2/2026

Paweł Sołtys

Ucho

Było tak: mężczyzna ślepy jak Borges i śmierdzący jak woda, w której zgniły kwiaty. Grudniowe słońce wynajduje w jego zmarszczkach cień, czerwień czegoś, co nazywa się, śmiesznie, pajączkami naczyniowymi, rozświetla w róż niemal dziewczęcy i próbuje przebić się przez zmętniałe do szczętu oczy. Na próżno. Ale mężczyzna odwraca twarz w stronę słońca, uśmiecha się ledwo dostrzegalnie, a jego zębodoły i dziąsła wyglądają jak maleńkie ziemne fortyfikacje. Opuszczone przez obrońców, którzy też nie mogli być więksi niż pół zapałki. Siedzieliśmy w wiacie autobusowej typu Ł. Jak się później okazało, przedostatniej w mieście. Na Grzybowskiej, choć przystanek nazywał się Al. Jana Pawła II 02, pewnie po to, by podwójnie zatrzeć niekatolicką proweniencję ulicy. Wiaty typu Ł stawiano w Warszawie od lat siedemdziesiątych, miały przypominać o Trasie Łazienkowskiej, o sukcesie. Wcześniejsze nazywały się Stolica i były czerwone jak serca. Ostatnie dwie Stolice ostały się przy Areszcie Śledczym i Cmentarzu Włoskim. Więźniowie i zmarli leżeli nocami w bliskości starego czasu zaplątanego w rurki i dachy tych wiat. A my siedzieliśmy we troje. Mężczyzna, dziewczyna, którą odprowadzałem, i ja. Dziewczyna tuliła się do mnie, mężczyzna tulił się do swoich toreb i gratów, brał mróz. Zanim przyjechał autobus, prowadziliśmy z dziewczyną rozmowę kochanków, a niewidzący chyba nas podsłuchiwał. Reagował na podniesienie albo obniżenie głosu, przy pocałunkach prostował się, jakby dźwięk stykających się ust coś mu przypominał. Był brodaty i długowłosy, ale zauważyłem nagle, że ucho, którym strzyże w naszym kierunku, jest dużo mniejsze od drugiego. To się nazywa mikrocja i bywa częstsze, niż by się zdawało. Nagle zrozumiałem, że to może być cudze ucho, przytroczone, by więcej usłyszeć. Wielkoczwartkowe ucho, które Piotr Szymon odrezał słudze arcykapłana w Ogrodzie Oliwnym. To też było po pocałunku, judaszowym. Marek opisuje tylko sytuację, nie nazywa obcinającego, Łukasz zaznacza, że Nauczyciel dotknął miejsca po uciętym narządzie i uzdrowił zranionego. Najpełniej mówi o tym ewangelia Janowa: „Szymon tedy Piotr mając kord, dobył go i uderzył sługę najwyższego kapłana, i uciął prawe ucho jego. A słudze było imię Malchusz”. Podjechał autobus i dziewczyna wsiadła, patrząc jeszcze przez chwilę na mnie przez brudną szybę. Powinienem stamtąd odejść, ale coś mnie trzymało. Ani Jan, ani Łukasz, ani Marek nie mówią, co stało się z odciętym uchem. Czy wziął je nieszczęsny Malchusz, czy może krewki Piotr Szymon, czy wdeptali je w ziemię Gat Szemanim zbrojni. Im dłużej patrzyłem na mężczyznę, tym bardziej pojmowałem, że uchem tym słuchano powstańców Bar Kochby, już po klęsce, w rzymskich ciemnicach, wojowników obróconych w niewolniki. Słuchano nim szeptów marranów w kazamatach Toledo, nasłuchiwano nim błagań i odgłosów czerwonki Wata, enkawudziści łowili nim szept Ośki Mandelsztama, warszawiaka z urodzenia. W Ośrodku Pracy Służewiec w późnych czterdziestych wychwytywano nim słabych i skłonnych do werbunku. Używali go szpicle i prowokatorzy w roku trzydziestym i sześćdziesiątym trzecim. Ochrana, Gestapo i Stasi. Ale w końcu wróciło do tego, kto je uciął, bezsilną sprawiedliwością. Bo to nie Malchos vel Malchusz siedział ze mną na przystanku, nie czekając na żaden pojazd. To był Piotr Szymon, zaprzaniec, pokutnik wieczny, wbrew temu, co nam mówią w katechezie. Tyle miał świata, ile podsłuchał, tyle miał ciepła, ile wygrzał sobie z toreb, wódki i brudnej kołdry. Słuchał nas tym uchem, tak jak ja patrzyłem w dzieciństwie przez białą lupę dziadka, już po jego śmierci. Czując, że patrzę nie tylko swoimi oczami, czując, że każde powiększenie idzie też na tamten świat, którego imię jest mi nieznane.

Świat jest tak odrażający, że wielu z nas woli wierzyć, że żyje w czasach ostatecznych. Od kumrańczykow przez albigensów po jechowych. I że teraz to już na pewno. Ziści się. Ja stąd pójdę, chroniąc się od mrozu i wiatru kurtką i czapką, a Piotr z innymi w nadrzecznym soborze z plastiku, wiatru i gałęzi, na soborze wiślanym, między gawronami, wronami i kawkami, zbierającymi się do snu strażnikami, będzie decydować o losie nowego kościoła, o losach miasta i świata. Owoce tych spotkań pokażą się po stuleciach. Tak było i będzie. Na odchodne mówię mu kilka słów, pozornie bezsensownych, słów z tej, ziemskiej, strony: na starość dni się trzepoczą jak ptaki w klatce. Wyrywają się pamięci i osądowi. Spojrzeniu. Może wcale nim nie jesteś, może masz małe ucho z natury, może nie ma nadziei.

Trzeba mi odrobinę dalej, idę na Anielewicza, prószy śnieg jak nieśmiała manna, przed wejściem do muzeum hiszpańscy turyści fotografują się na tle pomnika gettowych powstańców. W środku ciepło. Większość idzie zwiedzać wystawę stałą, ja, po zostawieniu kurtki w szatni, idę do małej bocznej sali. Zobaczyć Samogłoskę i Spółgłoskę. Szapocznikow wyrzeźbiła je w sześćdziesiątym drugim roku, na jedenaście lat przed śmiercią. Samogłoska zdaje się męska, a spółgłoska kobieca, ale im dłużej na nie patrzeć, tym bardziej ta pewność znika. Wrażone w bryły piaskowca kawałki metalu są może nawet stereotypowe: samogłoskowy kawałek jest sztorcowaty, niemal nagły. Spółgłoskowy za to drzewiasty, gęsty, tajemniczy. Ale same kamienne bryły mogłyby być uszami zapaśnika albo męczennicy z drugiego wieku, o której nie ma żadnej pewności, że istniała, że nie powołano jej do życia i świętości trzysta lat później, ściegiem legendy, skrybiej wyobraźni. Usiadłem potem przed ekranem, prawie sam w pomieszczeniu. Czarno‑białe filmy pokazywały wnętrze, chyba już paryskiej, późniejszej, pracowni Aliny. Postaci kobiece, kończące się nagle chorobą, rozwarstwieniem, schody długie i drewniane, stopy nikomu nieprzynależne, ściany z trzydziestką wypustków. Wypustków, które mogły być i penisami, i nabrzmiałymi kroplami, i fragmentem maszyny średniowiecznych tortur. Siedziałem, patrzyłem, grała jakaś muzyka, ale obrazy były tak intensywnie intymne, że nie wiem jaka. Czułem, że też czarnobieleję. Zrzucam kolory z każdym spojrzeniem. Zbywam się czerwieni, żółci, błękitu oczu. Kątem oka zauważyłem strażnika. Siedział w kącie sali. Nic dziwnego, rzeźby za moimi plecami były pewnie warte majątek. Kobiety i mężczyźni w muzeach zwykle są w tej funkcji subtelni, podnoszą na ciebie wzrok niby od niechcenia, umieją się wtopić w deseń ścian. Ten młody mężczyzna był inny. Patrzył na mnie z uważnością graniczącą z wyrzutem, może przyganą. Nie spuszczał ze mnie wzroku. Poczułem się przyłapany. Jak na czymś bardzo krępującym: masturbacji, defekacji albo pisaniu złego wiersza. Pomyślałem, że Szapocznikow by się to spodobało, to przekroczenie, w którym jest wstyd, fizjologia, obnażona tajemnica. Wychodząc, w myślach, powiedziałem mu: w młodości jesteś pewien swoich racji, swoich podejrzeń, swoich remediów. Z czasem one stracą kolory i ostrość, zbliżą się do tych starych filmów z pracowni geniuszki, pozostawią cię w niepewności, w strachu. Przed szklanymi drzwiami odwróciłem się, objąłem spojrzeniem obie głoski. Alina umarła w wieku czterdziestu siedmiu lat, ja za trzy miesiące, być może, skończę czterdzieści osiem.

Druga wystawa czasowa była o słowach, o językach. O języku świętym, o tym, jak paleohebrajski po niewoli babilońskiej nabrał w piśmie kwadratowych kształtów, o aramejskim, o grece, ladino i jidisz. O niemal zapomnianych: judeo‑perskim, judeo‑włoskim, judeo‑arabskim. O językach Buchary, Samarkandy i Salonik, w których już niemal nikt nimi nie mówi. Wymarły, zostały wypędzone, zwietrzały. Tak jak zniknęła ze Smyrny greka, jak zapomniany został judeo‑słowiański, po którym mamy tylko kilka śladów. Kilka brakteatów, monet na oczy, a może raczej uszy tych, którzy przybyli tu przed migracją z Niemiec i leżą w tej ziemi bez macew i pamięci. Na ścianach tej ekspozycji było jidyszowe polityczne i poetyckie wzburzenie, było odrodzenie hebrajszczyzny, byli Perec, Bialik i Szalom Asz. Były inskrypcje z egipskich nagrobków, gdzie obok żydowskich symboli greckie litery starały się pchnąć ku wieczności zmarłych w Aleksandrii i Oksyrynchos. Wystawę zwiedzało kilkanaście osób, dzieci z zachwytem znajdowały w polskich słowach jidyszowe korzenie, te wszystkie siksy, mamony, chewry. A ja nie mogłem się pozbyć dwóch myśli: pierwszej o trzech językach Piotra Szymona, rybaka. O aramejskim zwykłego dnia, o hebrajskim świątecznym, o grece, z której jego imię: Skała. Pozornie dobre imię dla apostoła. Dla kogoś, kto żyje z wody, fatalne. Prowadzące na dno. Patrzyłem na mapy i kabalistyczne cytaty: „Na dwa tysiące lat przed stworzeniem świata Święty, niech będzie Błogosławiony, przypatrywał się literom Tory i wielkie znajdował w nich upodobanie. A gdy stanęło przed Jego obliczem życzenie stworzenia świata, zgromadziły się przed tronem Jego chwały wszystkie litery – od ostatniej do pierwszej”. Myślałem o pewności piszących. Wobec czasu. Wobec predykcji liter przed stworzeniem. Wyobrażałem sobie ciszę jesziw. Mamrotania i litery alef i bet pojawiające się w umysłach studentów, jakby pierwszy raz przyszły na świat, błyszczą się jak fenickie złoto, a wokół jest jakieś Podole, jakieś białoruskie bagna, jakiś galicyjski zmierzch, jakieś warszawskie ulice czarne od szyldów, tłumu i biedy.

Wyszedłem na Muranów. Na to miejsce po. Szedłem Pawią, Nowolipkami, Twardą. Krążyłem jak ślepiec. Przywiodły mnie w końcu kroki na przystanek z Piotrem, na „Grzybowską”. Śnieg już nie żartował. Bieliła się Warszawa, jak w niewinności. Starzec siedział w swoim królestwie toreb i smrodu. Zadzwoniłem na sto dwanaście. Przyjechali funkcjonariusze. Zajmiemy się nim, powiedzieli, nic tu po panu. Nigdy chyba nie było, odburknąłem szeptem.

W pierwszym wydaniu Roget’s Thesaurus słowa zostały podzielone na sześć podstawowych grup: pojęcia abstrakcyjne, kosmos, świat materialny, intelekt, wola i moralność. Ucho Piotra mogłoby się znaleźć we wszystkich. Ale w trzech ostatnich tylko z mojego polecenia. Z podpuchy.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.