11/2025

Olga Żyminkowska

Ślepy łucznik

Powiem od razu, żeby rozładować napięcie: łucznik nie trafia do celu i przegrywa. Choć na strzelnicy do wygrania mnóstwo fantów: makatka z Maryjką, wąż z siarki, dęta gitara, czosnkowy beszamel, elektryczne obierki, bojarskie czapy i bujany fotel bez płóz. Problem w tym, że w tomie poetyckim Łucznik Przemysława Suchaneckiego nie wiadomo, w co się trafi ani kto nosi strzały.

To piąta książka krakowskiego poety, nie licząc debiutu w almanachu Biura Literackiego Połów. Poetyckie debiuty 2017. Program Suchaneckiego od początku był dość czytelny – wiersz ma prawo odmawiać zeznań, czytelnik nie powinien za wiele pytać o sens, a krytyk żądać jasności wypowiedzi. Mniej więcej tak pisał o jego drugim tomie O (Biuro Literackie, 2021) Dawid Kujawa na łamach magazynu „biBLioteka”, wróżąc poecie szybkie zapomnienie. Zdaniem krytyka widmowa obecność Suchaneckiego w polskiej poezji jest fundamentem jego projektu estetycznego. Marcin Sendecki po publikacji zbioru Wtracenie (Biuro Literackie, 2019) nie przypuszczał, by „troskały go [Suchaneckiego – ], niemal nieuchronne przy takim sposobie organizacji wiersza, czytelnicze znaki zapytania czy wręcz komunikacyjne zapaści”.

To prawda, Suchanecki nie boi się otchłani, choć jeszcze w tomie O nawiązuje łączność z czytelnikami: „krążcie wokół mnie i badajcie koniuszkami palców” (Czekając na autobus w Nutley, NJ). Zapowiada nawet porachunki poezji ze światem: „trzeba wyjść z tego wiersza, / żeby coś załatwić” (Zdanie pługa). Okazuje się, że poza klatką poezji bywa nieprzyjemnie („wszystko się rozpływa w wiecznym kaszlu” – Koc w banany), a kierunki działań mnożą się i dryfują jak w Spadaniu, czyli o elementach wertykalnych i horyzontalnych w życiu współczesnego człowieka Tadeusza Różewicza („Z uporem idę wciąż w różnych kierunkach” – Już skapuje bez).

Tytułowe „O” jest lunetą, która obiecuje coś więcej niż fanty w loterii strzelniczej. I nawet gdy podmiot waha się, czy „poezja powinna być o czymś”, czy jednak „o niczym” (Zdanie pługa), to i tak chciałby, żeby „rozmowa o paradoksach / była jak rozmowa w karnawale: / podniesiona, żywa, głośna / jak przypadkowe potrącenie struny / w opartej o ścianę gitarze” (Epilog). Przez wizjer „O”, niczym przez Fajferowski „otwór” z Ars poetica II, rozciąga się obraz pełen sprzeczności. Nie są to jednak nudne kwadratury koła, ale sekretne napięcia zamknięte w świecie pozbawionym „aury” („Jeden z szorstkich neonów wskazuje na ciebie, / jakby chciał prędko odgadnąć / twoją tajemnicę” – Wojny).

Suchanecki od czasu debiutu zajmuje się problemem znaku i desygnatu, wnętrza i zewnętrza wiersza. Już we Wtraceniu wystawia głowę poza świat słów, niczym człowiek z ryciny Flammariona sięgający ręką nieba. „Gdzie są chiny wyobraźni / Gdzie są indie wyobraźni / Gdzie cały świat” (Widziałem, jak tańczy jajko). Odpowiedzi nie ma; imię świata „zmienia się co minutę od początku”, raz jest pokojem, innym razem morzem i pysznym posiłkiem (Prosto, bez pośpiechu). A jednak istnieją drzwi, czyli nadzieja na wytrącenie („wtracenie”) z równowagi wiersza i wyjście poza jego struktury (Odrzwiach). Nawet jeśli zewnętrze to tylko „wytchnięcie ku implozji” (inw.). Podobnie w Na rogu, książce poprzedzającej Łucznika, w której wychylenie w kierunku świata przybiera postać apostrofy do kwiatu, chmury, ognia, kobiety (bukowo. jańcio wodnik), „zygusia” (aikido) czy „człowieczka” (raport większości). W tym tomie świat jest nawoływany przez tego, kto stoi na rogu nieskończonego domostwa (dom), przekupnia o kosmicznej wyobraźni (procedura dnia). Bywa on wszystkim naraz („czyngis hanem”, „marylą rodowicz”, „baruchem spinozą” – żywoty), tak jakby tytułowy róg był punktem splotu godziwych i niegodziwych żywotów. Nie ma jednak wątpliwości, że świat za winklem istnieje i można złapać go „wszędzie‑sięgającą ręką” (1.), niewidzialną ręką realizmu, która zaprowadza porządek, klejąc „osikę” z „pękniętą pleksą”, przynosząc „pokój wrzącemu morzu” (3.).

Łuczniku Suchanecki wystrzelił poza wiersz i zachłysnął się tym, co zobaczył. Łucznik pędzi rowerem, zdobywa szczyty Afganistanu i cierpi na bezsenność (Łucznik w porze nocy). Raz odwiedza słowackie miasta (Mapa), przesiaduje w warszawskich kawiarniach (Dziwny instrument i jego efekt) i jeździ krakowskimi busami (Linia numer 135). Innym razem ogląda wschód słońca w Kędzierzynie‑Koźlu (Kędzierzyn Koźle: łuna słońca prześwieca spomiędzy chmur), by zaraz potem wałęsać się po Ziemi Lubuskiej (Pokryć rząd plamami mchu). Wszystkie te miejsca to jednak ślepy traf wyobraźni, przypadkowy łup pijanego strzelca, który chciałby być zarazem wszędzie i nigdzie, w utopii na prawach chaosu („Harmonia / to imię rzadko słodziło mi ucho” – Morwa). W poezji metoda „na chybił trafił” ekscytuje wyłącznie graczy w surrealistycznego totolotka. Współczesny literacki hazardzista staje się – mówiąc tytułem wiersza Miłosza Biedrzyckiego – „starym punkiem w nowych czasach”. Nawet MLB, patron poezji nieokrzesanej, polski cień Tomaža Šalamuna, we wspomnianym wierszu przyznaje: „Siedzieć cały czas na kosmicznej strunie / to męczące”.

Suchanecki zostawia czytelnika „z pytajnikiem zamiast głowy” (znów Biedrzycki, Co ja mogę do Państwa powiedzieć z tomu Porumb). Jego łucznik nie jest, jak dawniej bywało, symbolem precyzji, umiarkowania i równowagi napięć. Arystoteles w Etyce nikomachejskiej widział w nim jeszcze figurę cnoty (człowiek etyczny, jak strzelec, zawsze celuje w złoty środek). Suchanecki nie wykorzystuje symbolicznego potencjału łucznika. Kusiłoby pójście tropem Friedricha Nietzschego i rozwinięcie metafory człowieka jako napiętej liny nad przepaścią albo, powiedzmy, zabawa z eleackimi paradoksami o nieruchomej strzale. Motyw napięcia (pragnienia) można też ograć psychoanalizą, tworząc wariacje na temat, dajmy na to, trzech porządków u Jacques’a Lacana. Warto przy okazji przypomnieć źródłosłów pojęcia „intencjonalność”, podstawowego dla fenomenologii, które także ma swoje łucznicze konotacje (intendere arcum in – „napinać łuk w kierunku”). Możliwości jest wiele, poety pouczać nie wolno, w końcu przecież „nam strzelać nie kazano”.

Z jednym trzeba się zgodzić – „świat jest sto milionów razy za obfity”, jak pisał Witold Gombrowicz w Kosmosie. Wyczerpywanie go przez wyliczenia to trud daremny (dowodził tego stary brytyjski empiryzm – nawet John Locke potrzebował „oka umysłu”, które porządkowało nadmiar wrażeń). Suchanecki próbuje zmieścić w jednym wierszu anioły, małopolskie koguty, Saracenów i żaby w Lesie Arkońskim (Malachim). Tłumaczenie tego barokową wizją świata to błyskotliwy pomysł Dawida Kujawy z dołączonego do książki posłowia Nie ma nawet płóz. Nie ma jednak co się łudzić – zamiast baroku panuje tutaj bałagan. Usprawiedliwianie nieporządku i dowolności „śmiałymi skokami od prozy życia do spraw ostatecznych”, a przerostu skojarzeń „domyślnym sposobem istnienia”, więcej mówi o pomysłowości krytyka niż o zawartości wierszy. Owszem, Suchanecki, jak niemal każdy poeta, miesza materię z duchem i zmienia rejestry języka, raz dociskając pedał wzniosłości i uderzając w dzwony filozoficznych problemów, innym razem „wysyła język na wakacje”, by posłużyć się zręczną metaforą Ludwiga Wittgensteina. Zdarzają mu się biblijne stylizacje: „dla jego radosnego gradu / miej długie, męskie włosy / dla całego świata” (Mapa), a czasem westchnięcia w kierunku François Villona: „Gdzież, ach, gdzież są klony mojego uwolnienia?” (Machanie). Wielkie pytania jak „Od kiedy praca to droga kabały?” (Tramwaj, podaż) sąsiadują z opisem mini‑Lewiatana w Kisielinie i komiksu z Donaldem (Pokryć rząd plamami mchu). Jeśli na tym polega barok w poezji Suchaneckiego, to równie dobrze można doszukiwać się kabalistycznej interpretacji liczb w tytułach wierszy 10 lub 24 oraz Pięć pięć sześć cichych osuwisk. Albo barok zastąpić średniowieczną „karnawalizacją”.

Suchanecki nie rozstrzyga, który z porządków, powszedni czy metafizyczny, jest właściwą podszewką świata. Jeśli Łucznik traktuje o czymkolwiek, to jest to udział ducha w materii (Boże myśli), a więc problem z pierwszego rozdziału podręcznika do metafizyki. Metafora łucznika pozwala na rozmaite gry z napięciami między jedną substancją a drugą. Pomysł więc nie jest z gruntu przegrany. Poeta jednak wystawia katalog obrazów i nazw własnych, które pokazują, że świat zamieszkują zarówno derwisze, jak i dziewczyny czekające na przystanku Łagiewniki ZUS. Skojarzenia zbyt odległe, by mogły być chociaż śmieszne.

Do codziennej podszewki Łucznika należą też koleżeńskie szturchańce, wspomnienia kumpli „ze środowiska”, wiersze okolicznościowe bez okoliczności. Pojawia się Mateusz Górniak, którego nazywa się „głośną, skrytą zamrażarką” wyniesioną na szczyty Tarchomina (Usta), a także Andrzej Sosnowski i Marcin Sendecki przekazujący sobie pochodnię w wierszu Ur. W tle przemykają dalsi znajomi – Leopold Staff, Jakub Grabiak, Mikołaj Sęp‑Szarzyński, św. Jan od Krzyża, Max Weber, Herbert Spencer, Friedrich Engels, Francisco Pizarro, Torquato Tasso, Thomas Kuhn, Bruno Schulz, Wassily Kandinsky, Żebrowski (Jacek, z „Katalog Press”) i czeski poeta Miroslav Sosoi. Do tego kilku muzyków – brytyjska wokalistka Sade (Patrzyłem uważnie na stary klip Sade), Bartosz „Boro” Borowski z zespołu Lonker See (Boro), a także parę niezidentyfikowanych imion – Ivan (Davydenko?), Ela i Andrzej (znowu Sosnowscy?) w wierszu Sobota, pierwszy weekend grudnia. W końcu, jak pisał Jean‑Paul Sartre w Słowach, „pisze się dla sąsiadów albo dla Boga”.

Bogu dostają się za to dziwaczne fanty, przedmioty o cechach sprzecznych – dęta gitara (Dziwny instrument i jego efekt), granitowe pierze (Najeźdźca), bujany fotel bez płóz (Głębokie komnaty, miękkie łóżka) i trawa rosnąca do wewnątrz (Basztowa). A do tego parę metafizycznych rebusów: „Kiedy zamknęła się ziemia? / Który klucz drzewa otworzył niebo?” (Morwa), hiszpański derwisz wiszący głową w dół (Derwisz) i wspomnienie o bożych myślach, które są „jak mongolski sokół, / wracają tam, skąd wyszły” (Boże myśli).

Wbrew swoim zamiarom Suchanecki nie podąża „wąskim / szlakiem / świętego Jana od Krzyża” (Pracuję w wiklinie), uważnie oddzielając ziarna słów od plew. Zanurza się raczej w „plastelinie […] jak ciemny, obły, elastyczny kształt”, zdecydowany „stać w jakimś bezrozumnym uniesieniu” (Blob). Oto odkrycie Łucznika: świat poza słowami istnieje, jest go za dużo i trudno skleić z niego wiersz. Wielorakość najwyraźniej fascynuje Suchaneckiego, problem jednak w tym, że na tej dość oczywistej konstatacji trudno oprzeć całą książkę, a co dopiero program poetycki. Jakkolwiek nie usprawiedliwiać bałaganu w poezji – barokiem lub sprzeciwem wobec neoliberalnego prymatu treści – efekt końcowy nie olśniewa. Mówiąc tytułem jednego z wierszy: to mógł być „Kandinsky, ale jednak nie”.

Przemysław Suchanecki: Łucznik
KONTENT,
Kraków 2024, 60 s.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.