03/2022

Artur Ziontek

„To istny labirynt”…

Jeszcze do niedawna polska humanistyka, a w tym i historia literatury, obfitowała w różnej wagi artykuły publikowane na łamach czasopism, w projektowanych monografiach zbiorowych lub tomach pokonferencyjnych. Doniosłą rolę pełniły zwłaszcza publikacje ostatniego typu, które z jednej strony niosły pewien walor poznawczy, z drugiej zaś dawały obraz zbiorowości, wspólnoty skupionej nad danym zagadnieniem. Przed pandemią „punktozy” i – używając dzisiejszej terminologii – restrykcyjnymi obostrzeniami organizacyjnymi oceny jednostek akademickich publikowanie mikrostudiów w niewielkich nawet czasopismach było czynnością naturalną. Małe tematy pojawiały się kontekstualnie przy okazji prowadzonych badań. Jeśli nie wywracały bieżącego stanu wiedzy do góry nogami, to jednak stały na drodze do pewnej całości, stanowiły punkt – niekiedy istotny – dla budowania panoramy. Ich publikowanie, poza skrajnymi przypadkami, nie było przejawem megalomanii i chęci „nabijania” punktów do „dorobku”. Najważniejsze było podawanie swoich ustaleń do konfrontacji z innymi badaczami. Niekiedy więc z założenia były to tezy rysujących się większych rozpraw i całych projektów intelektualnych, które autor, wzorem seminariów, wystawiał do publicznej dyskusji.

Tak pojmuję inicjowanie dyskusji będącej istotnym czynnikiem ogólnie pojętej humanistyki. W idealistycznym projekcie Uniwersytetu jako wspólnoty w dążeniu do prawdy chodzi o spotkania, rozmowy, wymianę doświadczeń i wiedzy, poznawanie niuansów warsztatowych.

Z czasem zespół rozproszonych studiów zbierał się w całość, a każdy z poszczególnych jej elementów zyskiwał nową wymowę i wartość. Rozproszone prace zebrane w jednym miejscu były też znaczącym ułatwieniem dla innych badaczy. A w wielu wypadkach tak skrojone monografie, sumujące pewien dorobek piśmienniczy autora, były wydarzeniem wyczekiwanym w środowisku. Z jedną z nich mamy do czynienia w przypadku obfitej książki Michała Otorowskiego dotyczącej Rękopisu znalezionego w Saragossie Jana Potockiego. Cząstkowe prace badawcze autora powstawały jeszcze w latach dziewięćdziesiątych XX wieku i już wtedy budziły dyskusje i polemiki. Pilny czytelnik mógł więc znać niemal cały tom z publikacji cząstkowych. Jednak ułożenie ich w jedną całość, co wymagało oczywiście sporych zabiegów redakcyjnych, ukazuje je w nowym kontekście, a w efekcie – powiedzmy to już na wstępie – daje jedną z najbardziej pasjonujących książek historycznoliterackich ostatnich lat (choć nie wiem, czy za tę literaturoznawczą klasyfikację autor by się nie obraził). W czasie oczekiwania na publikację omawiany tom stał się podstawą przewodu doktorskiego autora, którego promotorem był prof. Piotr Nowak.

W 2015 roku, w dwieście lat po samobójczej śmierci Jana Potockiego, dwaj znakomici badacze jego życia i spuścizny literackiej – prof. François Rosset ze Szwajcarii i Dominique Triaire z Francji – ogłosili z tłumaczką Anną Wasilewską nowy przekład Rękopisu… Prawdziwą nowością było to, że podstawą tłumaczenia uczynili dokonaną przez siebie rekonstrukcję utworu, co znowuż stało się możliwe dzięki odkryciu w 2002 roku sześciu nieznanych manuskryptów w Archiwum Państwowym w Poznaniu. Edycja zaś opatrzona została kategorycznie sformułowanym podtytułem: „nowe tłumaczenie ostatniej wersji autorskiej z 1810 roku”. Faktycznie brzmi to niemal jak informacja o odnalezieniu Świętego Graala. Tym samym badacze detronizowali kanoniczny do tej poty przekład Edmunda Chojeckiego, który od ponad stu pięćdziesięciu lat rozpalał wyobraźnię czytelników i budował status Potockiego jako autora arcypowieści. Z niekrytym żalem Rosset i Triaire przyjmowali fakt, iż podawana przez nich wersja redukuje w powieści choćby motyw Żyda wiecznego tułacza, który zdążył zyskać status archetypu jednego z trwalszych symboli w polskiej kulturze. Stanęli jednak na stanowisku, iż wersja, którą uznali za najwłaściwszą, jest ostatnią wersją w pełni autorską. Wiadomo wszakże, że Potocki pracował nad swym dziełem długo. Pomysł powstał w roku 1791 podczas podróży do Hiszpanii i Maroka, a w roku 1794 prace nad nim były już zaawansowane. Jednak praca nad nim tak naprawdę nie została zakończona nigdy. Autor publikował fragmenty, przeredagowywał poszczególne dekamerony, a powieść podzielona na sześć dekameronów w zależności od wersji liczyła od 61 do 66 dni. Szczegółowo tych zabiegów i rozwoju dzieła streszczać nie będziemy, bo skupili się na tym wystarczająco intensywnie autorzy omawianych publikacji. W każdym razie wersja z 1810 roku, proklamowana przez Rosseta i Triaire’a, ma dni 61, a Chojeckiego 66. Liczba dni też była interpretowana jako symboliczna, więc szwajcarsko-francuski duet redukowałby i ten trop interpretacyjny. Znika także metatekstowe stwierdzenie – okrzyk Valasqueza na opowieść Avadora: „to istny labirynt”, który również bywał znaczącym elementem wywodów interpretacyjnych. Dodajmy tu przy okazji, że szkatułkowa powieść Potockiego, od początku rozpoznawana jako arcydzieło, arcypowieść, zgodnie traktowana jako dzieło o wielkim ładunku intelektualnym, poddawana interpretacjom przez pokolenia, nie zyskała jednolitej wykładni egzegetycznej. Gdyby przyjrzeć im się bliżej, można by utworzyć osobny przedmiot badawczy z interpretacji Rękopisu…, ich podstaw i egzemplifikacji.

Książka Michała Otorowskiego staje w kontrze do większości badaczy dzieła Potockiego. Właściwie można by to porównać, przekładając na grunt sąsiednich dyscyplin humanistycznych, do sporu między archeologami i historykami debatującymi nad książką prof. Przemysława Urbańczyka Mieszko pierwszy tajemniczy (Toruń 2012). Grzegorz Antosik podsumowywał to słowami: „Nie było żadnego konsensusu po zakończeniu dyskusji. Dwa środowiska okopały się na upatrzonych pozycjach, z których co jakiś czas rzucają do siebie granaty, ale nikt nie porusza się do przodu”. Świadomość takiego stanu rzeczy ma zarówno Otorowski, jak i jego wydawca. Na czwartej stronie okładki, na której umieszczane są niekiedy entuzjastyczne, a przynajmniej aprobatywne fragmenty recenzji wydawniczych, ulokowano m.in. wypowiedzi prof. François Rosseta, dr Marii Janoszki oraz prof. Janusza Ryby, które należałoby uznać za dyskredytujące. W głosach tych czytamy o „rozbrajającej sztampie ideologicznej”, o nierozumieniu pluralizmu interpretacyjnego i polifoniczności dzieła literackiego oraz – mówiąc kolokwialnie – naciąganiu czy hiperbolizowaniu doświadczeń egzystencjalnych Potockiego i budowaniu na nich sensu powieści.

[…]

[Ciąg dalszy w numerze.]

Michał Otorowski: Jak zgubiono „Rękopis znaleziony w Saragossie” I czy warto go odnaleźć? Fragmenty egzegetyczne.
Fundacja „Evviva L’arte”,
Warszawa 2019, s. 658.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.