05/2021

Michał Trusewicz

Szczątki na brakach

Rzeczach, których nie wyrzuciłem Marcin Wicha wyznaje:


Nasza historia składała się wyłącznie z anegdot. Bohaterowie anegdoty pojawiali się na chwilę. Wygłaszali jedną kwestię. Robili coś zabawnego i znikali.

Anegdota to punkt. Nasza historia składała się z rozrzuconych punktów, których nie sposób było połączyć liniami.

Anegdota jest przeciwieństwem genealogii.


Poufne, najnowsza powieść Mikołaja Grynberga, zaczyna się mikroskopijnym rozdziałem-prologiem, który kończy się następującą kwestią:

Nie mogę obiecać, że gdy wreszcie czas ruszy naprzód, życie nabierze rumieńców. Wszystko ma swoje wady i mało zalet. Wynurz głowę z rejwachu przeszłości. Stamtąd jesteś, ale tam już nie ma nikogo oprócz ciebie. Rozejrzyj się i wyrzuć rzeczy, których twoje dzieci nie będą chciały odziedziczyć […]. Co potrafisz – opowiedz trenami […]. Czyim życiem żyjesz? Już nie chodzi o to, czy byliby z ciebie dumni, skończyło się.


Podobieństwo tych dwóch fragmentów to nie tylko kontekstowy paralelizm. Widmo historii, przeszłości, rodziny nawiedza narratorów w punktach (nie)pamięci, w kluczowych węzłach wspomnień, ścięgna Mnemosyne rozciągają się i kurczą się do drobnych linii anegdot, układających się w materialną fałdę tekstu powieści, podtrzymywanej przez odruch wspominania. Parafrazując słowa Brunona Schulza, ideałem Grynberga (a może i Wichy) jest „dojrzeć” do przeszłości, rodziny, by w końcu odkształcić się na historycznej fakturze strzępków wspomnień – tkanej od pokoleń. Tylko taka procedura narracyjnego wyrywania i rozrywania mikrohistorii może pomóc w odpowiedzi na pytanie o to, czyim życiem podmiot tak naprawdę żyje.

Powrotów w przeszłość jest zresztą więcej – już niektóre zdania z tego rozdziału-prologu są wprost wyjęte z poprzedniej książki Grynberga – Rejwachu. Narracja snuje się zatem po mitycznym kolisku historii, teraźniejszości i przyszłości – „O jutrze myśl od dzisiaj”. Poufne to powieść, której właściwy tok narracyjny płynie szczelinami, przeciska się przez bloki przemilczeń i niedopowiedzeń, by wreszcie osiąść na powierzchni pozornej trywialności opowieści „jedynie” o rodzinie. Grynberg świadomie napisał powieść eliptyczną, może nawet widmową. Nie jest to również książka o życiu czy śmierci, gdyż tak naprawdę ponad tymi dwiema kategoriami roztacza się nadrzędne pojęcie przeżycia. Dlatego też owa narracja jest tak rwana, mglista, niekonkretna – jakby była zjawiskowa, widmowa – rozmyty w pominięciach i brakach zwiastun fenomenu przeżywania, czyli właściwie „najintensywniejszej możliwości życia”, jak to określał Jacques Derrida w tekście Je suis en guerre. Zatrzymam się w tym miejscu, by naszkicować jeszcze jedną „upiorną”, widmową sieć zależności narracji Grynberga od pewnych konceptów filozoficzno-literackich. Tadeusz Komendant, tłumacząc Pascala Quignarda, posłużył się fenomenalnym pojęciem „powrotnika”, czyli nie do końca ducha, nie całkiem zjawy, a na pewno nie materialnego człowieka. Powrotnika nie interesuje ani byt, ani niebyt – on po prostu daje o sobie znać. Posługuje się znakami, jego widmowa semiotyka to być może jakaś literacka elipsa, przemilczenie, posługiwanie się niewidzialnym domysłem. Uparcie jednak powraca, osuwa się w narrację, kaskadowo rozpiętą między różnymi pokoleniami w Poufnym Grynberga. Towarzyszy językowi każdego z bohaterów. Kim jest właściwie ten powrotnik? Czy da się go w ogóle rozszyfrować w książce autora Rejwachu? Tym, co nieustannie powraca, jest rodzina sama w sobie – familijny żywioł, zmuszający podmioty do zatrzymywania się w określonych punktach opowieści. Dlatego narracja przeciska się przez szczeliny, akumuluje ślady anegdot, spisuje nigdy niewypowiedziane testamenty postaci, schowanych za materią epizodycznej niepamięci. Powrotnik Tadeusza Komendanta – stojący w jednym szeregu z „przeżywcem” [survivant] Derridy – wcale nie chce zanurzać się w jakiejś immanentnej śmierci, otchłani. Pragnie lokować swój los gdzieś ponad życiem i śmiercią, będąc świadomym triumfatorem pamięci i troski o to, by wciąż istniały miejsca – luki, szpary, szczeliny, przejścia, okruchy – gdzie mógłby powracać. Choćby już w formie nieczytelnej, abstrakcyjnej i wpół nieodgadnionej anegdoty, sekretu czy tajemnicy pokoleniowej.

Proza Mikołaja Grynberga jest gęsta, choć fragmentaryczna. To pisarstwo ekstatyczne, choć zdyscyplinowane (lecz pod żadnym pozorem niewykalkulowane). Wydawać by się mogło, że określenia „gęsta” czy „ekstatyczne” kompletnie są nietrafione, lecz wydaje mi się, że są to odpowiednie tropy interpretacyjne technik prozatorskich autora Rejwachu. W niedawno wydanym numerze „Literatury na Świecie”, poświęconym twórczości walijskiego pisarza i eseisty Arthura Machena, zostało opublikowane dość enigmatyczne opowiadanie N, kończące się fragmentem: „Wierzę, że istnieje perychoreza, wzajemne przenikanie się bytów. Możliwe, że i my siedzimy teraz na skalnym pustkowiu, nad gorzkimi strumieniami… I to w jakim towarzystwie?”. Nawiązując do tego dość obrazowego cytatu, można stwierdzić, że również i bohaterowie Poufnego są zarówno „tutaj”, jak i w jakimś współistniejącym w przeszłości „gdzie indziej”. Wszystkie rozmowy podmiotów Grynberga są jednocześnie mgliste i konkretne, zanurzone swoim rdzeniem gdzieś głębiej niż tylko w powierzchni momentu teraźniejszego, opisanego z perspektywy różnych postaci z odmiennych pokoleń. Historia – Zagłada – wytworzyła pęknięcie, w które wpada życie i pamięć bohaterów. Niektóre rozmowy i rytuały, choćby te znane z niedzielnych obiadów, „które stały się obowiązkowe”, rozwijają się w jakimś niedosiężnym celu, którego wymiary nie będą nigdy znane czytelnikowi. Niektóre anegdoty, historie czy opowiastki, pozornie ciepłe i „pocztówkowe”, tak naprawdę zamieniają się w nieczytelne hieroglify, wiodące gdzieś w głąb historii nie tylko teraźniejszego pokolenia, lecz także tych minionych. Te wszystkie sieci zależności i odwołań, ekstatycznie wchodzące w tajemnice i sekrety rodziny, tworzą zatem gęstą sieć, zaciskającą się na ustach podmiotu – brata, syna, ojca, wnuka. Mikołaj, ukrywającymi się pod wieloma męskimi i rodzinnymi hipostazami, musi odpowiedzieć na to pytanie: czyim życiem zatem żyje tak naprawdę? Nie pomagają obsesyjne nawroty pamięci, które nie pozwalają zapomnieć o traumie:

– Patrzcie go, przypomniało mu się! A wiesz, że niektórym nie udało się zapomnieć? – zapytał wzburzony dziadek.

– A wiem.

– A skąd, jeśli można?

– Od was, ciągle o tym mówicie. Nie rozumiem, dlaczego zawsze rozmawiacie o Żydach.

– Bo jesteśmy Żydami – odpowiedział dziadek.

– Wszyscy?


Przed Mikołajem-narratorem stoi zatem zadanie – musi wyłonić swoją odrębność z absolutnych „wszystkich”. Musi utkać opowieść o rodzinie, by ostatecznie lekko ją naderwać, umieszczając własną, prywatną sygnaturę w miejsce ciągłości. Jednak nie można tradycji rodzinnej – prywatnej, intymnej genealogii – całkowicie, na poły nihilistycznie, usunąć, zepchnąć w zdegenerowany inwentarz, którego można się po prostu pozbyć, którego władzę i moc można unieważnić. Nie można tego zrobić, bo rodzinność w Poufnym przeżyła historię. Oczywiście, niektóre pokolenia wciąż żyją w przeszłości, ale tak naprawdę wyraziście została zarysowana pewna klamra ontologiczna dla prozy Grynberga – jest to fragmentaryczna, szczelinowa obrona przeżycia, doświadczenia wspólnoty, który wyłania się spomiędzy mglistych obrazów i słów. Grynberg-narrator momentami pragnie oderwać się od tej substancjalnej wspólnoty, ale za każdym razem pozostaje wierny tradycji świadków, tradycji testamentów i śladów. Jest to dość paradoksalna kondycja podmiotu, ale bliska literackim poszukiwaniom „ożywczej utraty”, odświeżającej nie tylko krąg tradycji, ale przede wszystkim tożsamość samego opowiadającego, który składa ocalałe ślady rodziny, mocno powiązane z konkretem, rzeczą, materią, czyli wszystkim tym, co ulega ścieraniu, zużywaniu i zanikaniu. Kolejny paradoks tej prozy, bardzo materialnej i wyrazistej w swej dyscyplinie językowej – opisywane są rzeczy, które są (bądź wtedy istniały). Wszystko pozostałe – całe zastępy widm – pozostają w eliptycznym domyśle, jakby pomieszkiwały na białych marginesach powieści.

W niektórych fragmentach Poufnego nawet sam brak bywa rekonstruowany przez zdyscyplinowaną pracę języka, raz po raz dotykającego przeszłości, nieświadomości i niedosiężności pewnego wyrazu:

Nazajutrz – nie bez obaw – poszedł do szkoły, koleżanki nie było. Nie przyszła też następnego dnia ani kolejnego. Wyjechała z rodzicami do Szwecji. A przecież powiedział jej: „Przepraszam, do zobaczenia jutro”. Czuł, że umknęło mu coś, czego jeszcze nie umiał nazwać.


Nawet proces dojrzewania odbywa się w cieniu braku (jakkolwiek sprzecznie to brzmi) – pierwsza świadoma artykulacja słów opisujących stany uczuciowe odbywa się zgodnie z rytmem echa innych słów, dochodzących z oddali – z przeszłości. Teraźniejszość, świadomość – wszystko się zaciera, rozmywa, by stać się bliźniaczym miejscem dla przeszłości. Wszystko się miesza – „teraz” z „kiedyś” lub „potem” – jakby cała różnica między bytem a niebytem, pamięcią a niepamięcią, wiedzą a niewiedzą, polegała jedynie na drobnym przesunięciu formantu w stronę pustki i braku.

Pozostaje jeszcze jedna wątpliwość. Czy minimalistyczny styl prozy Mikołaja Grynberga to efekt bezwładności czy może wręcz nadwładności języka konfrontującego się z próbą spisania przeszłości? Czy ta stylistyczna – a także leksykalna – powściągliwość, kojarzona z dyscypliną narratora, zamykającego emocjonalne fragmenty w delikatne precjoza, jest wyrazem poddaństwa języka wobec historii rodziny i traumy Zagłady? Czy może jest próbą literackiej autokontroli, przechwycenia tematu, zawładnięcia konwencją mówienia o przeszłości? Proza Grynberga – co nie jest zaskakujące – plasuje się idealnie w szczelinie między tymi dwiema perspektywami. Narracja jest dwubiegunowa, podobnie zresztą jak cała rodzina i tradycja, będąca jednocześnie domem i buntem. Poufne można potraktować jako literackie przełamanie wstydu, wywołanego życiem kogoś, kogo otaczają jedynie wspomnienia o nieżywych. Wybór pisania o przeżyciu (a nawet przetrwaniu i dojrzewaniu młodego człowieka, konfrontującego się z dziedziczną postpamięcią o Holokauście) jest działaniem samo-zachowawczym, ocalającym nowe „ja”, zachowującym je w cieniu przeszłości i traum. Przeżycie to triumf nad życiem i śmiercią. A przeżycia nie można przecież inaczej zapisać niż za pomocą elips – przecież śmierć jest brakiem, nie dotyczyła bohatera bezpośrednio, tylko pośrednio, dziedzicznie.

„Pisanie trenów”, pojawiające się na początku powieści Mikołaja Grynberga, nabiera zatem dość ironicznego charakteru – nie staje się pochwałą negatywności, nie przypomina językowego wykuwania marmurowych panegiryków. Treny Grynberga opowiadają o prze-życiu – proza miałaby być zatem spełnieniem widmowego testamentu tych, których zabrała przeszłość. To oni przecież przeżywają, pozwalając na przeżycie Mikołajowi-narratorowi jakiegoś osobnego doświadczenia, intymnego, wsobnego i przede wszystkim własnego. Te momenty konfrontacji z rodziną są najcenniejsze dla podmiotu, który szuka szans na odciśnięcie indywidualnej sygnatury na fakturze prywatności, tkanej od wielu pokoleń, naznaczonych podobnym śladem i traumą. Przeżycie zostaje ustanowione zatem jako niepodważalne sacrum. Ale ta literatura, choć śladowa, szczątkowa, archeologiczna, zrębowa i nadkruszona, nigdy nie jest świadectwem totalnego rozpadu języka, który byłby narzędziem do opisywania całkowitego rozkruszenia rodziny, pokoleń i tożsamości. Proza Grynberga, choć momentami okutana w repetycyjne pominięcia i braki, jednak jest jednym z bardziej poruszających dokumentów przeżycia w polskiej prozie ostatnich lat.

Mikołaj Grynberg: Poufne.
Wydawnictwo Czarne,
Wołowiec 2020, s. 160.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.