04/2022

Zbigniew Mentzel

Spór

Boleję, że o tym sporze nie potrafię pisać w pełni kompetentnie. Wymagałoby to rozległych lektur i długich studiów. Podjąć ich już raczej nie zdążę. Ale nie mam wątpliwości, że spór, jaki bez mała sto lat temu prowadzili ze sobą Jan Baudouin de Courtenay i Marian Zdziechowski, dwaj polscy uczeni, którzy na przełomie XIXXX wieku zażywali sławy europejskiej, spór o wiarę i niewiarę w Boga, o chrześcijaństwo, o kościoły, głównie Kościół Katolicki, jest, ze względu na odwagę intelektualną i etyczną obu adwersarzy, także w dzisiejszym czasie niezwykle pobudzający dla każdego, kto rozmyślając o tych ostatecznych dla człowieka sprawach, chce określić i głębiej uzasadnić własne stanowisko.


*
W książce Niepospolici ludzie w dniu swoim powszednim Adam Grzymała‑Siedlecki opowiada o spotkaniach Zdziechowskiego z Baudouinem de Courtenay w Krakowie, gdzie przez jakiś czas każdy z nich prowadził wykłady na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zdziechowski, filozof i historyk idei, miał potrzebę „nieustannych a żarliwych wynurzeń”, Baudouin, chluba polskiej lingwistyki – „zawsze milczek, czujnie wyczekiwał, kiedy ktoś w towarzystwie palnie nonsens, by móc go przygwoździć sarkastycznym docinkiem”. Zdziechowski, przyjaciel Tołstoja, „w pogłębiony sposób żył przykazaniami chrystianizmu, Baudouin, gdzie mógł, manifestował swój ateizm i dyszał nienawiścią do kleru katolickiego, gdy znowu tamten z upodobaniem przebywał w towarzystwie teologów i światłych prałatów, a szczerze i serdecznie bolał nad niewiarą Baudouina – ten w odwet litował się nad Zdziechowskim i jego «upodobaniem do mitologii». Poza tym jeden bez drugiego nie bardzo umiał żyć, a jednoczył ich wspólny kult etyki”.

Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że po odzyskaniu przez kraj niepodległości obaj, choć w różnym czasie, znaleźli się wśród kandydatów do godności Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.

*
W roku 1927 Baudouin de Courtenay przysłał Zdziechowskiemu swoją wydaną właśnie książkę Mój stosunek do Kościoła (niedawno w serii Bez bogów wznowiło ją – wraz z przedmową prawnuczki autora, Marii Ehrenkreuz‑Jasińskiej – Wydawnictwo Stapis z Katowic). Czesław Miłosz w eseju o religijności Zdziechowskiego uznał ową książkę za „publiczną spowiedź”, za „wstrząsający dokument”, w którym odsłania się „osobowość gwałtowna, szczera, nie znająca kompromisu”. Sam Zdziechowski z kolei nazwał Mój stosunek do Kościoła „rzeczą straszną przez swoją nieustraszoną, tołstojowską, nie cofającą się przed żadnymi konsekwencjami logiczność”.

Znakomity lingwista wyjaśnia, dlaczego wyrzekł się wiary, wystąpił z Kościoła katolickiego i zażądał od władz, aby mu wydano paszport bez rubryki „wyznanie” (żądanie to zostało spełnione).

Za punkt wyjścia swej rozprawy Baudouin de Courtenay przyjął „kapitalne głupstwo”, jakie w roku 1893 popełnił po przeniesieniu się z Dorpatu, gdzie nie wysłużył pełnej emerytury, do Krakowa. Wkrótce po przybyciu do tego miasta zaszokowany został zwyczajem praktykowanym przez bodaj wszystkich mieszkańców Galicji, któremu to zwyczajowi on również musiał się poddać, bo w przeciwnym razie zostałby pozbawiony dachu nad głową. Ulegając presji kamienicznika, u którego wynajął mieszkanie, zgodził się podpisać oświadczenie, że wysokość komornego, jakie w rzeczywistości płaci, jest o połowę mniejsza, co właścicielowi domu pozwalało zaoszczędzić na podatku dochodowym. Wszyscy znajomi upewniali go, że zwyczaj ów nikogo nie razi, że więc „zawodowe fałszerstwo równoznaczne z krzywoprzysięstwem” popełniają rokrocznie obywatele prawomyślni, bogobojni, wierzący i praktykujący wszelkie nakazane przez Kościół obrządki, nie tylko zwykli śmiertelnicy, lecz także „luminarze i świeczniki społeczeństwa, przodownicy hierarchii kościelnej, biskupi i arcybiskupi […] kwiat inteligencji”.

„Byłem – nie przebierając w słowach, pisze o sobie autor – takim samym kłamcą, fałszerzem, krzywoprzysięzcą, jednym słowem szubrawcem, jak wszyscy inni mieszkańcy Galicji i Lodomerii. Ale wstręt do tej ohydy, pragnienie zaprotestowania przeciw kloace moralnej, w której się musiałem nurzać wraz z innymi, wzbierały coraz bardziej w mojej duszy i coraz natarczywiej targały mym sumieniem”. Doprowadziło to w końcu do wybuchu i do wystąpienia publicznego. Pod koniec roku 1897 w wydanej własnym sumptem broszurze Jeden z objawów moralności oportunistyczno‑prawomyślnej Jan Baudouin de Courtenay opisał szczegółowo powszechny proceder fałszerstwa przy zeznaniach o wysokości komornego.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Ukazanie się broszury wywołało prawdziwą nagonkę na autora, i to w rozmaitych stronnictwach politycznych. Odsądzany od czci i wiary przez bogoojczyźnianych patriotów, uznawany już to za wariata, już to za rosyjskiego szpiega, usunięty został z uniwersytetu krakowskiego.

Krzywoprzysięstwo, przeciwko któremu zaprotestował wybitny językoznawca, okazywało się w praktyce jedynie pojęciem świecko‑prawnym, obcym dziedzinie religii i, popełniając je, wierzący pozostawali prawdopodobnie w zgodzie ze swym sumieniem wyznaniowym.

[…]

[Ciąg dalszy w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.