10/2021

Rafał Sulikowski

Skądinąd i zewsząd (cz. 2)

Weszła pielęgniarka i kazała pójść za sobą. Zwlokłem się z łoża boleści o własnych siłach. Szła przodem. Ja za nią jak cień. Słońce grzało od wschodu i mój cień kołysał się na ścianie. Pacjenci chodzili tam i z powrotem. Bez celu. W sobie tylko znanym celu. W tym chodzeniu było coś strasznego. Jakby szukali czegoś. Jak gdyby szukali miejsca, portu przeznaczenia, byli w drodze. Bo może byli, nie wiem. Ja byłem. Oto w połowie podróży przez ten biedny wciąż kraj trafiłem tutaj i idę za przedstawicielką średniego personelu, jak sługa. Upokorzenie jest moim chlebem. Prawie ukończony doktorat. A ta mi będzie rozkazywać. No nie. Ale szedłem, bo zawsze słuchałem starszych, mądrzejszych i nigdy się nie buntowałem. Może czas na to, nie wiem. Skręciliśmy w prawo, wolne krzesła były w jadalni. – Zaraz ktoś pana odwiedzi – powiedziała tylko i poprosiła, żebym tutaj grzecznie poczekał. Właśnie tak rzekła: „grzecznie”. Jasne, że poczekam. Mnie się nigdzie nie spieszy, tu jest tak fajnie, telewizor pokazuje najnowsze afery finansowe, w tle gra muzyka z radia i grają w ping‒ponga dwaj pacjenci w lepszej formie. Zostawiła mnie i wyszła, zamykając delikatnie drzwi. Zapadła głucha cisza, przerywana tylko szumem z radia i monotonnym stukotem odbijanej od zielonego stołu piłeczki.


*
Chwilę po wyjściu pielęgniarki siedziałem sam przy stoliku, gdzie mnie zostawiła, a w telewizji nadawano „Teleekspres”, pacjenci nadal stukali w piłeczkę, a radio nadawało Fly with me to Malibu z lat siedemdziesiątych. Nie wiedziałem, po co mnie tu przyprowadziła, więc czekałem. Jak zwykle nieco się nudziłem, podobno to cecha ludzi zdolnych. Nie czułem się jednak ani wybitny, ani nawet zdolny – przeciwnie, jestem pewien, że sam nic nie potrafię ani bez pomocy ludzi, ani bez pomocy Opatrzności. Kiedy dopada mnie napad padaczkowy, staję się zombie. Leżę bezradnie na łóżku i błagam Boga o sen albo najlepiej śmierć. Bodźce docierają nie tak, jak normalnie, ale wszystkie naraz, ze wszystkich stron, zewsząd i uciskają straszliwie. Potem, kiedy ten stan zwierzęcej, przedludzkiej świadomości mija, znowu jestem człowiekiem, ale już wiedzącym, że sam o własnych siłach niewiele potrafię. I że jest jakiś przełącznik w środku: przekręcasz kontakt i gaśnie światło, pyk i znowu świeci. Tak tedy siedząc przy stole, nudziłem się srogo.

I wtedy usłyszałem najpierw kroki od strony korytarza, a potem uchylanie drzwi. Postać, która weszła, był to około pięćdziesięcioletni mężczyzna, którego nigdy wcześniej nie widziałem, i drugi mężczyzna, ale starszy. Obydwaj byli dziwnie ubrani jak na tę porę roku – w lekkich płaszczach, które zdjęli i powiesili na wieszaku, a wtedy zobaczyłem, że są ubrani w drogie marynarki i bardzo drogie buty. Wstałem, bo patrzyli w moją stronę i wtedy podeszli, wyciągając dłonie na przywitanie. – Pan Sulikowski, Rafał Sulikowski? – bardziej stwierdził niż spytał młodszy, a ja potwierdziłem skinieniem głowy. Nagle wszystkie słowa odeszły i staliśmy kilka sekund w lekkiej konsternacji, po czym odezwał się ponownie: – Przybyliśmy tu do pana, specjalnie do pana – podkreślił i ruchem ręki dał znać, żebym usiadł, po czym obydwaj zajęli miejsca przy stoliku. Obydwaj mieli ze sobą ciemne aktówki, które otworzyli i wyjęli jakieś dokumenty, a aktówki postawili na podłodze z płytek kuchennych. – Bardzo nam miło pana poznać. Jesteśmy medykami z Warszawy. Doktor Żuławski i ja chcielibyśmy zadać panu kilka pytań, a potem przedstawić pewną propozycję – mówił tonem ciepłym, trochę jak do nastolatka. – Oczywiście, proszę pytać – powiedziałem, a wtedy odezwał się ów starszy mężczyzna.

*
– Przybyliśmy do pana z Warszawy, jak wspomniał kolega. Chcielibyśmy zadać panu kilka pytań. Potem mamy dla pana kilka propozycji, zależnie od udzielonych nam teraz odpowiedzi – zaczął starszy mężczyzna, który się nie przedstawił. – Wporzo. Walcie z pytaniami! – rzekłem, a potem ugryzłem się w język, lecz było za późno. Słowa poszły w eter. – W porządku – kontynuował, jak gdyby nigdy nic, starszy z przybyszów. – Najpierw chcemy sprawdzić, jak pan jest zorientowany. Czy wie pan, jaka jest dziś data i gdzie się pan znajduje? – spytał miękkim głosem, a potem życzliwie pochylił ku mnie. – Wiem. Mam diagnozę przewlekłej psychozy, leczę się od 2000 roku, czyli od siedmiu lat. A teraz boli mnie tylko głowa – mój głos był nieco bezbarwny, niby z głębokiej studni, zdradzając spłycenie afektu i emocjonalne zblednięcie, co znałem z książek. – Zgadza się – inicjatywę przejął Żuławski, a starszy zaczął coś notować. – Podobno przejechał pan sam samochodem przez pół Polski w stanie ostrej psychozy? Czy to prawda? – Jak najświętsza. Ale nikogo nie puknąłem. Musiałem się tylko przespać w zajeździe pod Poznaniem. Rano chciałem jechać dalej o 6, ale drzwi główne jeszcze były zamknięte. Zostawiłem dowód osobisty w recepcji i wyszedłem przez okno z pokoju. Dosiadłem swego malucha i pognałem dalej na północ. Resztę zapisano w karcie przyjęć – opowiadałem specjalnie beztrosko, na luzie, lecz obydwaj mężczyźni słuchali nadzwyczaj uważnie i wszystko stenografowali jakimś swoim systemem notatek. – Wiemy. Karetka przywiozła pana na ostry dyżur prosto spod kościoła ojców dominikanów z ulicy Kościuszki, gdzie wcześniej dostał pan śniadanie. Potem przywieziono pana tu. Ale ważne jest nie to, co pan mówił tutaj wcześniej. Ważne jest to, czego pan jeszcze nikomu tu nie powiedział, a co wiemy z innych źródeł. Dlatego prosimy pana o szczerość i zaufanie. Chcemy nie tylko panu pomóc. Ma pan okazję, żeby pomóc nam i podobnym sobie. I nie tylko… – zawiesił lekko głos Żuławski i w jego wzroku dostrzegłem miękkość i niemą prośbę. – Wiemy, że podobno zdołał pan przejechać ostatnie sto kilometrów na prawie pustym baku. A wcześniej w jakiś sposób pokonał pan ponad czterysta kilometrów trasy w…w trzy minuty. Nikomu pan tego tu nie opowiadał, bo obawiał się, że pana uznają za wariata i wlepią haloperidol. Pisał pan o tym tylko w sieci pod pseudonimem, ale my wiemy, że to pana historia. Niech pan się nie boi. My panu wierzymy…


*
Przez moment przy stoliku w jadalni szpitala dla nerwowo i psychicznie chorych w Kościanie, gdzie siedzieliśmy, panowała pełna oczekiwania cisza. Zdawało się, jakby tylko stukot piłeczki pingpongowej odbijał się od ścian, w których nadal ukryte były mikrofony i które to ściany widziały już wiele. Zaskoczenie, w jakie wpędzili mnie przybysze ze stolicy, sprawiło, że zapomniałem nagle język polski i odezwałem się po angielsku. – OK – mój głos był lekko przytłumiony. – Tak to prawda. Kiedy wyruszałem z tego nawiedzonego zajazdu w Sobótce, gdzie otrzymałem nocleg za ostatnie 60 złotych, paliwa miałem najwyżej na dwadzieścia kilometrów. – Ile jest kilometrów z owego zajazdu na ulicę Kościuszki, gdzie pan ostatecznie zaparkował pod bankiem PeKaO? – spytał starszy przybysz. – Około stu – powiedziałem i umilkłem. – No, dobrze, a nie tankował pan po drodze – dopytywał młodszy. – Nie, bo ostatnie pieniądze zostawiłem w motelu – mówiłem, starając się jednocześnie pojąć, jak mówić, aby było, jak należy. – Wieczorem, po trasie byłem wykończony i szukałem noclegu. Początkowo zamierzałem dojechać prosto do celu, czyli do stryjka do Szczecina, ale nie przewidziałem, że podróż mnie wykończy. – Czy pamięta pan całą trasę? – Nie, właśnie nie bardzo wiem, w jaki sposób przejechałem te kilkaset kilometrów. – Czy pamięta pan, skąd pan wyruszył? Z Krakowa? – dociskał młodszy, a starszy przeglądał jakiś dokument i jednocześnie notował. – Nie, chyba nie. Przed podróżą dużo jeździłem po Małopolsce, pamiętam jakąś pizzerię o nazwie „Kontakt”… – Tak się nazywała? – Tak, dlatego zapamiętałem. – Gdzie jeszcze pan jeździł? Proszę przypomnieć sobie przynajmniej najważniejsze miejsca – nalegał Żuławski, przybysz z pieprzonej Warszawki. – Wiem, że na pewno pojechałem do Wieliczki, kierując się na wschód, ale potem skierowałem się dalej na wschód, szukając pałacu, w którym byłem z ojcem jako dziecko. Potem pamiętam już niewiele… – zawahałem się, ale rzeczywiście moja pamięć była otamowana. – Dobrze, a jak pan trafił pod kościół ojców dominikanów z trasy z południa, nie znając w ogóle miasta? Proszę sobie przypomnieć, ile pan zdoła – prosił bardziej niż pytał Żuławski, co mnie nieco dziwiło. – Niestety, ostatnie moje wspomnienie to jakieś osiedle, wiem, że były to na pewno trzy dziesięciopiętrowe wieżowce, pomalowane chyba na coś jak skrzyżowanie różu i pomarańczy, gdzie wjechałem z głównej trasy… – urwałem, bo wtrącił się starszy, mówiąc do młodszego: – To mogła być w takim razie trasa nr 11 – po czym dodał: – Proszę mówić dalej. – No, więc na pewno skręciłem w prawo, był jakiś zjazd, taki typowy, z estakady, potem wjechałem na osiedle. – I tam pan po raz pierwszy telefonował na numer alarmowy 112, czy tak? – Tak, nagle poczułem się bardzo źle, przez chwilę myślałem, że zemdleję, miałem wysoki puls, więc zadzwoniłem. – Ale nie wiedział pan, jak nazywa się to osiedle, więc pogotowie nie wiedziało, dokąd podjechać – uzupełniał Żuławski, patrząc w dokumenty. – Właśnie tak. Tłumaczyłem tylko, że jestem na jakimś osiedlu, że stoją wysokie bloki i nie wiem, gdzie jestem. – Nie miał pan planu miasta ani mapy Polski, nie mówiąc o GPS – dodał starszy. – Tak, jechałem, kierując się wyłącznie znakami drogowymi i intuicją. – Co było dalej? – Niewiele już potem pamiętam. Zdenerwowałem się bardzo, kiedy pogotowie nie mogło przyjechać i pojechałem dalej. – Zatrzymał się pan na stacji benzynowej. – Tak, ale nie wiem, której. – Nie wie pan, jak się nazywała? Orlen, Shell, Lotos? – Nie, wiem, że miała żółte logo i nic poza tym. – Chciał pan zatankować paliwo… – zaczął Żuławski i urwał, a ja z trudem wydusiłem: – Tak, w baku było pusto, przez chwilę chciałem zatankować i odjechać. – Nie płacąc? – Tak. – Ale ostatecznie wystraszył się pan i zrezygnował z tankowania. – Tak jest, ruszyłem po chwili dalej, kupiłem tylko puszkę coli, był straszny upał. – I co dalej? Pamięta pan, jak dostał się ze stacji pod klasztor? – Nie, nie pamiętam. Wiem, że pytałem przechodniów o drogę, dziwnie się patrzyli, coś tłumaczyli, ale nic nie rozumiałem. I po drodze widziałem jakąś stłuczkę, to było w jakimś parku, dość dużym… – zamilkłem, bo mimo wysiłków to było wszystko. – W każdym razie dotarł pan bezpiecznie pod kościół. – Tak, i po śniadaniu próbowałem wypłacić z bankomatu pieniądze, które próbował przelać mi ojciec. Ale pieniądze nie doszły. A może bankomat był zepsuty. – I wtedy zadzwonił pan po raz drugi na 112 – bardziej stwierdził niż spytał Żuławski, odkładając dokumenty. – Tak. Powiedziałem, że stoję koło dominikanów i że mam schizofrenię i bardzo niedobrze się czuję. Przyjechali w kilka minut…


*
Moment trwało spokojne, pełne milczenie, podczas którego Żuławski coś szepnął do towarzysza, ten wyjął z aktówki jakiś papier i mu wręczył, po czym zwrócił się z pytaniem, czy rozmowa nie sprawia mi cierpienia. Kiedy odpowiedziałem, że nie, doktor kontynuował. – Tak, karetka przyjechała w parę minut, pan wsiadł i zawieziono go na ostry dyżur. Proszę powiedzieć, jak pan się czuł, gdy jechał w karetce? – O wiele lepiej niż na ulicy. – Czyli niepokój się zmniejszył? – Zmierzono mi ciśnienie, podano jakiś zastrzyk… nie pamiętam szczegółów. – Dobrze, dalej już pan sporo mówił podczas rozmowy na izbie przyjęć 19 czerwca rano. Teraz chcielibyśmy… chcielibyśmy dowiedzieć się nieco więcej o tym, co wydarzyło się, zanim pan wsiadł w samochód i udał się w kierunku Szczecina. Z pana relacji na razie niewiele wiemy o chwilach bezpośrednio sprzed wyjazdu. Zostawimy pana na chwilę tutaj. Proszę przypomnieć sobie jak najdrobniejsze detale, a dlaczego o to prosimy, powiemy panu później. Żuławski zebrał ze stołu papiery i razem z nieznajomym równocześnie wstali. – Musimy teraz załatwić jedną ważną sprawę z ordynatorem. Proszę tutaj poczekać. Będziemy za jakieś piętnaście minut. – Zostałem sam ze swoimi wspomnieniami. Coś mi się nie zgadzało. Czułem bardziej, niż byłem świadomy, że coś tutaj w tym wszystkim się nie zgadza. I że może obydwaj przybyli pomogą mi to ustalić…


[…]

[Ciąg dalszy w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.