07-08/2021

Krzysztof Wołodźko

Śląskie korzenie, ziemia niepamięci

Na wielkopolskiej wsi, niechby w inteligenckim, nauczycielskim domu ostatniej dekady Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, dzieciństwo to życie pośród natury. Na wszechogarniający puls przyrody nakłada się rytm drugi – szkoła, czyli nauka i praca. Trzeci to kalendarz liturgiczny Kościoła, bliski i daleki równocześnie, bo czasem trzeba pójść na mszę, na majowe nabożeństwo, na Gorzkie Żale, choć rodzice są niewierzący. W domu najlepsze są książki. Najpiękniejsze jest to, co kilka, kilkadziesiąt kroków za progiem domu – pola i lasy, park i stawy, żywe istoty na niebie, ziemi, pod ziemią i w wodzie; cztery żywioły, które są prawem, nie towarem.

Tym bardziej fascynują rzeczy, które przynoszą inne widoki i odczucia, łączą z miastami, są ich symbolem. Przede wszystkim – dworce kolejowe na linii Czempiń–Śrem–Jarocin. Jeden z nich mam kilkadziesiąt metrów od rodzinnego domu. Jest też bana, otoczona pióropuszem pary, oleistą aurą aromatów, ciągnąca dwa stare wagony pasażerskie. Podobne miejsca odnajduję w kolejowych podróżach z rodzicami, są jak toposy pomagające oswoić coraz rozleglejszy świat. Któregoś dnia dowiaduję się, że moje ukochane dworce z czerwonej cegły, z kaflowymi piecami w obszernych poczekalniach z wielkimi oknami zbudowali Prusacy za francuskie pieniądze. Zwycięstwo w wojnie 1870–1871 roku pozwoliło im nie tylko pobudować kolej w Wielkopolsce, lecz także zainwestować potężne sumy w uprzemysłowienie Śląska.

Przyjmuję do wiadomości, że kiedyś świat był inny, że były zabory, z którymi pogodzić się nie mogli Adam Mickiewicz i Józef Piłsudski. Że była jedna wielka wojna, II Rzeczpospolita, druga wielka wojna, że w dworku w rodzinnej wsi, w którym mieści się przedszkole, katolicka kaplica, świetlica ludowa, stołówka wzorcowego Państwowego Gospodarstwa Rolnego Manieczki, niegdyś mieszkali jaśniepaństwo. Za moim parafialnym kościołem w Brodnicy Śremskiej, przy którym mamy katechezę, z kamiennego krzyża nad pustym grobem Józefa Wybickiego patrzy na śmiertelnych ciężkie Oko Opatrzności. Zgadzam się z dorosłymi, że teraz jest najlepiej, bo i w domu, i w szkole mówi się i czyta po polsku. I nikt nie wyzyskuje robotnika i chłopa. Zgadzam się, choć nie rozumiem, dlaczego czasem mówią przy mnie o Polsce szeptem.

Matka, polonistka, ma dyżury w szkolnej bibliotece; czasem oglądam zakurzone podręczniki do geografii, drobny szczegół przyciąga moją uwagę – miasta pełne kominów, z których buchają kłęby dymu. Widziałem je już w czarno‑białym telewizorze. Ale dzięki fotografiom uświadamiam sobie coś więcej: one są czerwone tą samą zabrudzoną barwą, której ceglastą fakturę znają dobrze moje oczy i ręce. To Śląsk, górnicy wydobywają tam węgiel. Zdumienie przeradza się w zachwyt nagłym odkryciem; dziecięca wyobraźnia z radością przybliża do siebie i scala kolejny fragment świata. Uczucie zachwytu, obcej bliskości, zostaje we mnie na stałe. W studenckich podróżach przełomu tysiącleci, pociągi relacji Poznań–Kraków zawsze będą zwalniać na Śląsku. Wiem już dlaczego. Ale z czołem przyklejonym do szyby będę po prostu chłonął fabryczne i pofabryczne pejzaże, pożerał wzrokiem czerwień familoków, bacznie obserwował wsiadających w Gliwicach pasażerów, bezskutecznie zachęcał prostym „dzień dobry” do choć paru słów po śląsku.

Gdy wiele lat wcześniej siedzę w szkolnej bibliotece, mama mówi: twój pradziadek był ze Śląska, z chłopskiej rodziny. Kiwam głową, nic nie rozumiem, chowam to w niepamięci. Tam przecież dymią fabryczne kominy, czerwienią się cegły wielkich miast, tam nie ma chłopów, pod ziemią pracują twardzi, najtwardsi ludzie. Poza tym dziadek, ojciec mojego ojca, leśnik z Kresów, urodził się w 1900 roku w Sankt Petersburgu. Jego żona, moja babka, polonistka z asymilowanej żydowskiej rodziny, pochodząca z małopolskiego Biecza, przedwojenne lata spędziła w Baranowiczach. To jest ciekawe, najciekawsze, ma smak tajemnic i niedomówień, zamyka się w kręgu rodzinnych opowieści. Gdy idę do przedszkola, do szkoły, moi dziadkowie są wyłącznie z Ziem Odzyskanych. Jedynie dyrektor szkoły lekko i życzliwie się uśmiecha. A rodzice matki? Wielkopolska, ku południu najdalej Rawicz, Bojanowo i dolnośląska Góra. Wszystko jest tutaj oswojone i unaocznione, wyznacza ścieżki podróży po wielkopolskich miasteczkach, z czasem nasyca się lokalną historią, samozachwytem rodem z Poznańskiego. Banał dobra.

Gdy sięgnąłem po Kajś Zbigniewa Rokity, roześmiałem się. Jego opowieść o Górnym Śląsku zaczyna się tak: „Chodziłem do ogólniaka, wierciłem się, szukałem odpowiedzi na te same pytania co wszyscy, ale miałem do dyspozycji gotową tożsamość, w którą mogłem wskoczyć i wygodnie się umościć. Inteligencka rodzina z Kresów. To dla poszukującego gówniarza los wygrany na loterii. Miałem jeszcze w zanadrzu korzenie góralskie, kongresówkowe i podkarpackie, poparte nawet kilkoma opowieściami. Był tam jakiś powstaniec styczniowy, żołnierz austrowęgierski, majątek przegrany w karty, ale nic we mnie nie drgało, gdy o tym słuchałem”. Kiwam głową nad stronicami – to, co romantyczne i kresowe, wydaje się łatwiejsze; przynosi jakąś dumę nawet tam, gdy III RP i mnie razi swoim warszawocentryzmem, skupieniem na sprawach rodem z Kongresówki, jakby były niedyskutowalnym fundamentem polskiej tożsamości.

Kolejne karty książki malowały się emocjami, lektura na godziny zatrzymywała się przy poszczególnych akapitach, ale śmiech był już rzadkim gościem. Przeważały smutek, współczucie, irytacja, gorycz. Poczuciu obcości towarzyszyło zaintrygowanie; wtajemniczenie autora nakładało się na moje skromne, ale pieczołowicie pielęgnowane wspomnienia i wrażenia dotyczące Śląska, Opolszczyzny, Zagłębia. Ale na tym nie dość: jak czytać, jak później pisać, żeby nie być intruzem? Tym bardziej że Śląsk Rokity jest jak ledwo zabliźniona rana, znak sprzeciwu, potrzeba zrozumienia. Jak pamięć i niepamięć, często prowokacyjne i nieledwie ostentacyjnie niechętne temu, by mierzyć je polską miarą.

Pisać o Śląsku? O czyimś jego poznawaniu i doświadczaniu? Spore ryzyko. Tym bardziej że można zostać osadzonym w miejscu ostrym słowem, przelicytowanym w starej grze na rozdzieranie szat i ukazywanie ran. Choć częściej przydarza się dziś to pierwsze. I jak odpowiedzieć? Ostre słowo na dobre zatrzaśnie drzwi. A malowanie obrazu kruchej, poranionej Polski i polskości to strach i wstyd, że gdy pokaże się słabość, tym bardziej zostanie się wykpionym, że nic nie da mówienie o ponad stuleciu niewoli, hekatombie narodowej XX wieku, o pokracznej polskości PRL, o III Rzeczypospolitej, która bardzo lubi bić sobie brawo, pustoszejąc. Wreszcie obawa, że wyjdzie z tego śmieszna scena między dwoma postaciami, wykrzykującymi coś do siebie z osobnych kozetek, ustawionych gdzieś na bocznych korytarzach historii, wystawionych na zimny, bardzo zimny wiatr.

Śląsk opisany w Kajś jest obolały, jego historia leży pod ziemią. I rzecz nie tylko w górniczych, przemysłowych tradycjach, które na dobrą sprawę budują jeszcze jeden stereotyp tego miejsca. Dzieje Śląska leżą pod ziemią pamięci, przysypane hałdami milczenia, niedomówień, polityki historycznej budowanej na potrzeby tych, którzy akurat mają Śląsk w swoich granicach. Napięcie między polskością a niemieckością w kolejnych epokach rodzi wciąż nowe napięcia, choć wciąż powraca podobny motyw, który boli, gdy wczytuję się w reportaż: niemieckość to na ogół cywilizacyjny awans, pewność dostatniejszego życia. Rokita pisze: „Zachowanie swoich tradycji i języka przez setki lat wymuszało na Ślązakach izolowanie się od państw, w których żyli, a to skutkowało ich marginalizacją. Śląskość sprowadzała się przede wszystkim do plebejskości. Awans oznaczał zaś wyjście poza swoją konserwatywną społeczność i przejście na niemieckość”.

XX wiek Śląsk wchodzi z czytelnym podziałem: „kadry techniczne są na ogół niemieckojęzyczną inteligencją, a duża część robotników to polskojęzyczni chłopi. W rezultacie podział klasowy nakłada się na językowy, konfesyjny i coraz istotniejszy – narodowy”. Nowoczesność to także coraz silniejsze instytucje publiczne, zorganizowane wokół interesów poszczególnych państw. Cywilne urzędy, świeckie szkoły, kapitał, który ma nie tylko narodowość, ale i państwowość, przynoszą Śląskowi modernizację. To w znacznej mierze modernizacja „na prawie niemieckim”. Niemieckość jest cywilizacyjnie bardziej oczywista, prostsza, łatwiejsza. Polskość staje się trudniejszym wyborem. Gdy po Wielkiej Wojnie Polska nadziemna i podziemna obleka się w państwowość, gdy na mapach środkowo-wschodniej Europy w wojennych bólach rodzą się nowe granice, Ślązak Franciszek Badura tak powiada: „Tam w Polsce bieda, u nas dobrobyt. Zobaczcie, że Was opadną ci panowie z Galicji jak szarańcza. Na koniec wy pozostaniecie głupcami, jakeście zresztą przed tym byli. Modlę się po polsku, spowiadam po polsku i gadam po polsku, ale u Niemca mam się dobrze. Czegóż mi więcej trzeba? Będę się stawiał? Przecież głową muru nie przebiję. Ostatecznie – są Niemcy, jestem Niemcem, będzie Polska, będę wtedy i ja Polakiem”. Mrożą te słowa, bo chciałoby się myśleć tylko o śląskich powstaniach. I o śląskiej polskości (polskiej śląskości) jako najsłuszniejszym wyborze. Budzą gorzką zadumę opisy cywilizacyjnego, śląskiego kontekstu, w których wciąż powraca podobny motyw – to, co po zachodniej stronie jest majętniejsze, lepiej urządzone, sprawniej zarządzane.

Czytam o Śląsku i myślę o wielkopolskich dworcach kolejowych. Przypomina mi się fragment ze wspomnień Wielkopolanina Edwarda Raczyńskiego Rogalin i jego mieszkańcy. Prezydent RP na uchodźstwie pisał o kolejowych podróżach z początku XX wieku: „Na stacji Mosina, jednej z niewielu na tej linii, która zachowała dawną nazwę, choć zniekształconą na Moschin, wysiedliśmy, zabierając walizki i troki, a potem czekali, aż jedyny na stacji funkcjonariusz odbierze bilety kilku przyjezdnym i przyjdzie nam na pomoc, by wynieść bagaż do czekającego przed stacją powozu. Zawiadowca stacji Moschin, jak i chyba wszyscy inni w naszej dzielnicy, był Niemcem lub za takiego się podawał. Kolej żelazna była in der Provinz Posen ciałem obcym. Mówienie po polsku na stacjach nie było wręcz zabronione, ale narażało na gburowate uwagi i niechętnie traktowanie. Stacje zaś, jak wspomniałem, były poprzezywane tak, by utwierdzać przejeżdżających podróżnych w przekonaniu, że zagadnienia polskiego tu już nie ma. Pamiętam rozmowę zasłyszaną w przedziale drugiej klasy, kiedy jako mały chłopiec z bratem Rogerem, późniejszym wojewodą poznańskim, jechaliśmy tą naszą linią Wrocław–Poznań. Nasi towarzysze podróży Niemcy byli niezadowoleni. Narzekali na niedbalstwo pruskiej administracji: Żabikowo und Czempiń, mówili, es sind noch echt polnische Namen!”. Przetłumaczmy: „Żabikowo i Czempiń […] to nazwy jeszcze czysto polskie”.

Dzięki lekturze Kajś lepiej rozumiem bliskość/odrębność pruskiego dziedzictwa w rodzimej Wielkopolsce i na Śląsku. Kolej żelazna „w prowincji poznańskiej” była ciałem obcym, cywilizacyjnym dobrodziejstwem z cudzego nadania, ale polskość była tam pewna, niewykorzeniona, niepomiernie drażniła zaborcę szelestem polskich nazw. Po 1918 roku łatwiej dało się zaadoptować do wyzwolonej z niewoli polskości dworcowe gmachy z pruskiej cegły, odzyskać je dla ojczyzny po najdłuższej wojnie nowoczesnej Europy, po w tak oczywisty sposób wygranym powstaniu. I później, w Polsce Ludowej, gdy z pałaców i dworków w Rogalinie, Kórniku, Manieczkach, Szołdrach i Piotrowie wyrzucano jaśniepaństwo, gdy księżom zakazano osiedlać się w pobliżu przedwojennych parafii, popruska infrastruktura bez zgrzytu zaczęła jednak służyć robotnikom, chłoporobotnikom i prowincjonalnej inteligencji. Gdy jako dziecko wysiadałem na popruskiej stacji kolejowej Manieczki, po parunastu minutach byłem już w muzeum Józefa Wybickiego. Polskość wszystko brała w posiadanie. Dopiero III Rzeczpospolita, po cichu, jak to ona, zamknęła i linię kolejową Czempiń–Śrem–Jarocin, i muzeum twórcy polskiego hymnu narodowego w miejscowości, w której spędził ostatnie lata swojego życia. I uczciła swój transformacyjny sukces manieczkowską dyskoteką „Ekwador”, głośną swego czasu dzięki muzyce rave, hulankom i narkotykom.

Śląsk opisany na kartach Kajś popsuł mi dziecięce asocjacje, zmusił do refleksji, do nowego przemyślenia, co jest bliskie, a co odległe. Łatwiej było myśleć, że wystarczy z gmachów zdrapać niemieckie nazwy, by objawił się w pełnej krasie Śląsk piastowski, Śląsk powstańców, Śląsk górniczego trudu epoki PRL. Rokita pozbawił mnie kilku pewników, zamienił je w znaki zapytania: jego historia składa się z mnóstwa nieoczywistości. Każdy przełomowy moment w XX wieku przynosi Ślązakom zmiany, przebudowuje ich tożsamość i lojalność na tyle gruntownie, że w kolejnych latach i dekadach muszą wciąż na nowo uczyć się opowiadać swoją historię, ustalać między sobą (i godzić się z tym), o czym wolno mówić publicznie, o czym w domu, a co należy przemilczeć. Więcej – każda z nowych opowieści, każde z nowych przemilczeń, musi uwzględniać niuanse i konteksty poprzednich. Rokita szczerze przyznaje, że również on opowiada jedną z możliwych śląskich historii, gdy pisze o tych, co chcieli Śląska w granicach Rzeczpospolitej, o tych, co zginęli jako żołnierze Wehrmachtu na froncie wschodnim, o tych, którzy po II wojnie światowej uczyli się polskiego, ale w żadnym języku nie mówili o gwałtach na Ślązaczkach i obozie koncentracyjnym „Zgoda” w Świętochłowicach, którym kierował Salomon Morel. I o tych, co próbowali ratować śląskie dzieci przed ołowicą, już za czasów Edwarda Gierka. Reportażysta jasno też przyznaje, że opowiada swoją wersję wydarzeń, gdy pisze o tych, co jeszcze w czasach PRL wyjeżdżali do Republiki Federalnej Niemiec, albo na początku III Rzeczpospolitej mieli nadzieję, że proniemieckie organizacje pozwolą im lepiej żyć, lub w nowym millenium zachwycali się renesansem śląskiej tożsamości.

Staję się uważniejszy, gdy Kajś opowiada o Bytomiu. Byłem w tym mieście tylko raz, w czerwcu 2016 roku, spotkałem się ze znajomą, Ślązaczką, która od dobrych kilku lat pracuje jako pielęgniarka na Wyspach. Zapamiętałem piękne, ale zniszczone kamienice, z balkonami, z rabatkami, z pozamykanymi witrynami sklepu z napisem „Futra”. Słońce świeciło mocno, niebo i chmury grały światłem i cieniem, a my jeździliśmy po Bytomiu, który pachniał ni to miastem, ni to szczerym polem, szczególnie tam, gdzie zarastały budynki kopalni, gdzie rdzewiały tory, gdzie kominy były bez pracy. Wielki komin, wielki zegar – elektrociepłownia Szombierki, ulica Rycerska, nieczynny szyb Krystyna, przed 1945 rokiem znany jako Kaiser-Wilhelm, torowisko wiodące ku stacji kolejowej Bytom-Bobrek. „Bytom Bobrek to typowa dzielnica biedy, gdzie wszystkich eksmitują i niestety jest sama bieda z patologią” – mówi Aleksandra, gdy wspominamy tamto spotkanie. I dodaje, że wkrótce przyjeżdża do Polski: „miałam w szpitalu urlop wychowawczy, po prostu wracam do siebie”.

Później nie zajrzałem już do Bytomia. Za to gdy jeżdżę na Metalmanię do katowickiego Spodka, zawsze biorę dzień urlopu ekstra i z przyjemnością jadę na Nikiszowiec albo odwiedzam Rosarium w Parku Śląskim w Chorzowie. Po spacerze uliczkami Nikiszowca odwiedzam Oddział Muzeum Historii Katowic – Dział Etnologii Miasta. Zachwycam się obrazami prymitywistów, wgapiam się w malarstwo Teofila Ociepki, przypominam sobie ezoteryczny Śląsk Johannesa Schefflera herbu Scheffler, lepiej znanego jako Angelus Silesius, Anioł Ślązak, którego tłumaczyli na język polski i Adam Mickiewicz, i Jerzy Prokopiuk. Przypominam też sobie Angelusa Lecha Majewskiego. Tych wątków zabrakło mi w Kajś: śląskiej heterodoksji, nieoczywistej duchowości, której odpryski trafiły nawet do spektaklu Skazany na bluesa o Ryśku Riedlu, granego w Teatrze Śląskim. Wybrałem się na niego z Warszawy, wyjaśniając pospiesznie taksówkarzowi, złapanemu przy dworcu w Katowicach, że choć przyjechałem z Warszawy, to jestem z Poznańskiego.

A przecież to spod Bytomia pochodził mój pradziadek Franciszek, ojciec matki mojej matki, urodzony prawdopodobnie w 1874 roku. W rodzinnym dokumencie, poświęconym jego bratu, salezjaninowi Walentemu Kozakowi, czytam: „ksiądz Walenty Kozak, syn Jana i Anny z domu Kierzniak, urodził się dnia 10 lutego 1870 roku w Karbie koło Bytomia. Pochodził z małorolnej o licznym potomstwie śląskiej rodziny, przepojonej głębokim duchem religijnym i tradycjami ojczystymi”. Sprawdzam w popularnej wyszukiwarce nazwisko „Kierzniak”. Strona siliusradicum.pl podpowiada, że Kierzniak to inaczej Kierzonik, czyli kijek. A dostępna online książka Slavia Occidentalis, pod redakcją Mikołaja Rudnickiego, tom VI, Wydawnictwo Gebethner i Wolff, Poznań 1927, uszczegóławia: „pisniok, toż co kierzniak, tłuczek w maślnicy”.

W życiorysie księdza Walentego Kozaka, spisanym po jego śmierci przez zakonnych współbraci, czytam: „po odbyciu szkoły powszechnej zaczął sam, jako najstarszy z rodzeństwa, zarobkować, pracując w kopalni. Następnie odbył służbę wojskową w specjalnym pułku cesarskim w Berlinie i nawet nosił się z myślą poświęcenia się zawodowi żołnierskiemu. Po namyśle jednak zrezygnował z tego zamiaru i wrócił do domu rodzinnego i do dawnej pracy w kopalni”. W 1899 roku był już salezjaninem. W czasie I wojny światowej postawił kościół św. Józefa w Przemyślu; położył też fundamenty pod Sanktuarium Najświętszej Wspomożycielki w Oświęcimiu. W czasach okupacji trafił do hitlerowskiego więzienia w Zakopanem. Zmarł w lutym 1954 roku w Pogrzebieniu. Obecnie to wieś w Polsce położona w województwie śląskim, w powiecie raciborskim, w gminie Kornowac. Czy jako zakonnik w Polsce Ludowej mówił czasem po śląsku? Jak się w nim śląskość układała z polskością, szczególnie po 1945 roku? Na tym świecie już się nie dowiem.

Mój pradziadek Franciszek miał mniej szczęścia niż jego starszy brat. Ukończył Studium Nauczycielskie, najprawdopodobniej w Bytomiu, jeszcze w czasach zaborów pracował jako buchalter u dziedzica, w cukrowni w Wińsku, bliżej Wołowa-Wrocławia. W czasie I wojny światowej jako podoficer w cesarskiej armii pracował we wrocławskim lazarecie. Po wojnie uczył w szkole w wielkopolskiej Pakówce, należał do Akcji Katolickiej, w roku 1928 zachorował psychicznie, leczył się w Kościanie. Gdy wybuchła II wojna światowa, był w szpitalu. Wiosną 1940 roku przyszło stamtąd pismo o jego śmierci – rzekomo zachorował na zapalenie płuc i umarł. W Kraju Warty i na Pomorzu w latach 1939–1945 Niemcy skrupulatnie przeprowadzali akcję ukrytego ludobójstwa pacjentów szpitali psychiatrycznych. Tak obumarły moje śląskie korzenie. Traktuję je jako glosę do przejmująco trudnej opowieści Rokity – w jego książce śląskość nierzadko ciąży ku niemieckości albo szuka swojej tożsamości na przekór dwóm wielkim narodowym tradycjom, polskiej i niemieckiej. W rodzinnej historii odnalazłem inną, alternatywną opowieść.

Czy uciekłem od opowieści o Kajś we własną historię? Z pewnością poczułem się zmuszony do odpowiedzi, do próby nawiązania rozmowy, do napomnienia tych, co myślą, że wystarczy polskość jako symbol, tam gdzie trzeba współtworzyć rzeczywistość. Nie zbuduje się niczego ani z przemilczeń, ani z agresji i bezradności wobec niej, ani z prób wekslowania śląskości z pomocą stereotypów wygodniejszych czy to dla Polaków, czy Niemców. To ważne, szczególnie dziś, gdy kolejne roczniki dorastają w świecie, w którym znacznie łatwiej niż przed kilkoma dekadami wybrać własną tożsamość, opowieść, swoje „gdzieś” i „kajś”.

Zbigniew Rokita: Kajś.
Opowieść o Górnym Śląsku.

Wydawnictwo Czarne,
Wołowiec 2020, s. 320.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.