04/2022

Antoni Winch

The Bowie Hill Show w Warszawie

Czytelnik sztuk Doroty Masłowskiej peregrynuje wraz z autorką przez niesamowite krainy jej bujnej a zuchwałej wyobraźni. Wyprawy to ekscytujące. Krętym szlakiem groteski, ironii, absurdu przez brud życia nas prowadzą tak wprawnie, że pozostaje tylko podziwiać widoki. Bowie w Warszawie wyjątkiem od tej reguły nie jest. A szkoda.

Akcja ułożona jest z reminiscencji, wizji, zawiedzionych nadziei, złamanych biografii i serc. Jedna z najbardziej przejmujących scen utworu rozgrywa się niedługo po tak zwanym wyzwoleniu Polski przez Armię Czerwoną spod niemieckiej okupacji. Mama Reginy – wbrew tytułowi głównej bohaterki sztuki – wraca ze swoją siostrą Wacławą do domu w Warszawie. Jest on wprawdzie okradziony oraz zdewastowany, lecz wciąż przecież i nade wszystko rodzinny. Natykają się w nim na „półgolfik Waci, jaki nosiła pod fartuszek”, wykorzystany przez anonimowego użytkownika w funkcji papieru toaletowego. Niby nic, zapewne nie takie rzeczy obie dziewczyny widziały po 1939 roku. Utytłany ekskrementami sweterek jest tu atoli czymś więcej niźli kolejnym, niezbyt skądinąd spektakularnym, epizodem wojennego koszmaru. To zbrukany symbol dzieciństwa, jego złudzeń, beztroski i niewinności. Toteż nie dziwi, że ujrzawszy go, Wacława wpierw wybucha śmiechem, by po chwili zacząć płakać. Następnie zasiada do fortepianu – „zasranego przez kuny”, z „wyszczapierzonymi upiornie klawiszami” – i na nim gra. Próbuje walczyka – wychodzi tren; zmienia na polkę – otrzymuje marsz żałobny. Czy nie ma w tym obrazie jakiejś metafory polskiego losu? Czy te tony, co miały być wesołe, a dobijająco są smutne, wydobywane w szoku, histerii i rozpaczy ze zdezelowanego instrumentu wśród osmolonych ścian, rozszabrowanych pokoi, w smrodzie fekaliów zostawionych po kątach przez obcych sołdatów i rodzimych sraluchów, nie mogą stanowić ścieżki dźwiękowej do przynajmniej części historii naszego kraju w dwudziestym wieku? I czy nie brzdąkają nam one w duszach także teraz, w roku 2022?

Nie od rzeczy byłoby o tym podumać, jednak rozprasza nas Regina. Relacji z panicznego recitalu swojej ciotki słucha ze znudzeniem i rosnącym rozdrażnieniem. W pewnym momencie przedrzeźnia Matkę, a jej szczere zaangażowanie w opowiadanie wykorzystuje do tego, aby wyjeść skromny poczęstunek przygotowany dla gości. Nie tyle zresztą z głodu, ile raczej na złość rodzicielce.

Dobrze, niech będzie. Skoro z woli autorki mamy zajmować się młodą kobietą zachowującą się jak rozkapryszona smarkula, to się nią zajmiemy. Boli tylko to wrażenie kiksu kompozycyjnego, który sprawia, że poważne wątki kontrowane są tak prostackim, szczeniackim zachowaniem. Żeby jeszcze Masłowska nie umiała w szlachetniejszym buffo, ale przecież potrafi. Jest bowiem w Bowiem… humor nie małpi, lecz ludzki, bystry, inteligentny, czuły. Skupia się on przede wszystkim wokół postaci Pana Kozełko, absztyfikanta Reginy. Figury komicznej, a przy tym pociesznej, budzącej śmiech i sympatię. Jest też Pani Nastka. Jak widmo przenika ściany pomieszczeń oraz granice czasów. Wnosi do dramatu niesamowitość nie cepeliowską, tanią, rozrywkową, ale mroczną, tajemniczą. Harmonijnie współgra ona z gorzkimi i trafnymi obserwacjami dotyczącymi postaw, charakterów, relacji. Te walory sztuki skutecznie neutralizuje jednak wpisany w nią programowy luz, przymrużanie oka na siłę i chama tak, aby na niczym istotnym na dłużej się nie zatrzymało, a tylko oślepiane błyskiem literackiego bajeru, po powierzchni zjawisk w tępym urzeczeniu się przesuwało.

Może to zresztą znak czasu? Prześlizgiwać się po rzeczywistości, dotykać jej tu i tam, często we wrażliwe, intymne miejsca, ale bez zaangażowania, jeno tak, dla przyjemności przelotnej macanki? Obłapić ją, zmiętosić, obiecać, że się zadzwoni, i zapomnieć o niej zaraz po rozstaniu? Można tak żyć – w otwartym, patchworkowym związku z życiem, od przygody do przygody, w postępującym zblazowaniu stałych bywalców zbawiksiańskich knajp, gdzie siorbiąc yerbę i smakowe browarki, uprawia się po stolikach polityczną krytykę wszystkiego. W jej ogniu Istnienie – między jedną a drugą kolejką w niebudzące wątpliwości, zdekonstruowane istnieńko skurczone – samokrytykę składa, przeprasza za to, że było, jakie było, obiecuje, że w szczęśliwej, inkluzywnej przyszłości, będzie grzeczne, płynne tak, że bez najmniejszego problemu pozwoli się przelewać z pustego w próżne, a teraz już się żegna i nie przeszkadza w wesołej zabawie.

Bowie Masłowskiej takoż. Utknął w Warszawie lat siedemdziesiątych minionego wieku. Przymusowy postój daje mu okazję do odbycia spaceru po nieznanym mieście. All jest zatem right i może być funny. Z tym ostatnim to nie tak do końca, bo w finale piosenkarz musi szparko uciekać do pociągu, kiedy nieokrzesani tubylcy – imagine, że nie wiedzą nawet, co to kalkulator! – omyłkowo biorą Bwana Kubwa z cywilizowanego Zachodu za aktualnie najbardziej poszukiwanego w ich wiosce bandytę – Dusidamka z Mokotowa. Takie qui pro quo. Ten właśnie – skeczowy – poziom osiąga zawartość Bowiego w Bowiem…. Pojawia się on w sztuce tylko na jej początku i w zamykającej ją sekwencji. Nie mówi nic, chociaż gadają tu nawet, przysłowiowo głosu pozbawione, ryby. Można byłoby go porównać do głównej protagonistki Iwony, księżniczki Burgunda, ale tylko od biedy. I to tak wielkiej, że nie stać nas na nią. Milczenie Iwony Gombrowicza prowokowało wydarzenia, zmuszało pozostałe dramatis personae do działania, stale je niepokoiło. Bowie u Masłowskiej ma znaczenie dramaturgiczne jedynie jako postać epizodyczna. Właściwie mogłoby go w ogóle nie być.

Takie – lekkie – potraktowanie, skądinąd tytułowego bohatera dramatu, to ledwie drobny obłoczek w ławicy zwiewnych chmurek niezobowiązującej figlarności, unoszącej się wesołkowato nad całym utworem. Mimo niewątpliwego uroku, dusi ona jego potencjał jak warszawski smog miejskiego aktywistę. Najzjadliwszą trucizną okazuje się dla Reginy. Poznajemy ją, gdy próbuje popełnić samobójstwo. Bowie… jest w znacznej części opowieścią o tym, co doprowadziło dziewczynę do tego desperackiego kroku. Stanowi przy tym inny, subtelniejszy wariant historii przedstawionej przez Masłowską w jej scenicznym debiucie, Dwojgu biednych Rumunach mówiących po Polsku.

Tamtejsza Regina zauważa: „bo najgorsze, kurwa, jest, że świat chce zrobić z człowieka szarą szmatę salutującą w szeregu […]. Pasażera, kurwa, tramwaju, powiewającego na rurce z taką twarzą, o. Bez żadnych wypustek. Bez żadnej twarzy. […] Ja nie chcę taka być”. Dżina Bowiego… jest na pewno mniej ekspresyjna, nie tak wulgarna, a przed dorobieniem się „takiej twarzy, o” nie ucieka w imprezowanie. Dzieli jednak z Reginą Rumunów… wstręt do egzystencji nie tyle nawet przeciętnej, ile realizowanej według ogólnie przyjętego, nie przez nią napisanego scenariusza, składającego się z ciągu do bólu przewidywalnych scen, szarych i zmiętych jak mysz wypluta na śmietniku przez nażartego ekiem i zmieszanymi kota, amatorsko odgrywanych przez wszystkich dookoła w beznadziejnej chałturze zwanej życiem. Żadna z protagonistek nie uniknie udziału w tej klapie. O ile rumuńska Dżina znieczula się w związku z tym alkoholem, narkotykami i gżeniem, o tyle Regina warszawska szuka ratunku w miłości.

Jest to godne szacunku. Masłowska okazuje go na swój sposób. Niestety. Przeprowadza oto, a raczej przeczołguje, wątek zauroczenia swojej bohaterki Judytą, koleżanką z obozu studenckiego, przez serię kabaretowych epizodów. A to więc Regina stara się wyciągnąć kleszcza ze wzgórka łonowego nowej znajomej zębami, a to obie dziewczyny szamoczą się na pryczy, a zafasowany przez jedną z nich z kuchni ogórek, zaklinowuje się między ich nogami, a to wreszcie w wyniku potknięcia podczas wyprawy do lasu po chrust głowa Judyty ląduje pod spódnicą Reginy. Infantylne toto, żenująco bliskie żartom pryszczatych chłopaczków śliniących się przy piwsku na myśl o lesbijskich zbliżeniach.

Sprawa ta zasługuje tymczasem na cokolwiek delikatniejsze potraktowanie. Regina przecież autentycznie coś do Judyty czuje. Nie jest to dla niej łatwe, musi przełamać nie tylko własną nieśmiałość, lecz także ograniczenia obyczajowych norm, a mimo to stara się nawiązać głębszą, poważniejszą relację. Jak ma to zrobić, skoro autorka uparcie ośmiesza i upokarza jej pragnienia? Aby nadać im jakieś znaczenie, wysyła Reginę, ostatecznie odtrąconą przez Judytę, na barierki mostu Poniatowskiego i każe jej skakać do Wisły. Schlastawszy wcześniej temat wątpliwym komizmem, próbuje niniejszym ulepić zeń tragedię, lecz ta w kicz, pretensjonalność i nieistotność jej się rozpada. Co ma tu bowiem być solidnym spoiwem dramatu? Tych kilka niesmacznych gagów wakacyjnego romansu to wszak za mało nawet na porządną lichą farsę. Dżina z Rumunów… golnęłaby setę, poprawiła kreską i ten cyrk olała, zamieniając go na trip.

Bowie… w gruncie rzeczy także jest rodzajem takiej wy‑, a raczej u‑cieczki od problemów. Nawet jeśli jakieś stawia, a stawia, i to niebłahe, to rozpaćkuje je w amorficzności surrealistycznych wizji, gdzie tracą na ostrości, zyskując za to na powabie. Opatulone puszystą mgiełką eteryczności, stają się przedmiotem odprężającej gry. Dopóki trwa, narkotyzuje swoją fikuśnością, otumania dziwnością, kusi pstrokacizną łagodnej psychodelii. Daje przyjemny haj, nie oczekując niczego w zamian. Kołysani nim do błogiego snu, widzimy, jak w finale dramatu kuśtykający nocny stolik z powyłamywanymi nogami, warszawska Syrenka wymachująca mieczem, Matka Boska wywijająca berłem‑nunczako, dołączywszy do pozostałych postaci, formują pocieszny peleton uroczych osobliwości goniący Bowiego. I fajnie jest, zero potrzeb i humor gitówa.

Tylko gdzieś, jak zapowiedź srogiego kaca, błądzi po pijanej łepetynie myśl, że to już się kiedyś widziało. W programach innego brytyjskiego gwiazdora, Benny’ego Hilla. One również nie mogły się przecież obyć bez takich pościgów. „The Bowie Hill Show” w Warszawie zatem. Sporo beki, a jak coś poza tym, to też dla żartu. To przykre.

Dorota Masłowska: Bowie w Warszawie.
Wydawnictwo Literackie,
Kraków 2022, s. 176.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.