rozwagi zaproponowała niedawno czytelnikom redakcja miesięcznika „Znak” (numer 10/2021). Od autora jednego z zamieszczonych tam tekstów, socjologa Jana Jęcza, dowiedziałem się, iż w badaniach poczucia humoru, przeprowadzonych u nas przez agencję TNS Polska, dwadzieścia dwa procent respondentów zadeklarowało, że w ogóle nie lubi żartów i źle się czuje w polskiej „wspólnocie śmiechu”. Zaciekawiła mnie ta informacja, bo sam się do owej mniejszości zaliczam: choć bardzo sobie cenię zmysł ironii, śmieję się coraz rzadziej, a jeśli już, to prawie zawsze śmiechem wymuszonym, sztucznym. Dlaczego?


*
Dawno, dawno temu potrafiłem śmiać się szczerze. I to jak… Prawdziwe paroksyzmy wesołości wzbudzały we mnie na przykład dwie książki uwielbiane przez matkę. Czytaliśmy je oboje bez końca, śmiejąc się do rozpuku. Ja miałem dwanaście, matka trzydzieści siedem lat.

Pierwszą z owych książek był zbiór felietonów Antoniego Słonimskiego Załatwione odmownie. Autor śmieszył mnie między innymi dlatego, że doskonale zdawał sobie sprawę, iż powszechne dowcipkowanie przy każdej okazji staje się nieznośne, i potrafił temu dowcipnie przeciwdziałać. „Bardzo to zdrowa i dobra rzecz opowiedzieć żart absolutnie wyprany z dowcipu. Efekt jest piorunujący. Kiedyś w normalnym towarzystwie opowiadającym sobie ostatnie dowcipy opowiedziałem następującą anegdotkę: Do pewnej pani na ulicy podszedł jakiś pan i spytał: «Czy mogę panią odprowadzić?». A ona się odcięła: «Nie. Niech pan lepiej siebie odprowadzi». Nastąpiła głucha cisza i wszystkim zrobiło się bardzo przykro”.

Dowcipne antydowcipy, które wśród ludzi na pozór dowcipnych wywołują słynną „głuchą ciszę”, w mistrzowski sposób opowiadał Mark Twain, autor jednej z najśmieszniejszych na świecie książek Przygody Hucka, uznawanej za fundament literatury amerykańskiej. Słonimski pisał, że naśladować humor Twaina jest równie trudno, jak trudno jest naśladować mistrza biegu przez płotki, i nie należy tego próbować. Naśladowania Słonimskiego też bym nie polecał. Jak tu zresztą naśladować jego słynny opis książki telefonicznej albo humoreski o kłamiących dzieciach? „Spytałem kiedyś pięcioletniego chłopca, czy ma braci. – Mam brata – odpowiedział. Zupełnie rozsądna odpowiedź. Zachęcony tym, spytałem: – A ile lat ma twój braciszek? – Osiemdziesiąt trzy – odpowiedział malec. Nie uderzyłem szczeniaka (było to w cudzym domu, a gdy jestem z wizytą, niechętnie biję dzieci gospodarzy)”.

Druga książka, którą czytaliśmy z matką, pękając ze śmiechu, to antologia Mądrości żydowskie opracowana przez Andrzeja Drożdżyńskiego. Całkiem niedawno dowiedziałem się, że ten łódzki Żyd cudem przeżył Oświęcim, gdzie ładował trupy zagazowanych ludzi do pieca. Po wojnie wydawał różne humorystyczne mądrości, najpierw po polsku, a po emigracji w 1968 roku, po niemiecku. Ciężko chory na raka, jeszcze na kilka dni przed śmiercią telefonował do przyjaciół, opowiadając im kawały. Możliwe, że po wszystkich okropnościach czasu Zagłady, których był świadkiem i w jakimś sensie uczestnikiem, znalazł sposób, by stworzyć sobie quasi-rzeczywistość, która nie jest na serio i można ją z tej racji akceptować.

W czytanej przez nas antologii nie było niewybrednych „szmoncesów” o Żydach, tylko wspaniały, nieco melancholijny, nieco autoironiczny dowcip żydowski wykpiwający różne własne śmiesznostki. Matka za najbardziej dowcipną uważała historię Żyda, który poprosił lekarza o poradę, bo ciągle sam do siebie mówił. „– Czy pan odczuwa jakieś bóle? – spytał pacjenta lekarz. – Nie. – W takim razie nie ma się pan co martwić. Widzi pan, miliony ludzi mówi do siebie. – Tak, panie doktorze – powiedział pacjent – ale pan nie wie, jaki ja jestem nudziarz”.

Mnie jeszcze bardziej śmieszył galicyjski Żyd, który postanowił odpowiedzieć na ogłoszenie, że dla dzieci barona Rotszylda poszukiwany jest nauczyciel gry na fortepianie ze znajomością języków angielskiego i francuskiego. Sekretarz Rotszylda spojrzał na niego ze zdumieniem. –„Przepraszam pana bardzo, a czy pan zna angielski i francuski? – Nie, nie znam. – A czy pan umie udzielać lekcji gry na fortepianie? – Nie, nie umiem. – To po co pan przyszedł? – Przyszedłem powiadomić pana barona Rotszylda, żeby na mnie nie liczył”.

*
Tak, na tego rodzaju żarty potrafiłem i nadal zresztą potrafię reagować szczerym śmiechem. Piszę o tym nie dlatego, aby rytualnie ponarzekać na współczesną kulturę, w której wyrafinowany humor zastąpiły niewybredne sitcomy, memy, internetowe wygłupy czy żenujące programy kabaretowe. Nie. Nie o to mi chodzi. Moja obecna awersja do dzisiejszej naszej wspólnoty śmiechu ma, jak sądzę, głębsze – etyczne i estetyczne podstawy. Żeby to wytłumaczyć, będę musiał cofnąć się do czasu PRL, w którym spędziłem więcej niż połowę swojego życia, a więc do czasu panowania władz komunistycznych.

Ale najpierw dygresja o poczuciu humoru w warszawskim światku literackim lat trzydziestych XX wieku. Witold Gombrowicz we Wspomnieniach polskich opisywał charakterystyczny dla tamtego czasu fenomen: grono zapijaczonych poetów i satyryków – Światopełk Karpiński, Janusz Minkiewicz, Tadeusz Dołęga-Mostowicz i inni – jednoczących się pod znakiem drwiny, dowcipu, kalamburu, kawału, igraszki. Niczego oprócz wódki nie brało się tam na serio. „Poprzez humor dostępowała zbawienia ta niekończąca się pijatyka”. Autor Ferdydurke, dobrze już w tym światku osadzony i adorowany przez pijane bractwo dowcipnisiów, nawet kiedy sam był mocno pod gazem, w towarzystwie swoich kompanów jedynie udawał, że się bawi, w ciągłej licytacji na najlepsze kawały nie brał udziału, nie umiał się nimi entuzjazmować. „Gdy opowiadano, jak Światek w pijanym widzie woził ryby windą, żeby miały przyjemność, jak Minio o siódmej rano, wymacawszy po całonocnej libacji absolutną pustkę w kieszeni, umieścił się przed wielce szanowną pensją panny Plater i z kapeluszem w ręku błagał nadchodzące pensjonarki o choć grosik na wódkę, ja wprawdzie oceniałem humor tych sytuacji, ale jak gdyby z daleka”.

Obserwując owo gremium, dla którego Bogiem było poczucie humoru, Gombrowicz nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że panuje tam głęboki smutek, bezradność, poczucie przegranej. Humor był reakcją na „absurd polskiej sytuacji, jej tragiczną bezwyjściowość, która stawiała znak zapytania przy każdym rzetelnym wysiłku”. Wieczni żartownisie – pisał – „z roku na rok bardziej brnęli w rozwiązłość i we wszystkie związane z nią świństewka – z roku na rok bardziej przegrani, bardziej pijani i bardziej zrozpaczeni. Aż przyszła wojna”.

A po wojnie władza ze Wschodu. Komunizm.

[…]

[Ciąg dalszy w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.