03/2022

Zbigniew Zbikowski

Strażnik z Beauregard
(fragment powieści)

– Naprawdę jest pan Polakiem, panie Żorż?

Na pewno zadaje to pytanie ot tak sobie, żeby się lekko podroczyć. Nie sądzi chyba, że mogę być żołnierzem rosyjskiej mafii w Paryżu.

– Jest sposób, żeby panią przekonać, panno Juliette?

– Naturalnie. Proszę powiedzieć coś po polsku.

– Przecież nie zna pani polskiego.

– Nie szkodzi. Proszę powiedzieć.

A więc rozmawiamy. Gdyby tego nie chciała, mogła na dziesięć sposobów uniknąć spotkania ze mną. Choćby wymknąć się przez zaplecze, to, przez które dwa dni temu wyprowadziła mnie z bistro, bym nie natknął się na policjantów. Chyba jednak chciała, bo wyszła głównym wejściem sześćdziesiąt siedem minut po tym, jak zapowiedziała koniec pracy za godzinę, jakby licząc na to, że właściwie odczytam jej informację i będę czekał pod drzwiami. Moją obecność przyjęła bez cienia zdziwienia. Mam pół godziny na rozmowę z panem, powiedziała, potem odjeżdżam metrem ze stacji Anvers. Zechce pan podejść tam ze mną?

Oczywiście, że zechcę, ale najpierw mam dowieść, że mówię po polsku.

– Co miałbym powiedzieć?

– Ojej, cokolwiek. Chcę usłyszeć.

– Dobrze, proszę posłuchać. – Kierujemy się na bulwar, gdzie na wąskim trotuarze jest wielu przechodniów, a na jezdni sznur samochodów. Szum ulicy wzmaga się. Pomysł przychodzi mi do głowy równie nagle, jak nagle ona bierze mnie pod rękę. Nabieram powietrza, będę recytował. – Pod mostem Mirabeau przepływa Sekwana. I nasza miłość. Czy nie dość przemijania? Gdy ból się kończy, jest czas radowania. Niech noc wybija swoją godzinę. Choć dni przepłyną, ja nie przeminę.

Sądzę, że nic nie pojmuje, chwyta jednak rytm i rym. Wyciąga rękę spod mego ramienia. Zatrzymuje się. Patrzy na mnie, wysoko unosząc brwi, przez co jej oczy stają się jeszcze większe.

– Co to znaczy? – pyta. – Naprawdę brzmi po słowiańsku, choć nie po rosyjsku. Zrozumiałam tylko jedno słowo.

– To jest wiersz. Francuski. Le Pont Mirabeau. Napisał go Guillaume Apollinaire. Pani zna?

– Znam piosenkę. – Nuci cicho dwa wersy, powtarzane w wierszu Apollinaire’a jak refren. – Zna pan?

– Tak, jest też parę innych wersji. Ta w pani wykonaniu wydaje się najładniejsza.

Śmieje się. Krótko, przyjaźnie.

– A kto przetłumaczył ten wiersz na pański język?

Nie wiem, po co o to pyta. Przecież nie zna polskich autorów. Żadne nazwisko, czy to Ważyk, czy Libera, nic jej nie powie. Patrzę śmiało w jej oczy, ciemne jak jaskinia pełna niebezpieczeństw.

– To akurat mój własny przekład.

Śmieje się znowu.

– Tak czułam. Pan jest poetą, Żorż?

Ach, ten język francuski. Ile wykształcił stopni przechodzenia z formy „pan” na „ty”? Można, posługując się konstrukcją gramatyczną, ale też intonacją, sposobem akcentowania zdania, a nawet kontekstem sytuacyjnym, być jeszcze formalnie na pan, lecz już nie za bardzo, choć ciągle nie na ty albo coraz bardziej na ty, ale dalej wtrącając zaimek vous w miejsce tu.

– Pani potrafi rozpoznać poetę, Juliette?

– Na Montmartre mamy ich więcej na kilometr kwadratowy niż gdzie indziej.

W dodatku subtelnie dowcipna. Jest mi coraz bardziej wstyd, że przy pierwszym spotkaniu, tym przedwczorajszym, przez długą chwilę patrzyłem na nią jak na postać z filmu, ruchomy niematerialny obrazek pobudzający męskie fantazje, a nie jak na kobietę z ciałem i duszą, z własną osobowością.

Muszę jej od razu coś wyjaśnić.

– W zasadzie, cóż, nie, nie mogę nazwać się poetą. Poeta w wierszach wyrazić chce siebie. Ja nie mam takich ambicji. Owszem, poetą chciał być inny Żorż. Mój dziadek Jerzy.

Uśmiech na jej ustach przygasa. Robi powoli trzy kroki, oczekując, że ruszę za nią. Idziemy obok siebie spacerkiem, wmieszani w paryski wielobarwny tłumek.

– To o nim już po raz trzeci próbuje mi pan opowiedzieć? Ale w jakim celu? Nie rozumiem.

– Dziadek zginął w Paryżu w czterdziestym siódmym roku. Pewna paryska gazeta o tym napisała. Za dużo powiedziane, po prostu zamieściła wzmiankę. Podobno popełnił samobójstwo, wyskoczył przez okno z jednego z pokoi nad waszym bistro, ale ja wiem, że to nie było tak, jak napisali w tej kronice wypadków. Proszę sobie wyobrazić, sądzę, że to będzie dla pani zaskakujące, dla mnie zresztą też jest, że został przez to okno wyrzucony. – Robię przerwę na moment oddechu i refleksji. Jeszcze trzy dni temu wiadomość ta byłaby dla kogoś postronnego najwyżej ciekawostką z przeszłości. Zaskakująca stała się dopiero po wypadku z Marokańczykiem czy też Algierczykiem dwa dni temu. Juliette czeka w skupieniu na puentę, jakiś intelektualny wywijas, nieoczywistą koincydencję zdarzeń rozdzielonych siedmioma dekadami, bo to, co dotychczas usłyszała, mało ją obchodzi. W Paryżu popełniono setki bardziej efektownych samobójstw i dokonano mnóstwa bardziej wyrafinowanych zbrodni. – Może to głupie, co powiem, ale chciałbym kiedyś wejść do tego pokoju i stanąć przy tym oknie, jak mój dziadek. Poczuć to, co on wtedy czuł.

[…]

[Ciąg dalszy w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.