04/2022

Jędrzej Napiecek

Uchodźcy i ekrany

Zakleszczony pomiędzy życiem czystoekranowym (laptop, telewizor, smartfon; filmy, gry, pornografia) a brakiem perspektyw zawodowych (absolwent scenariopisarstwa, bez większych sukcesów artystycznych), zmęczony intelektualnym onanizmem (wszystkie popełnione teksty autobiograficzne, głównie o niewychodzeniu z mieszkania; krytyka społeczeństwa dobrobytu), postanawiam zająć się czymś ważnym. Głównie z nudów.

Jest rok 2014. Pierwsze newsy na temat przepełnionych łodzi tonących w Morzu Śródziemnym przebijają się do mainstreamowych mediów. Przylepiam się do tematu jak huba do drzewa, mam nadzieję pozyskać z niego depresjobójcze soki i uwolnić od uciążliwej nieważkości własnej egzystencji. Cztery lata później ląduję na wyspie Lesbos, żeby odwiedzić obóz dla uchodźców i stworzyć na ten temat grę komputerową. Jest godzina 6:20 rano, lotnisko w Mitylenie raczej puste, turystów żadnych, temperatura wysoka jak na kwiecień, blisko dwadzieścia pięć stopni Celsjusza. Jestem bardzo zestresowany; zaraz mam spojrzeć w twarz ludziom, których tragedia od kilku lat chroni mnie przed zażywaniem antydepresantów. Pomiędzy podjęciem stricte egoistycznej decyzji o zainteresowaniu się kryzysem migracyjnym a wizytą na Lesbos czytam około trzydziestu reportaży na temat Afryki i Bliskiego Wschodu, dwukrotnie zmieniam pracę, raz dziewczynę, zakładam jedną spółkę. Rezygnuję też z facebooka na pięć miesięcy, a także odkrywam opioidalny suplement diety, który pozwala znacząco zwiększyć efektywność mózgu. Poza tym nie odnotowuję większych zmian; nadal jestem wewnętrznie przezroczysty. Na pewno przestaję nosić koszule, przerzucam się na proste t-shirty w jednolitych kolorach: białym, szarym bądź czarnym. Przynajmniej w tym aspekcie obserwuję faktyczną zmianę.

Na lotnisko w Mitylenie przybywam jako życiowy teoretyk, świeżo po wygłoszeniu pierwszego wykładu w Łódzkiej Szkole Filmowej. Temat: scenariusz w grach komputerowych. Tym bardziej czuję się człowiekiem teoretycznym, dzieckiem ekranów. Jestem niewyspany, lecz raczej pobudzony. Perspektywa pracy w terenie jest miłą odmianą od nieustannego przesiadywania przy biurku. Szczególnie dla kręgosłupa. Mam też jasny, klarownie wytłuszczony w umowie z inwestorem cel: nakręcić materiały promocyjne do gry o uchodźcach. To oficjalna motywacja. Nieoficjalnie natomiast pragnę choć przez chwilę obcować ze światem bez pośrednictwa monitora. Czuję strach. Przez ostatnie trzy lata pracuję tylko na bazie tekstów reporterskich i filmów dokumentalnych. Tym samym uchodźcy stają się dla mnie materią literacką, tematem odmienianym przez reguły dramaturgii. W dodatku mieszkam w Polsce, kraju, w którym uchodźcy, z uwagi na politykę prawicowego rządu, praktycznie nie występują. Jestem ostatnią osobą, która ma prawo zabierać głos w sprawie kryzysu migracyjnego. Znam go tylko w teorii; z cudzych relacji. A teraz mam spotkać ludzi, którzy przeżyli koszmar w Syrii, potracili na wojnie dzieci i rodziców, uciekali przed dekapitacją i Państwem Islamskim. Jestem przerażony; podoba mi się to. Strach jest miłą odmianą od leniwego komfortu biurka.


W przeciągu pierwszych godzin pobytu na Lesbos przekonuję się, jak bardzo nie potrafię rozmawiać z ludźmi. Brytyjczyk Eric Kempson, weteran i legenda greckiego wolontariatu, a także mój miejscowy kontakt, nie traktuje mnie poważnie. W świeżo przystrzyżonej fryzurze i wyprasowanych spodniach wyglądam jak dzieciak, który dla własnego kaprysu interesuje się ludzką tragedią; jestem takim dzieciakiem. Dwa miesiące wcześniej wysyłam Ericowi listę około pięćdziesięciu pytań na temat uchodźców. Odpowiedzi porażają lapidarną formą. Na trzyzdaniowe zapytania, prawie elaboraty, otrzymuję w odpowiedzi krótkie yes bądź no. Wniosek jest prosty: po przeczytaniu trzydziestu reportaży na temat Afryki i Bliskiego Wschodu nie wiem nic na temat uchodźców. Nie potrafię nawet zadać pytań wartych dłuższych odpowiedzi.

Spotkanie ma miejsce w siedzibie The Hope Project, prowadzonej przez Kempsonów organizacji, która rozprowadza pomoc humanitarną wśród potrzebujących uchodźców. Po zdawkowej wymianie uścisków dłoni Eric odchodzi popracować; niesie na plac piłę spalinową, sprzęt dodaje sześćdziesięciolatkowi charyzmy prawdziwego mężczyzny. Eric ma twarde ręce rzeźbiarza, ja – miękkie od klawiatury opuszki palców. Zostaję w magazynie; jest pełen ubrań i kartonów, przypomina nieco zaplecze lumpeksu. Pomiędzy wąskimi alejkami z odzieżą przechadzają się Syryjczycy, Afrykanie, kilku Arabów. Atmosfera jak w świetlicy, ludzie trochę stoją, trochę siedzą; pogawędki i papieroski. Wreszcie mam okazję poznać bohaterów reportaży, o których czytam od trzech lat. Nie znajduję jednak w sobie odpowiednich słów; nie wiem, o co zapytać. Niemoc próbuję przysłonić obowiązkami organizacyjnymi. Wykonuję kilka telefonów, planuję dalsze kroki.

Jednocześnie pozwalam działać mojemu zespołowi. Monika (dwadzieścia pięć lat, scenarzystka) i Wiktor (dwadzieścia siedem lat, dziennikarz) zadają pytania Philippie Kempson (żona Erica). Artur (dwudziestosiedmioletni fotograf) robi zdjęcia. Chowam się za nimi, obserwuję z bezpiecznej pozycji dystansu. Uczucie dyskomfortu mija, jest prawie jak za pośrednictwem ekranów: znów nie muszę mówić, akcja sama toczy się naprzód. Mam zdolny zespół, potrafią rozmawiać. Mogę w spokoju patrzeć i wyciągać wnioski. Spotkanie z Philippą trwa około trzydziestu minut. Z samej rozmowy nie pamiętam nic; myślę tylko o własnej bezradności. Przez długie minuty układam w głowie pytania, których potem nie wypowiadam na głos; wydają się naiwne i głupie.

[…]

[Ciąg dalszy w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.