09/2021

Ryszard Schubert

Świtezianka
(memuary emeryta z Osiedla Lecha!!)

Henrykowi Berezie


Od redakcji
Kiedy w 1975 roku ukazała się powieść Ryszarda Schuberta Trenta Tre w świecie polskiej literatury zawrzało. Jedni zaatakowali utwór za radykalne odejście od literackiej polszczyzny, drudzy zachwycili się słuchem językowym autora i jego umiejętnością przekształcenia języka mówionego w tworzywo literatury. Na czele tego drugiego obozu stanął Henryk Bereza, który kilkakrotnie zabierał głos w sprawie prozy Schuberta. Napisał na przykład, że debiutujący pisarz „bada w sposób niemal naukowy język, którym Polacy mówią”, trafnie dostrzegł, że założeniem jego twórczości jest to, że „człowieka da się opowiedzieć prawdziwie i najlepiej, jak można, tylko tym językiem, którego on sam używa”. Po Trenta Tre Schubert opublikował jeszcze powieść Panna Lilianka (zawierającą sugestię, że to część większego cyklu) i na łamach „Twórczości” w 1979 roku utwór Tatuś. I zamilkł. Pojawiły się pogłoski, że porzucił literaturę i że prowadzi stragan z warzywami na poznańskim targowisku. Ta pierwsza fałszywa, ta druga – prawdziwa. Schubert pracował i pisał, w efekcie powstał utwór Świtezianka. I tak oto wraca do literatury fragmentami Świtezianki tu, gdzie się z nią przed laty „pożegnał” – na łamach „Twórczości”.

Od autora
Maltańczyk Kapsel, rezydent w Świteziance, raz jest pinczerkiem, raz pekińczykiem, a czasem wręcz jamnikiem!

Tak że na mnie trzeba uważać…

RS


[…]

Spacer literacki
W poszukiwaniu tańszego masła.

(Trzymam ręce z tyłu i liczę wykrzykniki).

– Aśś …

– Co się stało, tato??

– W gó, w ge wdepnąłem, cho-lera…

– W gówno? Będziesz miał szczęście!

– „Szczęście”, a widzisz, to jest nawet dobry przykład, jak zareagowałabyś na przykład, no: „w psią kupę”?, a!: „w psie odchody”, na przykład, że wdepnąłem?

– Łłe: obrzydliwe, przecież nikt tak nie mówi.

– A „w glutki”?

– W glutki? Że wdepnąłeś? W glutki że wdepnąłeś to literaturą pachnie. Sztuczne to.

– Czyli mówi się?:

(Rzecz jasna nie zdradzałem córce, że buty mam czyste, nawet poszorowałem nimi po trawie, wręcz kontynuowałem eksperyment).

– „Ge”, tak, a w Zasadach pisowni Jodłowski Taszycki (Zakład Narodowy im. Ossolińskich!) tego wyrazu nie ma. „Gówno” nie istnieje!

– Ale (?!) W tym, który mi dałeś ten dublet?

– I to w wydaniu szesnastym, „przerobionym i rozszerzonym”! 1969!

– Nie (?!) Ale pruderia w tej komunie była. Boszsz… Ludzie dobrze wiedzieli, w co wdepnęli, ale wstydzili się to nazwać! (Czy genetivus?…)

– Za to dzisiaj, literatura (?), proza współczesna (?), wybitne dzieła (?) – nakręciłem się niepotrzebnie, mówiłem coraz głośniej, jak człowiek-gorączka, jak moja córka, kiedy naprawia świat jako pedagog szkolny – wybitne dzieła – dołożyłem do pieca nawet – nie cofają się przed prawdą języka, ani myślą: gówno to gówno, gówniaki to gówniaki1, gówniarzeria to gówniarzeria!

– „GównAżeria” chyba…

– Właśnie że „gówniarzeria”!, i to przez er zet! Właśnie że „Blažkova nie umiała sobie radzić z własną GÓWNIARZERIĄ!”2

– A „gówniaRZeria”, a ludzka menażeria? Na przykład?

– Zobacz, czy jeszcze jest ta tablica ze „staropolskim” za 6,49 1 czy 250 gram. Teraz bez kalkulatora do marketu nie wchodź. Więc szczególnie prozaiczki, dałyby się… pokroić za prawdę językową. Czy czeskie, czy polskie, i to te wybitne.

– A jaka jest różnica między gówniakami a gówniarzerią? Bo może ja rodziłam nieświadoma!

– Spokojnie, córeczko, spoko – próbuję gasić płomyk, póki nie przerodzi się w ogień. – Mamy rozmawiać o literaturze, dziecko, o przewagach współczesnej prozy! Co to ma wspólnego z Anią, która rzuca ci się na szyję, jak z pracy wracasz? I przez pięć minut puścić cię nie chce?

– Bo głodna jest…

– Nie uśmiechnęłabyś się, gdyby to cała prawda była. A ten dzidziol, na spacerze? Dzisiaj (?) Ten szkrab (?) Ten ten: berbeć (?), maluszek (?). Obachutany w kombinezon i czapkę z pomponem (?) Z rok mógł mieć (?), dziesięć miesięcy (?) I mama wypuściła go ze szportki…

– Spacerówki…

– …a on „zabłądził” (?) dziesięć metrów od mamy się oddalił (?) (Czyli cały rok świetlny!). Chodził w prawo, szedł w lewo, chodził dookoła, zrobił kółko, wreszcie zbliżył się do mamy, uniósł główkę (bo czapka mu opadła!) i tak się uśmiechnął3 , a mama do niego, że ją, że…

– „Poznał” ją (?)…

– Tu jest jakaś tablica z masłem. Na „Stokrotce”. Ale dwieście gram 4,95, to normalna kostka ile? Przelicz. A „menażerię”’ też sprawdziłem. (Zet z kropką jest). Więc w Małym Słowniku Języka Polskiego jest „menażeria ludzka”, owszem, a Słownik ten jest opracowany na podstawie jedenastotomowego Wielkiego Słownika Języka Polskiego, tak wyczytałem, ale w Wielkim Słowniku o „menażerii ludzkiej” ani słowa! Jakieś bez laktozy, zobacz. Znasz się na tym? Bierzemy?

– O Zapolskiej mogliby wspomnieć. Mieliby przykład. Że napisała Menażerię ludzką.

– Gabi? Serio? Nie wiedziałem nawet.

– Tato! Nie ściemniaj!

Czyli jak czegoś nie wiem, to znaczy, że udaję?! Nawet za dziesięć złoty4 kostka ten spacer by się opylił! (Jak mówi Zosia!)

24!

(Mamusia była prześliczna. Też z firmówki).

[…]

[Całość można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.