Mając taką możliwość, poddając się (chętnie, a jakże) pokusie, warto zerknąć, co sam bohater notował w Zapiskach pod datą 28 października:
– siedemdziesiąte piąte: „Jubileusz, myślę ze spokojem o tym, że dożyłem aż tylu lat, chyba jest we mnie spokój, niech się dzieje, co się dziać ma”;
– osiemdziesiąte: „Urodziny, doszło i do tego, dziś kończę osiemdziesiąt lat, wola Boska”;
– osiemdziesiąte piąte: „85, dziś kończę 85 lat, stało się –”.
I innych, dalszych urodzin już nie było.
Spójrzmy, dla dopełnienia obrazu, jeszcze w wigilię urodzin 1991 roku: „
Byłoby nieuczciwością stosunkowo obleśną widzieć Henryka tylko w monochromatyczno‑ponurych barwach człowieka samotnego, starego, schorowanego, który zmarnował życie w dążeniu za czymś nieokreślonym lub zwyczajnie nieuchwytnym. Dla wielu z nas był przecież kimś o najpiękniejszym uśmiechu na świecie oraz kimś z najbardziej zaraźliwym śmiechem we wszechświecie.
Mnie jubileusze Henryka kojarzyły się głównie z dniami porównywalnymi do regularnych świąt religijnych lub narodowego święta w stylu Día de la Hispanidad. Przychodziłem w miarę wcześnie do kawiarni Czytelnika, szeroko otwartymi oczyma chłonąłem migracje ludzkie do stolika i od stolika, hołdy różne, gesty i dowcipy. A w końcu wyraźnym popołudniem przypadał mi zaszczyt bycia tragarzem, co zrozumiałe, bo byłem bezapelacyjnie najmłodszy w okolicy. Objuczony różnymi torbami, głównie z alkoholem, i niekiedy kwiatami (dawanie książek było raczej w złym guście), dreptałem obok Henryka do jego domu na ulicy Widok, czasem zahaczając o „Twórczość”, czasem nie. Zdarzało się, że takiego upoconego mnie łaskawie pozostawiał na słocie pod Sezamem w Alejach Jerozolimskich, by kupić jogurt lub ptasie mleczko. Kto wie, jak skrupulatnie Henryk dokonywał wyborów sklepowych, ten wie… Nieco dalej, za Sezamem, legendarny kiosk prowadzony przez pana Andrzeja. Z grubsza nieźle pamiętam moją pierwszą w nim wizytę:
– Panie Andrzeju, to jest Orzeł. Prozaik z Hiszpanii. Jak stoję nad grobem teraz i czytam, co on pisze, to mam ochotę skoczyć.
– Panie Orzeł, ja pana nie znam, ale powiem panu szczerze, że po tym, co powiedział pan Henryk, powinien pan [trochę ciszej] pierdolnąć te [znów głośniej] wszystkie siaty na ziemię, wyjść stąd i niech pan Henryk sobie radzi. A że jest ślisko [zawieszenie głosu] to, za przeproszeniem, pan Henryk mógłby orła wywinąć.
I tak to się toczyło. Bogiem a prawdą, chyba faktycznie raz leżałem bez uszczerbku dla prezentów, już na ostatniej prostej.
Co jeszcze w tym zbiorczym wspomnieniu jubileuszowym? Oczywiście, Bohdan Zadura i Darek Foks stojący pod klatką Henryka, obmyślający psikusa za swoje zbyt długie marznięcie. I tak dalej, i tak dalej. W domu już wino lub grappa, lub Stock 84, lub kieliszek ciepłej Luksusowej z ciepłą Muszynianką. Historie, które się nie nudziły. Czułość i spokój. Chrypiący czerwony telefon. Trudno coś więcej dodać.
Czego się życzy z okazji setnych urodzin – pojęcia nie mam. Czując jednak ciężar tego faktu, tej daty, w ramach nieśmiałych dyskusji redakcyjnych doszliśmy do wniosku, że warto zaryzykować, może nawet zrezygnować z koncepcji wielkich „Ksiąg Henrykowych” i spróbować oddać mu na ten nietypowy rok jego ulubione miejsce na łamach „Twórczości”. Niewielki kącik, na samym jej końcu. Tam, gdzie przez lata czuł się najlepiej. Z szacunku do dostojnego wieku jubilata i do jego przyzwyczajeń. Dla Wypisków, dla Oniriady, dla Epistoł i wszelakich zabawnych anegdotek.
