10/2023

Elżbieta Wojnarowska

To nie jest raj dla dzikich zwierząt
(fragmenty powieści)

– Źle zacząłem, źle spałem, chlałem, nie, lepiej będzie raz jeszcze zacząć, od początku, każdy ma jakiś początek, tylko nie chce o tym gadać, ale byle do przodu, nie ma o co kruszyć kopii. Więc zanim przyszłaś do tego baru i zanim rąbnęło mnie na twoim punkcie, minęło wcześniej dwadzieścia parę lat, moich, rzecz jasna, i ta historia jest zbyt skomplikowana, żebym ją chciał ci wtedy opowiedzieć, gdy leżałaś w moim łóżku naga i czekałaś, a ja nie mogłem wykrztusić słowa, patrzyłem tylko na twój pępek, bo niżej spojrzeć się nie ośmieliłem, pewnie to był błąd, schrzaniłem zresztą nie tylko to, mogłem coś zabajerować, ponoć babki lubią takie gadki, jak facet im się wypłakuje na ramieniu, ale ja zawsze zgrywałem twardziela, wolałem zacisnąć zęby albo przywalić, niż żeby mnie mieli za mięczaka. Ale żaden był ze mnie twardziel, tak jak z Bena zresztą, do niego też dojdziemy, bo to był jedyny święty człowiek, jakiego znałem, ja, Leo, zaręczam, nie ma już takich, i nie wiem, skąd się wziął na tym kurewskim świecie. Ale fakty, fakty, trzymajmy się faktów, więc po kolei, mój ojciec, Stanley Kowalski, był pilotem, to znaczy, naprawdę to on był Stanisław, ale go w Stanach przechrzcili na Stana, albo się sam przechrzcił dla wygody, nie wiem, i tak zostało, sam zresztą wołałem na niego Stan, a tak w ogóle to nie był mój prawdziwy stary, diabelnie to pogmatwane, ale spróbuję jakoś ci to ogarnąć. No więc ten Stanisław urodził się w Gdańsku, moja matka Celestyna zresztą też, bo tam przywędrowała za chlebem jej rodzina z Mazur, to było jeszcze przed wojną, to znaczy drugą, światową, bo o tej innej to będzie dopiero potem, więc uściślam, żeby nie mylić i trzymać się faktów, i jak ona zmarła, to znaczy moja matka, to ja byłem dopiero ośmioletni gówniarz, dasz wiarę? Ale do rzeczy, był pilotem, więc gdy mnie potem pytałaś, gdzie tak latam całymi nocami, to jak puszczałem pawia do klopa, pieprzyłem ci coś w stylu, że mój stary fruwał, więc mam to pewnie po nim, a ty milczałaś i tylko patrzyłaś tak posępnie, że żyć mi się odechciewało z żalu. O, Jezu… nie dam rady… na dziś dosyć, aż mi w gardle zaschło…

Staram się nie patrzeć na lufę, która nieco wystaje z kieszeni koszuli Vincenta. Gdy tak macha rękami, dyrygując, rozgorączkowany i spocony… W każdym razie dziki w nim entuzjazm. Taki nieadekwatny do sytuacji. Dziki Vincent? A w Leo? Co czai się w Leo? Przygnębienie. I rozpaczliwa pustka. Szarpanina złapanego we wnyki. Obaj mnie niepokoją. Jak wyglądasz, Leo? Nie na zdjęciach, tylko w realu. Na zdjęciach, pewnie starych, jesteś postawnym facetem, z mocno zarysowaną szczęką boksera, a krzywisz się, jakby cię obryzgało błotem. To nie jest mina szczęściarza… Rozebrany do pasa, spalony słońcem jak tramp, a może włóczęga? Po samym twoim twardym spojrzeniu widać, że z niejednego pieca chleb jadłeś, zanim cię złamało. Co cię dopadło, Leo? Nakarmiło gwiazdami, a potem rozpalonym asfaltem? O osobliwym, szarym poranku czy czerwoną, jękliwą nocą? Gdzie wtedy byłeś? I dlaczego nie ma cię ze mną?

– Przysnęłaś, Nastazjo? Podczas Bacha? Fe, jak nieładnie! – Ocknęłam się na głos Vincenta. Faktycznie, kantata dobiegła końca. Mój prześladowca trzymał w ręku filiżankę z kawą, najwyraźniej dawno wystygłą, i wlepiał we mnie sępi wzrok.

– Jak to się stało, że wyszłam za ciebie? – szybko zachęciłam go do wynurzeń. Jeżeli będzie zajęty myśleniem nad tym, co chce powiedzieć, może się uspokoi, opamięta. Nade wszystko nie chciałam dopuścić do ciszy. Cisza, stagnacja, intuicyjnie wydały mi się niebezpieczne.

– A co to za pytanie? – Zmarszczył grube brwi. Wygięte teraz w półłuk, nadawały jego twarzy zamglony, cierpki wyraz. – Nie wiesz, dlaczego ludzie się pobierają?

– Pytam, dlaczego my się pobraliśmy – uściśliłam. – Chcę znać twoje zdanie. Co ty uważasz. Jak myślałeś o tym kiedyś, a co sądzisz teraz.

Milczał intensywnie, zapadnięty w siebie, jakby obolały. I jak w przypływie nagłego impulsu, jednym haustem dopił kawę, podszedł i otworzył szklane drzwi prowadzące na taras. Z zewnątrz wpadły do środka pokoju uwolnione naraz wszystkie odgłosy gorącego wczesnego popołudnia. Jakieś szmery, piski i świergoty. Szum wody w strumieniu. Długie, wąskie cienie modrzewi nieznacznie zbliżyły się do okien, skradając się w momentach naszej nieuwagi coraz bliżej i bliżej, krok po kroku. Zgarbiony, wsłuchiwał się przez jakiś czas w tę zakłóconą, zmąconą teraz ciszę, z nieprzejednanym marsem na twarzy, jakby zdumiony jej przenikliwością, głęboko się nad nią zastanawiał.

– A może zrobimy eksperyment? – zaproponował wreszcie; wydawało się, że myśl przypłynęła ku niemu z bardzo daleka. Odwrócił się i znów popatrzył na mnie tym swoim nieodgadnionym wzrokiem. Jednak jego oczy paliły się równym płomieniem, bez gorączki, która mnie tak niedawno przeraziła. I był w nich jakiś ledwo dostrzegalny smutek. Jakby Vincent z góry przewidywał finał tego eksperymentu? Do czego dążył? Co chciał udowodnić, sobie albo mnie? Mam się zgodzić czy przeciwnie? Ale przecież sama oczekuję wyjaśnienia…

– Jasne – przytaknęłam w końcu. – Czemu nie. Czy to mi czymś grozi? – dopytałam ostrożnie. Zawsze lepiej wiedzieć, co się szykuje.

– Tego nigdy się nie wie – odparł wymijająco. – Nie wiadomo, czy się przejdzie przez ulicę bezkolizyjnie, a co dopiero czy się przejdzie przez życie…

Zdjął ze ściany wiszącą tam gitarę. Po co? Jakoś nie miałam odwagi zapytać…

– To chyba nie twoja? – spróbowałam ironizować, sytuacja wydała mi się tak absurdalna. – Kto ma na niej grać? Jeżeli byłam, to znaczy, jeżeli jestem twoją żoną, to wiesz, że ja grać nie umiem.

Nie odpowiedział. Oglądał gitarę bardzo uważnie, przesuwał palcami po strunach tak lekko, jakby je pieścił, musnął je miękko paznokciami, potem opuszkami palców trącał je po kolei, strojąc instrument z namaszczeniem, w zdumiewającym natchnieniu, jakby celebrował mszę. Dotykał boków gitary, gładził je jak biodra kobiety, uważnie, z zapalczywą czułością, aż poczułam zazdrość, i coś jeszcze, przed uzmysłowieniem czego, nagle bezbronna, broniłam się jednak zaciekle. Naprawdę kochałam kiedyś tego człowieka? W tej jedynej chwili byłam w stanie w to uwierzyć… Nastroiwszy gitarę, odłożył ją, opierając starannie o fotel. Potem równie starannie zamknął drzwi prowadzące na taras. Zapadła gęsta cisza. W słonecznych smugach padających od okien tańczyły bezgłośnie srebrne pyłki kurzu. Vincent przysiadł na brzegu fotela i skulił się w sobie, jakby bał się uderzenia. A przecież nie wygląda na kogoś, kogo można stłuc. Z pewnością coś ćwiczył, wydaje się zwinny, mimo widocznego zaniedbania ma zwinne ręce. Byłam zaintrygowana całą tą sytuacją, której sensu nie rozumiałam. Wtedy znów ujął gitarę i oparł ją na kolanie. Przez chwilę się wahał, a może jego namysł miał inne, nieznane mi źródło, bo znów odniosłam wrażenie, że ten człowiek, siedzący teraz przede mną, boi się czegoś. Ale czego?

[…]


[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2022 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.