Świat jest tak odrażający, że wielu z nas woli wierzyć, że żyje w czasach ostatecznych. Od kumrańczykow przez albigensów po jechowych. I że teraz to już na pewno. Ziści się. Ja stąd pójdę, chroniąc się od mrozu i wiatru kurtką i czapką, a Piotr z innymi w nadrzecznym soborze z plastiku, wiatru i gałęzi, na soborze wiślanym, między gawronami, wronami i kawkami, zbierającymi się do snu strażnikami, będzie decydować o losie nowego kościoła, o losach miasta i świata. Owoce tych spotkań pokażą się po stuleciach. Tak było i będzie. Na odchodne mówię mu kilka słów, pozornie bezsensownych, słów z tej, ziemskiej, strony: na starość dni się trzepoczą jak ptaki w klatce. Wyrywają się pamięci i osądowi. Spojrzeniu. Może wcale nim nie jesteś, może masz małe ucho z natury, może nie ma nadziei.
Trzeba mi odrobinę dalej, idę na Anielewicza, prószy śnieg jak nieśmiała manna, przed wejściem do muzeum hiszpańscy turyści fotografują się na tle pomnika gettowych powstańców. W środku ciepło. Większość idzie zwiedzać wystawę stałą, ja, po zostawieniu kurtki w szatni, idę do małej bocznej sali. Zobaczyć Samogłoskę i Spółgłoskę. Szapocznikow wyrzeźbiła je w sześćdziesiątym drugim roku, na jedenaście lat przed śmiercią. Samogłoska zdaje się męska, a spółgłoska kobieca, ale im dłużej na nie patrzeć, tym bardziej ta pewność znika. Wrażone w bryły piaskowca kawałki metalu są może nawet stereotypowe: samogłoskowy kawałek jest sztorcowaty, niemal nagły. Spółgłoskowy za to drzewiasty, gęsty, tajemniczy. Ale same kamienne bryły mogłyby być uszami zapaśnika albo męczennicy z drugiego wieku, o której nie ma żadnej pewności, że istniała, że nie powołano jej do życia i świętości trzysta lat później, ściegiem legendy, skrybiej wyobraźni. Usiadłem potem przed ekranem, prawie sam w pomieszczeniu. Czarno‑białe filmy pokazywały wnętrze, chyba już paryskiej, późniejszej, pracowni Aliny. Postaci kobiece, kończące się nagle chorobą, rozwarstwieniem, schody długie i drewniane, stopy nikomu nieprzynależne, ściany z trzydziestką wypustków. Wypustków, które mogły być i penisami, i nabrzmiałymi kroplami, i fragmentem maszyny średniowiecznych tortur. Siedziałem, patrzyłem, grała jakaś muzyka, ale obrazy były tak intensywnie intymne, że nie wiem jaka. Czułem, że też czarnobieleję. Zrzucam kolory z każdym spojrzeniem. Zbywam się czerwieni, żółci, błękitu oczu. Kątem oka zauważyłem strażnika. Siedział w kącie sali. Nic dziwnego, rzeźby za moimi plecami były pewnie warte majątek. Kobiety i mężczyźni w muzeach zwykle są w tej funkcji subtelni, podnoszą na ciebie wzrok niby od niechcenia, umieją się wtopić w deseń ścian. Ten młody mężczyzna był inny. Patrzył na mnie z uważnością graniczącą z wyrzutem, może przyganą. Nie spuszczał ze mnie wzroku. Poczułem się przyłapany. Jak na czymś bardzo krępującym: masturbacji, defekacji albo pisaniu złego wiersza. Pomyślałem, że Szapocznikow by się to spodobało, to przekroczenie, w którym jest wstyd, fizjologia, obnażona tajemnica. Wychodząc, w myślach, powiedziałem mu: w młodości jesteś pewien swoich racji, swoich podejrzeń, swoich remediów. Z czasem one stracą kolory i ostrość, zbliżą się do tych starych filmów z pracowni geniuszki, pozostawią cię w niepewności, w strachu. Przed szklanymi drzwiami odwróciłem się, objąłem spojrzeniem obie głoski. Alina umarła w wieku czterdziestu siedmiu lat, ja za trzy miesiące, być może, skończę czterdzieści osiem.
Druga wystawa czasowa była o słowach, o językach. O języku świętym, o tym, jak paleohebrajski po niewoli babilońskiej nabrał w piśmie kwadratowych kształtów, o aramejskim, o grece, ladino i jidisz. O niemal zapomnianych: judeo‑perskim, judeo‑włoskim, judeo‑arabskim. O językach Buchary, Samarkandy i Salonik, w których już niemal nikt nimi nie mówi. Wymarły, zostały wypędzone, zwietrzały. Tak jak zniknęła ze Smyrny greka, jak zapomniany został judeo‑słowiański, po którym mamy tylko kilka śladów. Kilka brakteatów, monet na oczy, a może raczej uszy tych, którzy przybyli tu przed migracją z Niemiec i leżą w tej ziemi bez macew i pamięci. Na ścianach tej ekspozycji było jidyszowe polityczne i poetyckie wzburzenie, było odrodzenie hebrajszczyzny, byli Perec, Bialik i Szalom Asz. Były inskrypcje z egipskich nagrobków, gdzie obok żydowskich symboli greckie litery starały się pchnąć ku wieczności zmarłych w Aleksandrii i Oksyrynchos. Wystawę zwiedzało kilkanaście osób, dzieci z zachwytem znajdowały w polskich słowach jidyszowe korzenie, te wszystkie siksy, mamony, chewry. A ja nie mogłem się pozbyć dwóch myśli: pierwszej o trzech językach Piotra Szymona, rybaka. O aramejskim zwykłego dnia, o hebrajskim świątecznym, o grece, z której jego imię: Skała. Pozornie dobre imię dla apostoła. Dla kogoś, kto żyje z wody, fatalne. Prowadzące na dno. Patrzyłem na mapy i kabalistyczne cytaty: „Na dwa tysiące lat przed stworzeniem świata Święty, niech będzie Błogosławiony, przypatrywał się literom Tory i wielkie znajdował w nich upodobanie. A gdy stanęło przed Jego obliczem życzenie stworzenia świata, zgromadziły się przed tronem Jego chwały wszystkie litery – od ostatniej do pierwszej”. Myślałem o pewności piszących. Wobec czasu. Wobec predykcji liter przed stworzeniem. Wyobrażałem sobie ciszę jesziw. Mamrotania i litery alef i bet pojawiające się w umysłach studentów, jakby pierwszy raz przyszły na świat, błyszczą się jak fenickie złoto, a wokół jest jakieś Podole, jakieś białoruskie bagna, jakiś galicyjski zmierzch, jakieś warszawskie ulice czarne od szyldów, tłumu i biedy.
Wyszedłem na Muranów. Na to miejsce po. Szedłem Pawią, Nowolipkami, Twardą. Krążyłem jak ślepiec. Przywiodły mnie w końcu kroki na przystanek z Piotrem, na „Grzybowską”. Śnieg już nie żartował. Bieliła się Warszawa, jak w niewinności. Starzec siedział w swoim królestwie toreb i smrodu. Zadzwoniłem na sto dwanaście. Przyjechali funkcjonariusze. Zajmiemy się nim, powiedzieli, nic tu po panu. Nigdy chyba nie było, odburknąłem szeptem.
W pierwszym wydaniu Roget’s Thesaurus słowa zostały podzielone na sześć podstawowych grup: pojęcia abstrakcyjne, kosmos, świat materialny, intelekt, wola i moralność. Ucho Piotra mogłoby się znaleźć we wszystkich. Ale w trzech ostatnich tylko z mojego polecenia. Z podpuchy.
