1/2026

Paweł Orzeł

Stulecie urodzin Henryka Berezy

Mam dość wyraźne, o dziwo, wspomnienie z próby śpiewania Henrykowi Berezie Sto lat lub innej takiej okolicznościowej przyśpiewki. Jubilat raczej za tym nie przepadał, wzdrygał się, uciszał, złorzeczył. Zresztą, po prawdzie, nikt z nas – szeroko rozumianych jego przyjaciół – do śpiewu specjalnie się nie nadawał. Ze mną na czele. Nie chodziło jednak o kwestie estetyczne, choć one, wiadomo, były niemało istotne. Trudność tkwiła w tym, co Henryk nazywał swoją długowiecznością, na domiar złego brutalnie skorelowaną z „różańcem chorób”. Chorób najróżniejszych. Teraz widzę, że mógł odbierać takie intonacje na zasadzie złego zaklęcia, uroku, co mimo szczerych chęci jakoś obciążało nas bliżej nieokreśloną metafizyczną winą. Po prostu – zgroza z każdej strony.

Mając taką możliwość, poddając się (chętnie, a jakże) pokusie, warto zerknąć, co sam bohater notował w Zapiskach pod datą 28 października:

– sześćdziesiąte piąte urodziny: „Jubileusz, odczuwam smutek, wypiłem jubileuszowy kieliszek grappy, smak grappy zły, może taki powinien być ze względu na harmonię ze wszystkim innym”;
– siedemdziesiąte: „Urodziny, dzień nie byle jakich urodzin, trochę ciekawości, dużo strachu, przed dzisiejszym dniem, przed dalszym życiem”1;

– siedemdziesiąte piąte: „Jubileusz, myślę ze spokojem o tym, że dożyłem aż tylu lat, chyba jest we mnie spokój, niech się dzieje, co się dziać ma”;

– osiemdziesiąte: „Urodziny, doszło i do tego, dziś kończę osiemdziesiąt lat, wola Boska”;

– osiemdziesiąte piąte: „85, dziś kończę 85 lat, stało się –”.

I innych, dalszych urodzin już nie było.

Spójrzmy, dla dopełnienia obrazu, jeszcze w wigilię urodzin 1991 roku: „Nic, dziś ostatni dzień przed początkiem definitywnej starości, przez dwa ostatnie lata narastała we mnie świadomość, że nie mam żadnych osiągnięć i dokonań, moje dokonania pisarskie zostały perfidnie unicestwione, to tylko pozór, że istnieją ludzie, którzy mój dorobek znają i cenią, z mojej całożyciowej pracy nie zostało mi nic w sensie materialnym, zostałem ograbiony ze wszystkich oszczędności, w twarz patrzy mi nędza, od dzieciństwa stawiałem na przyjaźń z ludźmi wybranymi, wszyscy moi przyjaciele albo zmarli, albo związki przyjaźni zredukowali do pustej formy, o nicości w tym względzie mówią ostatnie doświadczenia z Olimpią (Adela Grochowska) i z Marianem Pilotem, w nicość zamieniło się ponad trzydzieści lat powszedniej zażyłości, za ponad trzydzieści lat patronackiej przyjaźni literackiej zostałem opluty, wobec starości stoję z pustymi rękami, nic mi nie zostało, nie mam nic –”. Nie czytajmy jednak, bardzo proszę, tego fragmentu w oderwaniu też albo przede wszystkim od wątków geopolitycznych tamtego czasu.

Byłoby nieuczciwością stosunkowo obleśną widzieć Henryka tylko w monochromatyczno‑ponurych barwach człowieka samotnego, starego, schorowanego, który zmarnował życie w dążeniu za czymś nieokreślonym lub zwyczajnie nieuchwytnym. Dla wielu z nas był przecież kimś o najpiękniejszym uśmiechu na świecie oraz kimś z najbardziej zaraźliwym śmiechem we wszechświecie.

Mnie jubileusze Henryka kojarzyły się głównie z dniami porównywalnymi do regularnych świąt religijnych lub narodowego święta w stylu Día de la Hispanidad. Przychodziłem w miarę wcześnie do kawiarni Czytelnika, szeroko otwartymi oczyma chłonąłem migracje ludzkie do stolika i od stolika, hołdy różne, gesty i dowcipy. A w końcu wyraźnym popołudniem przypadał mi zaszczyt bycia tragarzem, co zrozumiałe, bo byłem bezapelacyjnie najmłodszy w okolicy. Objuczony różnymi torbami, głównie z alkoholem, i niekiedy kwiatami (dawanie książek było raczej w złym guście), dreptałem obok Henryka do jego domu na ulicy Widok, czasem zahaczając o „Twórczość”, czasem nie. Zdarzało się, że takiego upoconego mnie łaskawie pozostawiał na słocie pod Sezamem w Alejach Jerozolimskich, by kupić jogurt lub ptasie mleczko. Kto wie, jak skrupulatnie Henryk dokonywał wyborów sklepowych, ten wie… Nieco dalej, za Sezamem, legendarny kiosk prowadzony przez pana Andrzeja. Z grubsza nieźle pamiętam moją pierwszą w nim wizytę:

– Panie Andrzeju, to jest Orzeł. Prozaik z Hiszpanii. Jak stoję nad grobem teraz i czytam, co on pisze, to mam ochotę skoczyć.

– Panie Orzeł, ja pana nie znam, ale powiem panu szczerze, że po tym, co powiedział pan Henryk, powinien pan [trochę ciszej] pierdolnąć te [znów głośniej] wszystkie siaty na ziemię, wyjść stąd i niech pan Henryk sobie radzi. A że jest ślisko [zawieszenie głosu] to, za przeproszeniem, pan Henryk mógłby orła wywinąć.

I tak to się toczyło. Bogiem a prawdą, chyba faktycznie raz leżałem bez uszczerbku dla prezentów, już na ostatniej prostej.

Co jeszcze w tym zbiorczym wspomnieniu jubileuszowym? Oczywiście, Bohdan Zadura i Darek Foks stojący pod klatką Henryka, obmyślający psikusa za swoje zbyt długie marznięcie. I tak dalej, i tak dalej. W domu już wino lub grappa, lub Stock 84, lub kieliszek ciepłej Luksusowej z ciepłą Muszynianką. Historie, które się nie nudziły. Czułość i spokój. Chrypiący czerwony telefon. Trudno coś więcej dodać.

Czego się życzy z okazji setnych urodzin – pojęcia nie mam. Czując jednak ciężar tego faktu, tej daty, w ramach nieśmiałych dyskusji redakcyjnych doszliśmy do wniosku, że warto zaryzykować, może nawet zrezygnować z koncepcji wielkich „Ksiąg Henrykowych” i spróbować oddać mu na ten nietypowy rok jego ulubione miejsce na łamach „Twórczości”. Niewielki kącik, na samym jej końcu. Tam, gdzie przez lata czuł się najlepiej. Z szacunku do dostojnego wieku jubilata i do jego przyzwyczajeń. Dla Wypisków, dla Oniriady, dla Epistoł i wszelakich zabawnych anegdotek.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.