Trasa niby oczywista: opodal wzgórze Monmartre i Sacré‑Cœur. Ale na trawersie nagle pojawia się Władysław Szpilman, który ponoć zapowiedział po wojnie, że nigdy nie pojedzie do Auschwitz, a zaraz po nim wyrasta Roman Polański, który na podstawie wspomnień Szpilmana nakręcił Pianistę, ale wcześniej odrzucił propozycję wyreżyserowania Listy Schindlera, bo nie był jeszcze gotów na konfrontację ze wspomnieniami. Zupełnie jakby chodziło o decyzję dotyczącą spraw ostatecznych, a zarazem najbardziej intymnych, prowokującą pytania: jak się do siebie samego, samej dobrać? Mówić czy nie mówić? Oraz lęk: co będzie, jeśli jednak powiem?
Sarah Kofman zdecydowała się mówić dopiero pod koniec życia, gdy była już uznaną filozofką, obracającą się w kręgu postaci, takich jak Jacques Derrida, Gilles Deleuze, Philippe Lacoue‑Labarthe, Jean‑Luc Nancy, autorką ponad dwudziestu książek. Jej decyzja dojrzewała w krótkich tekstach, pisanych bardzo odległym od akademickiego stylem, w których pojawiają się między innymi zapisy snów. W tomie Paroles suffoquées po raz pierwszy umieszcza wspomnienie o ojcu, rabinie Berku Kofmanie, który po aresztowaniu podczas obławy 16 lipca 1942 roku zostaje osadzony w obozie w Drancy, a następnie przetransportowany do Auschwitz i tam zamordowany. Właściwie nawet nie wspomnienie, a informację, wraz z listą nazwisk Żydów deportowanych do Auschwitz przez reżym Vichy, przedrukowaną za słynną publikacją Serge’a Klarsfelda Le Mémorial de la déportation des Juifs de France z 1978 roku. Prosta informacja pojawia się w kontekście dyskusji wywołanych przez rozważania Theodora Adorna o możliwości uprawiania poezji po Auschwitz oraz książki Maurice’a Blanchota i Roberta Antelme’a. Zupełnie jakby Kofman potrzebowała cudzego głosu, by zacząć mówić. Może też mocnego impulsu z zewnątrz – czemu, co prawda, sama zaprzeczała – w postaci Shoah Claude’a Lanzmanna oraz zbioru autobiograficznych tekstów La douleur Marguerite Duras, opisującej swoje przeżycia po aresztowaniu męża, Roberta Antelme’a, późniejszego autora L’Espèce humaine, dzieła które – jak powiadają – uruchomiło we Francji dyskusję o Zagładzie, i które Kofman skomentowała w swojej książce. Cóż bardziej wymownego niż jej tytuł, „Zdławione słowa”? Czyż można lepiej wyrazić napięcie między niemożnością ekspresji a nakazem złożenia świadectwa, między kompulsywnością mowy a niemożnością wypowiedzenia słowa i lękiem, i dalej – między pragnieniem zapomnienia a obowiązkiem upamiętnienia, między anamnezą a amnezją?
Sarah Kofman zwlekała, chciała pisać autobiografię, ale – stwierdziła – czułaby się tak, jakby sporządzała testament. Bo czy istnieje właściwa pora na spisanie ostatniej woli? Epigram, nekrolog pisze się wszak post mortem. Chyba że każde pismo, każdy tekst jest rodzajem nagrobka. Ale przecież, jak gdzieś podpowiada mimochodem Deleuze, „jedynym celem pisania jest życie”.
Kofman opublikowała w kilku pismach krótkie teksty na temat koszmarów i traumatyzujących praktyk żywieniowych. Zaproponowała je następnie francuskiemu wydawcy w jednym tomie, ale ten książkę odrzucił, może zraził go osobliwy tytuł Autobiogriffures – w którym słychać hołd dla sztuki graficznej i pogłos traumy – Autobiogriffures, czyli, powiedzmy, „autobiodrapie”. W końcu jednak przebiła się. Z całego życia opisała na zaledwie trzydziestu stronach jedynie półtora roku, pozostałe pięćdziesiąt kwitując na dwóch kartkach. W pierwszym akapicie wprost stwierdza: „Moje rozliczne książki to – być może – wybiegi, konieczne, bym mogła opowiedzieć
Do opublikowania książki zachęcał Sarę gorąco Pascal Quignard, podobnie jak jej osobisty terapeuta, Philippe Cros, któremu ją dedykowała. Wydała ją w maju 1994 roku pod tytułem Rue Ordener, rue Labat. Po kilku miesiącach, 15 października, odebrała sobie życie. Peut‑on mourir de dire? – pytała Rachel Rosenblum, pytał Boris Cyrulnik. Peut‑on mourir d’écrire?, Peut‑on mourir de se taire? Od czego jeszcze można umrzeć, oprócz mówienia, pisania i milczenia? Może jeszcze ze śmiechu, peut‑on mourir de rire? I dlaczego akurat 15 października, w rocznicę urodzin Friedricha Nietzschego, jej ulubionego autora?
Sarah Kofman docierała do siebie z mapą Paryża pod ręką i piórem po ojcu na biurku. Pięć miesięcy przed śmiercią, w rozmowie z France Culture z 9 maja 1994 roku, przeprowadzonej już po ukazaniu się Rue Ordener, rue Labat, stwierdziła, że dopiero pisząc swoją autobiografię, uzmysłowiła sobie znaczenie topografii, gdy jako tytuł narzuciły się jej nazwy dwóch ulic, ponieważ „streszczały one wszystko to, czym jestem, czym byłam, czym się stałam”. Toteż właśnie na mapie próbowała odczytać swój los.
Rue Ordener i rue Labat to dwa różne światy. Na rue Ordener Kofman spędziła najwcześniejsze dzieciństwo. To tu ostatecznie zamieszkali jej rodzice po tym, jak w 1929 roku przybyli z Polski do Francji na fali licznej wtedy imigracji ekonomicznej. Ojciec, Berek Kofman, był rabinem w niewielkiej synagodze przy rue Duc w
Wybuch wojny topografii nie zmienił, ale ją udramatyzował, zdynamizował. 16 lipca 1942 roku Niemcy aresztowali rabina Kofmana, zamykając go najpierw w obozie w Drancy, a potem wysyłając do Auschwitz, gdzie go zakatowano. Rodzina musiała się ewakuować. Matce udało się część dzieci ulokować w kryjówkach w Normandii. Sama zaś wraz z Sarą znalazła schronienie przy rue Labat u Claire Chemitre, francuskiej katoliczki o zdecydowanie antysemickim nastawieniu. Z opuszczonego mieszkania przy rue Ordener udało jej się zabrać narzędzia wychowawcze: bat i ocalałe po Berku Kofmanie pióro.
Matka, o wyraźnie semickich rysach, nie mogła opuszczać nowego lokum. Wychowaniem Sary zajęła się Claire Chemitre, nazywana przez Sarę „Mémé”, czyli niby „babunia”, ale przecież prawie jak „mame”, matka w jidysz. Zajęła się w pełnym zakresie: od nauki poprawnej francuszczyzny, doboru lektur, wspólnego słuchania muzyki, aż po przygotowywanie niekoszernych – a jakże! – posiłków i szycie eleganckich „francuskich” sukienek. Claire, przysposobiając Sarę i wpajając jej etykietę, tresowała ją, a zarazem uwodziła francuskością. Tresura niosła obietnicę. „Rue Ordener to zwykła ulica, rue ordinaire, ulica dzieciństwa, rue Labat zaś to ulica «tam», rue là‑bas, inny świat”1 – wspominała po latach Sarah. Radykalne przejście pomiędzy, z jednego świata do drugiego, od jednej kultury do drugiej, od jednego języka do drugiego, całkowita transformacja. „Przechodziłam od jednej kobiety do drugiej, od ulicy do ulicy. Było to także przejście od języka do języka, ponieważ w mojej rodzinie mówiło się po polsku i w jidysz. A po francusku mówiło się tylko w szkole. Francuski mi się narzucił. W mniejszym czy większym stopniu utraciłam język ojczysty, wciąż go rozumiałam, ale mówić już nie potrafiłam […]”.
Obie ulice przeglądały się w sobie, i jak rue Ordener wydawała się niesamowita z perspektywy rue Labat, tak rue Labat wydawała się niesamowita z perspektywy rue Ordener. Może nie tyle obca, co nieswoja. Rue Labat biegła w przeciwną stronę: prowadziła do nowoczesności, obiecywała samodzielność i dojrzałość – skandaliczne nie tylko w obliczu tradycji, lecz także wobec wojny, która jak w karnawale niosła całkowite przewartościowanie. Życie pomiędzy dwiema ulicami pozwalało uciec przed opresją nieustannego opowiadania się, uznawania tożsamości, mamiło nieograniczonym stawaniem się, dawało szansę na swobodną autokreację. Zarazem jednak więziło: dokąd można podążyć z pomiędzy? Pomiędzy można utknąć. I Sarah utknęła właśnie na ulicy łączącej rue Ordenet z rue Labat, utknęła na rue Marcadet.
Po wojnie potwierdził to francuski sąd, gdy powierzył opiekę nad Sarą Francuzce, pozbawiając praw Żydówkę. Fineza nie dała za wygraną i córkę odbiła. Ta jednak utrzymywała kontakt z Claire, wielokrotnie się do niej wymykała i właśnie jej zawdzięczała wykształcenie, jak w romansie. Kofmanowie, co prawda, stracili mieszkanie przy rue Ordener (zostało przejęte jako mienie pożydowskie), ale na utrwalonej już mapie wciąż było ono obecne. Okazało się, że było to najważniejsze przejście w życiu Sary: nieuchronne jak opuszczenie domu i dojrzewanie, lecz ostatecznie nieprzebyte, więc kompulsywnie powtarzane.
[…]
[Całość można przeczytać w numerze.]
