06/2021

Miłosz Waligórski

Tajna historia Mongołów

– Proszę popatrzeć, jak płasko. Tak już do Uralu. Les steppes. Od de Custine’a nic się tu nie zmieniło! – odezwał się zbyt głośno wciąż wzburzony scysją Francuz.
– Akurat patrzy pan w stronę Hamburga. Ale też płasko.

Piotr Siemion, Niskie Łąki


Duszą narodu mongolskiego jest pielgrzymstwo mongolskie.

Anonim, XIII w.


Wnuczko, prawnuczko, ta opowieść nigdy nie była spisana. I nigdy nie będzie. Bo nawet teraz, kiedy niby dała się nabrać i wtrącić w wyrazy, przecieka mi przez palce, spływa między zdania i wsiąka w papier. Papier, bibuła są niepamięcią, czyli negatywem pamięci, który jednak po naświetleniu kliszy czerwienią zmienia się w pozytyw. Ale fotografia wzmaga tylko poczucie utraty. Niewywołane, niezapisane trwa – mawiali nasi przodkowie, wnuczko, prawnuczko, praszczurowie bez imienia, prawdziwi, bo jednorazowi, nietknięci grozą piśmiennictwa. Zamiast wspominać, łapali życie za biodra i ruszali w tan. Nie zbijali bąków, nie oglądali się za siebie. Rzeczy nieuchwytne pozostawiali swojemu biegowi. Bez poezji, co ocala, i bez prozy, co utrwala, bez wieczystych ksiąg życzeń i zażaleń – żyli w ruchu, ekstatycznie, a potem umierali. Skąd to wiem?

(Echo, cisza).

Przeczytałem.

Czymże więc jest ta historia? Na pewno wielkim sukcesem języka mongolskiego, który, podpisawszy protokół rozbieżności z polszczyzną, poszedł z nią na współpracę i dał się wplątać w szelesty, trzaski, chrząszcze, trzciny i Szczebrzeszyny. W przeciwnym razie nie dowiedziałabyś się teraz, wnuczko, prawnuczko, że było lato, byczyłem się pod drzewem, a pszczoły polatywały nade mną w oszołomieniu, jakby dopiero co wróciły zza zakrętu śmierci.

– Jedziesz z nami?

Leżałem na leżaku z otwartą książką, drobnym maczkiem zwróconą do mojego brzucha. Batyskaf drzemki właśnie opadał na dno etapu 1 NREM, skąd łagodnym suwem miał przedostać się do etapu 2, gdzie czekały na mnie wrzeciona snu, zespoły K i inne elektryzujące atrakcje, kiedy za jednym gwałtownym pociągnięciem głośne pytanie wywindowało moją świadomość na powierzchnię. Nie spodziewałem się gości, nie tutaj, w cieniu lipy na odludziu Ziem Odzyskanych, gdzie nikt nie trafia przypadkowo. Dlatego aż podskoczyłem.

– Jedziesz z nami? – powtórzył.

– Wujek?! – krzyknąłem, łapiąc się za pierś. Z trudem wyrównałem oddech i przełknąłem ślinę. – Co wujek tu robi? – Nie kryłem zdziwienia.

– A ty co, wilczą jagodę żeś zobaczył?! Źrenice ci się rozszerzyły – zaśmiał się. – Słuchaj, Miłek, odwożę Łukasza i Maćka do pracy pod Hamburg. Jak chcesz, jedź z nami. Pojutrze wracamy.

Zaczynały się żniwa. Otulony otuliną parku narodowego siedziałem w lasach nad Drawą. Od kilku tygodni nie widziałem nikogo poza tubylcami. Nie byłem gotów do podróży. Pewnie dlatego powiedziałem:

– Jasne.

Do kolorowej reklamówki zapakowałem flanelową koszulę, szczoteczkę do zębów i książkę Tajna historia Mongołów. Wziąłem portfel z dziesięcioma markami, które za zdaną maturę podarowała mi ciocia Terenia. „Kupię sobie w Aldiku zgrzewkę piwa – pomyślałem. – Po powrocie nie będę musiał od razu drałować do sklepu”. A sklep daleko, w Osiecznie, rowerem dobrych dziesięć minut.

Następnego dnia rano jeszcze przed świtem wypiliśmy kawę, a potem wujek odpalił „rydwan” (Reitwagen), czyli opla astrę w kolorze kardynalskiej purpury. Silnik pod maską zamruczał podejrzanie, zapyrkotał na niskich obrotach, zakasłał, ale nikt nie zwrócił na to uwagi, w przedpodróżnej gorączce nikomu nie przyszło do głowy, że te dźwięki mogą wieszczyć katastrofę.

No i pojechaliśmy. Wujek Dionizy (1952) w staromodnych mokasynach, ostrzyżony w schody kuzyn Łukasz (1976), jego kolega w jeansach, złachanym sweterku i drucianych okularach, czyli astenik Maciek (1976), i ja (1981). Z piskiem opon drogą krajową nr 22 gruchnęliśmy na Kostrzyn, w pogoń za marzeniami, które, szczególnie jeśli o poranku jedzie się ze wschodu na zachód, kładą się przed człowiekiem długim cieniem.

Spaliśmy wszyscy poza kierowcą. Prowadził Dionizy.

– Jak to możliwe? – sam sobie zadał pytanie, spojrzawszy w lusterko wsteczne, i z zachwytu nad pięknem wczesnego świata mocniej nacisnął pedał gazu. (A zachwyt jego był bezmierny i tak głęboki, że zagarniał rozpacz).

– Nie wiem – odpowiedział po chwili z rozbrajającą szczerością.

Jechaliśmy, a nasze życie, chociaż nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, umniejszało się wraz z upływem kilometrów.

Dyzio uchylił szybę na dwa palce i zaczął naśladować ptasie trele.

– Cie-cie-cie-cie, cio-cio-cio-cio, dzio-dzio-dzio-dzio.

Włączył radio. Przez głośniki popłynął strumień instrumentalnej muzyki rockowej z tekstowym refrenem: „Wie, że da jej serce, / jeśli będzie potrzebny przeszczep”. Wujek, bimbając na nasz sen, nucił słowa za wokalistą i pogwizdywał melodię mit Koloratur, czyli tak, że jej wstążki wiązały się w powietrzu i układały w kokardy, łabądki, serduszka i znaczki Opla. Zdawał się już odpływać, kiedy nagle ściszył muzykę, przekręcił gałkę w lewo, jakby coś usłyszał i chciał ustalić co. Opuścił niżej szybę i nadstawił uszu.

– O! Trznadle na liniach wysokiego napięcia. Cik-cik-cik!… zimorodek… zięba. – Cały w skowronkach wysławiał ich nazwy, jakby przypominał sobie imiona starych znajomych. – Dzięcioł! Wróbel! – Już nie mówił, ale krzyczał.

Obudziłem się.

– O, a tam na górnej gałęzi przycupnął pikling.

Nie zareagowałem, mimo że pikling to śledź wędzony razem z bebechami. Teraz to wiem, wtedy nie wiedziałem. Nie znałem się ani na rybach, ani na ptakach. Wolałem milczeć.

– Miłek, słuchaj, czapla. Podobno gdzieś tu mają stanowiska lęgowe.

– Nie interesuję się przyrodą, wujku. Niech będzie nieokiełznana – palnąłem, żeby nie wyjść na skończonego głąba. A jednak wyszedłem.

Na pierwszej stacji benzynowej stanęliśmy, żeby zaobrokować opla.

Maciek i Łukasz spali, Dyzio poszedł zapłacić za paliwo i odcedzić kartofelki, a ja z zadartą głową i przymkniętymi oczami, dumny z siebie, bo przecież właśnie powiedziałem coś bardzo mądrego, najpierw oddaliłem się w stronę automatu, gdzie między coca-colą a red bullami leżały croissanty „7 Days”. (Dwadzieścia lat później w ich miejscu widziałem beyond burgery), a później skoczyłem za ostatnim dystrybutorem złożyć ciężary natury tudzież wejść w zalotne konszachty z krzakiem, czyli nie do końca jeszcze martwą naturą.

Pięć minut później ruszyliśmy w dalszą drogę.

Piliśmy dużo wody.

– Przy łóżku ciotki stała miska na czyny – wujek ciągnął dalej swoją opowieść.

– Na co?

– Na czyny. Basen leżał obok. Przyszedłem do niej ze słoikiem konfitur. Miałem łyżeczkę, żeby ją pokarmić. Przy wejściu musiałem się schylić, tak nisko wisiała belka. Sama izba też była niska, dwa metry najwyżej. Oparłem się o framugę i przez gruby sztruks podrapałem się nad kolanem. Mucha jakaś albo komar, czuło się wilgoć. W kącie stały szundy, czyli nosidła do wody. Dziwne, że w pamięci utkwiły mi akurat te szczegóły. Przychodziłem do niej już wcześniej. Przykryta grubą puchową kołdrą leżała w dębowym łożu na kilku poduszkach, siedziała w zasadzie, bo głową prawie zahaczała o strop. Jakby lewitowała na tych wysokościach w chmurze dymu. Bo paliła do końca. Żeglarze i giewonty. W sześćdziesiątym żeglarze kosztowały trzy osiemdziesiąt pięć. Ile giewonty, teraz ci nie powiem. A kiedy uchyliłem okno, zapytała cicho, ledwo ruszała ustami, co to za ptak śpiewa.

– I jaki śpiewał?

– Nie pamiętam. Ale odpowiedziałem jej. A ona na to, że nie zna takiego. Rozumiesz? Józinka, zanim co do joty wypromieniowała ogrom energii, który zgromadziła przez życie, zanim z miską czynów wystrzeliła w podróż dookoła czasu, ostatkiem sił zapytała o nazwę ptaszka.

– Może sobie wujek przypomni, co to było.

– Jakiś w miarę rzadki gatunek. Zimorodek? Głowy nie dam. Za to dokładnie pamiętam coś innego. Że na parapecie po drugiej stronie rosła ketmia.

– Ketmia?

– Hibiskus, róża chińska. I nagle zaświtała mi myśl, że ciocia i ja jesteśmy w Chinach w samym środku pachnącego ogrodu. Słoik wysunął mi się z dłoni i trzasnął o podłogę. Jeden odłamek trafił mnie w udo. Nie było czego zbierać. Szmatą umyłem podłogę. Zjedliśmy coś ze spiżarni cioci… Mówiła: „Jedz, bo dobre: przedwojenne”. Ale co to ja chciałem? Krzątanina, drobiazgi, nazwy… Parawan z koralików, za którymi czeluść. To nam zostaje, Miłek, nizanie na sznurek. Obojętne, czyśmy na początku, czy na końcu drogi. Józinka odpłynęła na inne nauki, gdzie indziej. W musztardówkach czarnych jak okopcone znicze płonęły świeczki. O framugę stuknęła trumna. Pachniała, pamiętam, pachniała wiórami, heblowiną, czyli, jak by nie patrzeć, pracą, steraniem, życiem. Tak, w jej śmierci, i to była ostatnia taka śmierć, jakiej przyglądałem się z bliska, w jej śmierci, przez te wióry, zapach, który zapada najgłębiej, tak, w tym było dużo życia…

– Dużo życia w śmierci.

– Taka była Józinka. I do końca tryskała humorem. Ledwie stanąłem w progu, a ona „Co niesiesz? obiod czy zupę” – pytała. I, widzisz, do końca miała w sobie tę ciekawość, która objawiała się zawsze bezlikiem pytań. To ona zaraziła mnie tym, jak by to nazwać, encyklopedyzmem. Kiedy umierała, złapałem ją za rękę. Wiesz, jakbym drzewa dotykał…

Między urywane zdania wdzierały się chrapnięcia chłopaków i warkot traktorów wyprzedzanych przez coraz szybszego opla, bo Dionizy z zachwytu nad pięknem przedpołudniowego świata pedał gazu wciskał do dechy, bez litości.

Wszystkie miasta i miasteczka były przypisem do niekończącego się pobocza. Między nimi rozwijał się krajobraz – rozległe pola lub przydrożne drzewa, namalowane na płachtach papieru, który nawinięto na dwie potężne ruchome rolki. Przed naszymi oczami przesuwały się rzędy sosen i brzóz, a my myśleliśmy, że pasma światła i cienia, padające z prześwitów między nimi, są prawdziwe. Braliśmy je pod koła, szpulka robiła się coraz grubsza. Wierzchołki drzew tarły o spód nisko zawieszonych chmur. Szosa krajowa nr 22 ciągnęła się niby aksamitna wstążka, obszyta krzaczkami. W filmie mogłaby to być scena pożegnania z ojczyzną. Ale nie była.

Z nadmiaru wrażeń zatrzymaliśmy się na cepeenie, bo jakkolwiek zwieralibyśmy pęcherze, nie dalibyśmy rady wykręcić się od wymagań natury. Nasze auto widziane z góry wyglądało jak resorak wśród innych resoraków.

– No, panowie, wstajemy! Ostatnia toaleta w cywilizowanym świecie. Potem już tylko automaty, w których, kto nie chce płacić, może się nieźle skąpać. Dlatego lepiej sobie ulżyć i tutaj skorzystać z foyer.

Łukasz i Maciek, co się później okazało, papużki nierozłączki (Staś i Nel, Vogel i Kleist, Trynidad i Tobago itd.) na trzy, cztery poprzecierali piąstkami oczy. – Spało mi się jak na chlebie1 – ziewnął Łukasz, przeciągając się. Wysiedli z samochodu i odeszli kilka kroków, odpalić się i wysikać. My czekaliśmy.

Włączyłem radio. Przez głośniki popłynął strumień instrumentalnej muzyki rockowej z tekstowym refrenem: „I ty, co mieszkasz dziś w pałacu / A srać chodziłeś pod chałupę”. Wujek nucił słowa za wokalistą i pogwizdywał melodię, tym razem ohne Koloratur, czyli tak, że jej wstążki nie wiązały się w powietrzu.

– Tata, wyłącz to! – poprosił Łukasz po powrocie.

Usiadł za kółkiem, wujek i ja przeszliśmy do tyłu. I pojechaliśmy dalej.

Co kilkaset metrów prostopadle do głównej drogi odchodziły ścieżki z desek, które – tak je sobie wyobrażałem – dudniły pod moim spojrzeniem, jakby biegły po nich niewidzialne skrzaty w chodakach. „Może prowadzą do krainy krasnali ogrodowych”, pomyślałem. Wydawało się to całkiem prawdopodobne, bo znak drogowy zapowiedział właśnie strefę przygraniczną.

Na granicy przywitał nas sznurek aut, przypominający kolejkę przed sklepem, która w latach osiemdziesiątych XX wieku stała się figurą zniewolenia, a którą do roku 2000 zdążyliśmy już puścić w niepamięć. Sto metrów przed ostatnim autem – a był to maluch na polskich blachach – Łukasz zgasił silnik, wcisnął sprzęgło i auto na wolnym biegu dotoczyło się na swoje miejsce w szeregu.

Pootwieraliśmy okna i drzwi.

Nasze nozdrza z jednej strony szturmował zapach rzeki, a z drugiej opary benzyny, spaliny kotłujące się pod niskim niebem, a także woń studzienek kanalizacyjnych. Fetor szedł w zawody z odorem. Odra w mało dyskretny sposób zdradzała nie tylko swoją etymologię, ale też Azję. Dla Niemiec zdradzała. Dla Karolów: Marksa i Maya. Tak też – jak dwaj Karole – prezentowali się celnicy, którzy przywitali nas godzinę później. Przyłożyli palce do skroni, a czapki mieli w kolorze polowej szarości (Feldgrau). Jako wysłannicy Złotej Ordy liczyliśmy wprawdzie na fetę, na powitanie z szykanami, ale musieliśmy obejść się smakiem. Nie rozpoznali nas. Impertynenci!

– Czekajcie, może tamci zrehabilitują naszych – pocieszał nas Maciek.

Po naszej stronie przeszliśmy odprawę suchą i literacko nieatrakcyjną, z rutynową kontrolą treści bagażnika w tle.

– Proszę pokazać tył.

– Proszę bardzo.

Były tam głównie pirackie płyty CD oraz jedzenie. Żętyca, papryki, ogórki, pomidory, plastikowe pudełka z kulebiakami, bogactwo rosołu ze szpondra i bigosu w słojach, a także pierogi ruskie, zadekowane w torbach termoizolacyjnych. Poza tym piwo, mielonka, tuszonka, wór buraczanych wysłodków i śledzie w śmietanie.

– A to?

– Łącznik akumulatora, opaski taśmowe, paski rozrządu i rugi, tfu, rózgi pruskie. Taki tam talizman, żeby łatwiej Prusy opuścić.

– Dobra, zamykej pan.

Daleko nie ujechaliśmy. Zatrzymał nas kolejny celnik. Niby już Niemiec, a jednak jakby nasz, bo z lotniskowcem na łbie. Stał po prawej stronie, więc to Maćka obstrzelał pytaniami. Druciany okularnik z zapadłą klatką piersiową, korzystając z art. 183. § 1. KPK, umiejętnie uchylał się od odpowiedzi, dopóki celnik nie odezwał się do niego nieskazitelną polszczyzną:

– Szanowny panie, jesteśmy na terenie Republiki Federalnej Niemiec. Ośmielam się przypomnieć, że nie obowiązuje tu prawo polskie ani mongolskie, lecz zgodne z Grundgesetz für die Bundesrepublik Deutschland prawo niemieckie. Dotyczy to również kodeksu postępowania karnego. Dlatego, jeszcze raz powtórzę swoje ostatnie pytanie: Czy panowie przewożą narkotyki?

Maciek, chłopak skądinąd nieufny, nieśmiały i drażliwy, tego dnia mimikę miał jeszcze bardziej oszczędną niż zwykle. Sprawiał wrażenie kogoś, kto przez całe życie mieszka nad zimnym morzem albo na stepie. Na jego twarzy nie drgnął ani jeden mięsień. Dlatego Zöllner zapytał po raz trzeci:

– Narkotyki, przewożą panowie narkotyki?

– Nein – padła odpowiedź.

Podkręciliśmy szyby i poturlaliśmy do następnego punktu kontrolnego, których, jak się wkrótce okazało, było kilka, stały w oddaleniu stu, dwustu metrów od siebie. Między nami panowała zakonna cisza.

– Co tak milczycie? Musiałem to zrobić. Musiałem skłamać, jeśli nasza historia ma mieć ciąg dalszy, jeśli chcemy legendy i wspomnień. Nie miałem innego wyjścia.

[…]


[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.