10/2021

Jadwiga Nowak

Skołowacenie języka

Słowa przestają oddawać rzeczywistość. W środku gorącej dyskusji nagle zacinamy się jak zarysowana płyta. Potykamy się o kamyk absurdu, odbiera nam mowę chwilowy brak tchu, spada na nas szklany klosz nicości. Coś zobaczyliśmy, ale nie wiemy co.

Widzialne wydaje się wystarczająco zrozumiałe, zachęca do śmiałych sądów, ale nagle a to coś zatrzepoce, jakby skrzydła ptaka w gęstwinie, a to przesmyknie się pod nogami wąż cienia, spada kurtyna. Gdybyśmy wypowiedzieli w tym momencie jakieś słowo, żeby wyrazić tę niespodziewaną migotliwość, gdybyśmy nie ewakuowali się natychmiast awaryjnym wyjściem milczenia i tak zrozumielibyśmy w sekundzie, szóstym zmysłem, uczciwie przyznać musielibyśmy, że mylimy się, że nie wiemy, w czym rzecz, co i jak wydarzyło się na naszych oczach, że nie ma w nas pewności, czy to był ptak, cień ptaka czy węża. Po chwili wszystko wraca do normy. Przedłużająca się cisza w żarliwej dyskusji uwiera zbyt mocno, by nie przełamać się, nie zacząć, choćby nowego wątku rozmowy i tak gładko przechodzimy do normalności nad zdumiewającym skołowaceniem języka.

Gdyby padło to nieadekwatne słowo, w istocie poczulibyśmy się świętokradcami. Nasz uważny, nie pozbawiony przecież gorących uczuć stosunek do świata zostałby sprofanowany.

Zaczynamy powoli rozumieć, jak bezpieczne jest milczenie. Pokora w nie wpisana. Nie pokora niewolnika wobec pana, ale pokora bezwarunkowej ufności. Jeszcze jeden krok i może zrozumielibyśmy, że nie trzeba tyle gadać, że nie mamy obowiązku wysłuchiwać wszystkich uczonych wykładów i płomiennych mów z coraz to wyższej ambony, nie musimy zatrzymywać się przed postumentem każdej skrzynki światowego Hyde Parku.

Tymczasem nienawykli do milczenia, gadamy coraz więcej, coraz szybciej gonimy myśli, jakbyśmy nagle przeczuwając tę rysę, na którą za chwilę wpadnie igła naszej świadomości, chcieli zdążyć przed katastrofą. W przekonaniu, że jeśli uda nam się wszystko powiedzieć, zanim doznamy – właśnie, czego? – tego wyrazu bezradności, to uratujemy siebie i znane nam dobrze, przyjazne otoczenie.

Może łatwiej byłoby nam zrozumieć ideę milczenia w ciszy. Ale ciszy brak. A brak ciszy wcale nie oznacza, niestety, czegoś głębszego od niej samej, lecz zwyczajny hałas. Wytwarzany milionami ton dziennie. Z miliardów zgrzytliwych źródeł. Nawet muzyka przestrojona na nieprzyjazną uchu częstotliwość już tylko męczy.

Ale weźmy taką wiosnę w mieście. Wszędzie oszałamiająca zieleń. W oślepiającym słonecznym blasku. Przy błękitnym, tak nadzwyczajnie błękitnym niebie. Na czym skupić uwagę. Którędy pójść. Jak dotrzeć do decyzji podsumowującej obecny stan umysłu. Pozwolić sobie na wnioski. Na ocenę, na przemyślany ruch. Zaangażować umysł w niewiadome, w niewiedzę, do której nieuchronnie sprowadza posiadana wiedza. Zawierzyć intuicji? Nigdy nie przekraczać granic ostatecznego doświadczenia. To pewne. Powiadomienie o niebezpieczeństwie i zatrzymanie się w ostatniej chwili przed katastrofą ostatecznej wiedzy. Opisać nie to, co wiem, ale to, czego nie wiem. Przed czym ostrzega jasny, otwarty umysł. Tak opis cudownej wiosny, rozszalałego życia tej dziewiczej zieleni staje się bezużyteczny. Prawie.

Szukanie i próba zlokalizowania pozycji zdrowego rozsądku.

Euroulice miast najpierw zostały podzielone całkiem wyraźnie pomiędzy widmo wolności a dyskretny urok burżuazji. To już nie jest lewa i prawa strona ani podział na robotników i inteligencję pracującą. To komedia ludzka – zwierzęta Bunuela powtarzające za tłumem Dostojewskiego krzyk: „Precz z wolnością!”. Niewolnictwo w trzech odsłonach – darmowa siła robocza, proletariat informatyczny i wstecznictwo konserwatywnego roszczeniowego marzycielstwa. Wśród darmowej siły roboczej, obok niewykwalifikowanych robotników budowlanych – artyści. Artyści.

Niewolnicy wszelkiej maści wsiadają do samochodów zaparkowanych ciasno na chodnikach, znikają za drzwiami kawiarń i restauracji, w bramach urzędów, w cieniu uczelnianych bram. Wszystko dzieje się za drzwiami. Za jakimiś drzwiami, w jakiejś bramie. Ale i żebranina uliczna też jest tajemnicą, do której wejściem przybrudzone łachmany i niechlujne tabliczki. A tajemnica zamiatającego euroulicę zdaje się dotykać bezpośrednio odwiecznej boskiej tajemnicy. Niewolnictwo, zwłaszcza to artystyczne, staje się mistycznym paradoksem. Do tego brudnego kawałka ulicznej szarej tektury z kulfoniastymi literami można przyłożyć za uczelnianą bramą już tylko słowa Jakuba Boehme i Jana od Krzyża. Jasne, że to nie jest żadne rozwiązanie, tajemnica pozostanie tajemnicą, ale to warunek konieczny mądrej równowagi. Zdrowy rozsądek w czystej postaci.

Jedno jest pewne, nie przejdziesz bez konsekwencji na drugą stronę. Te wejścia są bez wyjścia. Bądź mądry i znajdź teraz wyjście. Powiedzą, piszesz nieprawdę. Nie dotknąłeś, nie poznałeś, nie wszedłeś. Pozostaje opis drzwi, bram, walenie w zamknięte, w zatrzaśnięte, niemożliwe przejścia, całowanie klamki. Opis grypserki. Stukania w mur. Ciągle opowieść o tym, co za murami. Możesz opisywać tylko to, czego udało ci się dotknąć, nie tracąc na zawsze czucia. To, co ciebie dotknęło. Pamiętaj, każde przekroczenie niebezpiecznej granicy musisz od tej pory uczciwie opatrzyć dopiskiem science fiction.

A zatem nie będzie dane nam dowiedzieć się, zdobyć upragnionej pewności. Tylko intuicja, tylko próby ostrożnego posuwania się po omacku, ku domniemanemu światłu.

Lubię patrzeć na ręce pianistów. Gdy Beethovena gra Claudio Arrau, kiedy gra Vladimir Horowitz, kiedy klawiatury dotykają czułe palce Marthy Argerich i kiedy na klawiszach kładzie swoje ręce dziewięćdziesięcioletnia Nadia Boulanger. Najpiękniejszy obraz świata. Gdybym była malarką, malowałabym ręce dotykające klawiatury.

„Ma pan inteligentne ręce” – mówi w Szpitalu przemienienia neurochirurg doktor Kauters do młodego adepta sztuki lekarskiej Stefana Trzynieckiego. Inteligentne ręce. Mówi Mefistofeles do niewinnej duszyczki. Nęci go, jak nic na świecie, jej przestrzeń nieskalana niewolniczą ideą. Jak bardzo chcielibyśmy, żeby doktorowi Trzynieckiemu udała się ucieczka do lasu spowitego mgłą przed oprawcami w mundurach. Jak krzyczy nasza duszyczka do jego niewinnej duszyczki: „Uciekaj! Uciekaj! Uda Ci się! Mgła w ostatniej chwili ocali cię. I tego ostatniego żywego pacjenta, wyniesionego przez ciebie na plecach ze szpitalnej rzezi!”. Jak bardzo pragnęlibyśmy tego ocalenia.

Podświadome oczekiwanie dotknięcia inteligentnej ręki.

Tymczasem w tej grze pełnej niewiadomych rozegrano już kolejne rozdanie. Spóźnieni, jak zawsze trochę z tyłu, dowiadujemy się czegoś za późno. Na skutecznie przetrzymanych w niewiedzy spada gromem z jasnego nieba wieść paraliżująca strachem. A tu kolejna, tym razem nieco spóźniona wiosna. Jej oszałamiający wybuch. Ogrody kwitnących bzów. Powietrze po majowych ulewach. Cud tamtej zieleni i tamtego błękitu. Powiedz, co czujesz, co myślisz. Opisz. Zakleszczony między medialną grozą a wiecznością. Wybór wydaje się prosty. Przestawiasz stół, przy którym pracujesz tak, by widzieć stuletni jesion i pewnie niewiele młodszy klon, całe w odwiecznej zieleni. Tak, by nie widzieć zamaskowanej grozą ulicy. Spontaniczny wybór jest oczywisty, ale nie jego racjonalne objaśnienie.

Jakiś mistrz ceremonii już na naszych oczach dzieli ulice miast – z premedytacją, zgodnie z tajemnym dla ciebie rytuałem – jak wielopiętrowy weselny tort. Tnie ostrym nożem, precyzyjnie, choć na pierwszy rzut oka można by odnieść wrażenie, że lekko drży nóż w jego ręce, że ta ręka niepewna. Ale znowu nie wiesz, nie możesz wiedzieć na pewno, czy to, co widzisz, jest prawdą. Czy to inteligentna ręka, czy może ręka mordercy, nienawykła do krojenia weselnego tortu. Wytaczasz argumenty za i przeciw. Zaglądasz w zamaskowane twarze. Próbujesz odczytać konieczne, rozstrzygające słowo z wyrazu oczu. Głuchniesz na słowa, które już nic nie znaczą. Ślubujesz milczenie. Czekasz na moment idealnej ciszy, która przyniesie rozwiązanie. Pozostaje Ci wiara, że on nadejdzie, że nie zaśniesz wtedy, zmęczony czuwaniem, że nie zagłuszy wtedy słowa, na które oczekujesz, skomlenie rozpaczy. O świcie.

Kraków, 23 maja 2021
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.