Przede wszystkim dzienniki Iwaszkiewicza i wspomniane listy do młodego kochanka – umierającego, ale wciąż pożądanego, nielojalnego i manipulującego starzejącym się adoratorem, ale w neurotyczny sposób przywiązanego, żywiącego się jego miłością – w tym listy pisane po śmierci mężczyzny, wszystkie te dokumenty osobiste rozszerzyły margines tego, co wypowiedziane, i dały nam poczucie obecności w intymnej przestrzeni ich twórcy. Mając świadomość prywatnego życia Iwaszkiewicza ukształtowaną przez te lektury, wiemy, co dzieje się równolegle lub zgoła pod sferą faktów, o których chce pisać do żony. Czyżbyśmy wiedzieli więcej od Anny Iwaszkiewiczowej? Wielokrotnie można tak przypuszczać, choć oczywiście żadna w tym nasza zasługa. Wiemy więcej i o wiele mniej zarazem, więc w rezultacie coś innego. Jesteśmy przy tym niewolnikami biograficznej autokreacji stworzonej przez pisarza, czyli – krótko mówiąc – wiemy, co o tym pisał. Dziś, czytając listy do żony z tego okresu, widzimy jego starania nie tylko, aby trzymać ją z daleka od sprawy Błeszyńskiego, lecz także aby ukryć własne stany emocjonalne. Albo – jest też taka możliwość – stany te nie były tak wszechogarniające, aby pisarz nie potrafił znaleźć przestrzeni „wolnej od Jurka”.
Gdyby Jerzy Błeszyński był tak nieostrożny i zadał Iwaszkiewiczowi pytanie, co też on pisze o nim w tych listach, mógłby usłyszeć to, co Jan Parandowski, pytający o swoją obecność w dziennikach artysty: „a nic o tobie nie piszę”. Albo prawie nic. Stwierdzenie na tej podstawie, że „nic nie pisał” w nich o sobie, byłoby zbytnim uproszczeniem, bo przecież właśnie dodaje nowe elementy do stworzonego przez dzienniki i listy do Błeszyńskiego tableau. Przypomina, że równolegle z przejmującymi duchowymi mękami przebywał on w aurze codzienności, zajmował się gospodarstwem, sytuacją wnuków, stanem zdrowia – nie Błeszyńskiego tylko – lecz także rodziny i przyjaciół. Planował przyjęcia dla ulubionych muzyków, uradowany, że się udawały. Liczył dość duże w tamtym okresie dochody i hojną ręką wydawał je wszystkie bądź trochę więcej. Pracował, odpoczywał, pisał kilometry listów „bez Jurka”. Albo – do tego jeszcze wrócimy – z mniej oczywistą jego obecnością.
Musimy też pamiętać, że nie są to „listy do żony”, lecz „korespondencja”, dialog – w którym ich role są równorzędne, więc pojawiające się wątki stają się swego rodzaju zaproszeniem do rozmowy, postulują reakcję, komentarz, polemikę. Anna Iwaszkiewiczowa – która w tej korespondencji jest jakże często pierwszoplanową artystką pisania – zdaje sobie wielokrotnie sprawę, że ten epistolarny kontakt ma całe przestrzenie objęte milczeniem, zarówno z jej, jak i z jego strony, a wykroczenie poza wytyczone granice będzie odebrane jak atak na suwerenność tego drugiego. Dopiero w tym tomie listów Anny i Jarosława rzuca się w oczy, jak wiele między tym dwojgiem, którzy zbliżają się do czterdziestej rocznicy wspólnego życia, było tematów wywołujących irytację oraz jak dużo lęku przed wyprowadzeniem z równowagi poprzez napisanie tego, co się czuje lub myśli. Że neurotyczność idzie tu w zawody z delikatnością uczuć, taktem i ostrożnością, bo pisząc do siebie o czymś innym niż o pogodzie, wchodzą na „pole minowe”. Do rangi symbolu tej świadomości urasta zdanie Anny: „Ja zawsze mam ci bardzo dużo do napisania, ale się wstrzymuję”.
Choć formułowanie zarzutów o to, że „ciebie nic nie interesuje, co dotyczy mojej osoby” – zaskakująco łatwo przychodzi im pod pióro, każde ma w tej korespondencji własne „pola minowe”. Żona pisarza: obojętność religijną bliskich, deklarowaną niewiarę męża, ich życie niezgodne z katolicką doktryną moralną, kwestie zdrowia i wychowania wnuków, stosunku do nich swego męża, sympatie i antypatie dotyczące całego dworu ludzi otaczających Stawisko, związanych z nim częściej materialnie, rzadziej emocjonalnie. Zagadnienie higieny, strach przed chorobami zakaźnymi. Iwaszkiewicz: autonomię twórczości, wolność osobistego i emocjonalnego życia (których symbolem w tamtym czasie jest relacja z „Jurkiem”), sprawę pieniędzy dostarczającą trosk zarówno wtedy, kiedy one są, jak i wtedy, gdy ich nie ma. W przypadku Anny były to więc kwestie dotyczące raczej postrzegania życia innych, w wypadku Jarosława – traktowania życia własnego. Trudne dla obojga, narzucające ostrożność, a co za tym idzie, brak prostoty i poczucia emocjonalnego bezpieczeństwa w relacji. Gdy już się zdarza, że któreś z nich nie wytrzyma narzucanej sobie cenzury – większy lęk przeżywa Anna. W jednym z takich momentów pisze: „Nie odpisuj, bo bardzo jestem uczulona na każde twoje przykre słowo, na razie (jak u dentysty strach, żeby na nerw nie wjechał) kurczę się z tego strachu, i przez to widzę, jaki mi jesteś ukochany, bo tak jak z dziećmi dorosłymi, jedyna miara uczucia do nich to wielkość bólu, jaki mogą nam zadać”.
Krótko mówiąc – czas zrewidować biograficzną wizję sielanki „Anny i Jarosława”. Obraz miłości, zrozumienia i harmonii skonfrontować z irytacją, strachem, podatnością na zranienie przez drobiazgi. Nie po to, żeby miłość przekreślić, ale by zmienić jej powierzchowne, banalne rozumienie, widząc, w jak wiele (użyjmy modnego słowa) toksycznych uwarunkowań wplątały ją osobowości tych dwojga – bynajmniej nie łatwych dla siebie samych i bliskich sobie ludzi.
Listy 1956–1960 w naturalny sposób wpisują się w uniwersum twórczości, dokumentów osobistych i faktów biografii – ale tylko jednej jej strony, jednego bohatera – Jarosława Iwaszkiewicza. Dzięki temu wiadomo, że Iwaszkiewicz, który wysyła wiadomości z Sandomierza wiosną 1956 roku i który jesienią 1960 pisze listy kończące tom, jest kimś trochę innym. Choć w jednej i drugiej odsłonie biografii (dzieli je zaledwie pięć lat) czuje się człowiekiem samotnym, rozczarowanym efektami swej pracy, zmęczonym życiem, paradoksalnie – niemogącym znaleźć sobie miejsca.
„Życie moje nie da się zreperować – na Stawisku żyć nie mogę, a wszędzie indziej tęsknię do Stawiska” – pisze do żony. „Opisz mi dokładnie, jak kwitły u nas bzy i jabłonie” – prosi z Sandomierza. Jednak poza drzewami, kwiatami i życiem psów w zasadzie oboje chętnie ze swego domu uciekają – choć tym razem niedaleko. Gdy po 1956 roku wielu z ich przyjaciół zaczęło podróżować za granicę, Iwaszkiewicz, wygaszając swą aktywność obrońcy pokoju, zadowalał się podróżami po Polsce. Każde z nich miało swoje „bazy”. Jarosław oczywiście Sandomierz, ale i Rabkę (jej stary kościół nazywa jedną z najpiękniejszych „rzeczy” na świecie), Poronin (jedzie tam z Jurkiem), Sobieszów, gdzie odbywa kurację. Anna – Ustkę, Sopot, Zakopane. Najczęściej z wnukami, rzadziej solo. Oprócz opieki nad dziećmi najczęściej więc czyta, dzieląc się wrażeniami z lektury. Gdy jest sama, zdarza jej się tłumaczyć z francuskiego, co spotyka się z entuzjazmem męża. Komplementy, które jej pisze, Anna przyjmuje, używając – chyba całkowicie poważnie, bez ironii – jakoś mało pasującego do relacji między małżonkami słowa „zaszczyt”. „Strasznie mi szkoda wszystkiego, co mogłabyś napisać w dziedzinie literatury” – deklaruje Jarosław, choć za chwilę pyta ją o sprawy młodszej córki. Anna Iwaszkiewiczowa odpowiada, że traktuje „wyrzeczenie się” literackich ambicji jako ofiarę. Może w ten sposób zrobić wiele dobrego – dla bliskich, dla wnuków. Literacko również spełnia się – ale pisząc do niego, do nich. Według anegdoty, zapytana pewnego razu, czym się zajmuje, odpowiedziała, że „dziełem swojego życia: korespondencją z Jarosławem”.
Jeśli chodzi o jego pisarstwo – nie ma obiektywnych powodów, aby usprawiedliwić pojawiające się w listach rozczarowanie. Okres 1956–1960 to były przełomowe lata dla twórczości i publicznej obecności Iwaszkiewicza, i trzeba zauważyć, jak mało znajdziemy w listach śladów tych ważnych faktów. Tymczasem w latach 1956 i 1957 ujrzały światło dzienne zalegające w szufladach Stawiska jeszcze z okresu wojny dwie autobiograficzne pozycje: Książka moich wspomnień i Książka o Sycylii, ukończony w drugiej połowie lat czterdziestych pierwszy tom Sławy i chwały, wiele pisanych w latach 1939–1956 wierszy, pomieszczonych w zbiorze Ciemne ścieżki. W 1958 roku z kolei ukazało się pierwsze wydanie dziesięciotomowych Dzieł, obejmujące całą dotychczasową twórczość: od wierszy, przez powieści, opowiadania, po dramaty oraz tomy Pisma muzyczne i Podróże. Dziesięć monumentalnych tomów. O tym „fakcie” Iwaszkiewicz nie wspomina ani słowem!
Co w planie twórczym jest dla niego ważne? Ukończenie trylogii Sława i chwała. Do pracy nad nią wraca rytualnie: wiosną 1956 w Sandomierzu i w zimowych miesiącach w latach 1957 i 1958, spędzanych w Rabce, dzięki czemu kończy drugi tom (ukazał się w 1958) i zaczyna trzeci, wydany w 1962. Pisze trochę z rozpędu, zdając sobie sprawę zarówno z pewnej archaiczności stylistycznej utworu, jak i z archaiczności świata, który opisuje, choć doprowadza Sławę i chwałę do czasów tużpowojennych, więc bardzo bliskich sobie i czytelnikom. Kolejnym faktem, który go obchodzi, jest publikacja opowiadania Wzlot. Wydawało się ono otwierać nową drogę w jego twórczości, prowadzącą w stronę przetartą przez młodych pisarzy, z Markiem Hłaską na czele. Iwaszkiewicz daleko nią na szczęście nie poszedł, ale pokazuje to, jak pisząc swą współczesną trylogię, która tymczasem stała się powieścią historyczną, jednocześnie wrażliwy był na inspiracje płynące z otaczającego świata. I dzięki Stawisku, ogromnej liczbie fluktuujących wokół majątku i gospodarstwa ludzi, miał wgląd w rzeczywistość nieznaną wielu jego kolegom po piórze, i, szczerze mówiąc, zazwyczaj im obcą. Choć rolę łącznika między światami w przypadku Wzlotu spełnił pierwowzór bohatera opowiadania – Jerzy Błeszyński. Gdy więc Iwaszkiewicz pisze o zachwytach czytelników Wzlotu – w pewnym sensie pisze o „Jurku”.
W 1956 roku Iwaszkiewicz go już znał, choć ich relacja nie osiągnęła temperatury uczuć, jakimi darzył kilka lat wcześniej Wiesława Kępińskiego, czy form epizodu romansowego, które na krótko przyjęła jego znajomość z Jerzym Lisowskim. Wszystko jeszcze przed nimi i to „wszystko” zostaje zamknięte w trzech latach, które stanowią środkowy okres tych listów. „Jurek” pojawia się w nich jako postać wymagająca pomocy, borykający się z życiem śmiertelnie chory młody człowiek, którego najpierw należy ratować, a później pogodzić ze światem, który opuszcza, i zaopiekować się jego bliskimi. Nie stanowi tematu tabu, ale nie jest obecny w listach na miarę obecności w życiu. W pierwszej i jedynej podróży zagranicznej, którą odbyli razem (do Kopenhagi), Iwaszkiewicz ukrywa przed żoną jego towarzystwo. Później już to się nie zdarza. „Jurek” bywa na Stawisku, rozmawia w cztery oczy z Anną, piszą też do siebie listy. Oczywiste jednak jest, że wiadomości kierowane do domu Iwaszkiewicz oczyszcza z emocjonalnych konfesji. Wszystko dzieje się między nimi na poziomie bezsłownego zrozumienia, tak że Anna – nie znając przecież zapisków autobiograficznych męża i poświęconych Błeszyńskiemu wierszy – po śmierci „Jurka” pisze zdanie: „Tobie świat się zawalił”. Hiperbolę pełną empatii i troski; frazę, której napisanie, a jeszcze bardziej zrozumienie i przeżycie, wymaga od niej wzniesienia się na nieznany przeciętnym śmiertelnikom poziom miłości. Pisarz zaś, przeżywając jednocześnie żałobę, godzi się w tych listach ze światem (który się nie kończy), pływa w jego sprawach, przechodzi od wypowiadanego wcześniej „chwilo trwaj, jesteś tak piękna” do innej frazy: „dobrze, że było” – pojmując, że jest ona alternatywną wersją tego faustycznego zdania.
