09/2022

Jarosław Kuisz

Wiedeńskie

1.
Gdy w latach sześćdziesiątych dwudziestego stulecia, to tu, to tam, odkrywano mózgi w słojach z grubego szkła, pani Maria pracowała w szpitalu psychiatrycznym. Słynną placówkę otaczał park bez wyraźnych granic. Późną wiosną ponad trawą kołysały się tysiące kul dmuchawców.

Tamtego poranka pani Maria wspinała się ku kościołowi położonemu na wzgórzu. Pozłacana kopuła błyszczała w słońcu, piasek chrzęścił pod cienkimi podeszwami sandałów.

Śpieszyła się.

Niemal biegła. Przed kobietą wyrastały prostokąty pawilonów o oknach zabezpieczonych kratami z kutego żelaza. Nagle w języku, którego tutaj nie rozumiano, wypowiedziała jedno słowo.

Zabrzmiało ono obco także w jej uszach.

2.
Nie miała prawa żyć.

W uporządkowanym alfabetycznie archiwum szpitala pod literą „R” odnalazłem papierową teczkę z aktami osobowymi pracownika. Rok urodzenia składał się z trzech cyfr. Miejscowości, w której miała przyjść na świat, nie znały internetowe mapy mojego telefonu. A jednak odnalazłem – odnalazłem rodaczkę w dwupokojowym mieszkaniu świeżo odnowionej kamienicy z czasów Sezessionsstil. Z elewacji spoglądały na mnie wydłużone maski teatralne. Równy szereg oczu i ust z gipsu okazał się nieomal zapowiedzią twarzy pani Marii. Kobieta ukazała się kredowobiała od pudru.

Skinąłem głową, gdy zaproponowała filiżankę czarnej kawy. Otrzymałem kubek słabej herbaty. Znużony ostatnimi niepowodzeniami w życiu osobistym i zawodowym, pomyślałem, że kolejny reportaż skończy się serią zmyśleń. Pomyliłem się. Gdy tylko wcisnąłem przycisk „REC” i błysnęła pomiędzy nami malinowa dioda dyktafonu, długie dłonie kobiety stały się lekkie, kilka płytszych zmarszczek znikło z jej czoła, a spomiędzy nieumalowanych ust, jak to się kiedyś mówiło, popłynęła opowieść na tak modny temat, że mogłem liczyć na zarobek do tysiąca dwustu złotych brutto.

3.
Późnym wieczorem sporządzałem szkic przyszłego reportażu dla weekendowego wydania gazety. Trochę zmyślałem. Ściany w dwóch trzecich zajmował półmrok. Wąski przedpokój, plastykowy telewizor na szafce, krawędź łóżka – wszystko zdawała się wiązać hotelowa cisza.

W tamtym czasie nie potrafiłem odpoczywać. Kaszlałem ze zmęczenia. Czasem irytowało mnie nawet bicie serca w klatce piersiowej. Krótko mówiąc, wolałem zajmować się biografiami innych.

Były to wciąż złote czasy papierowej prasy, ostatnie chwile szeleszczącej potęgi. Redakcja w dowód uznania dla mojej obsesyjnej potrzeby świadczenia pracy kosztem snu, wyjątkowo zgodziła się na trzy dni harówki poza krajem (z pełnymi dietami pobytowymi). Zadanie było proste: przygotować wartki, dwuczęściowy reportaż o ponurych zbrodniach z przeszłości oraz serię krótkich tekstów na bieżące tematy.

Tyle że, jak ktoś kiedyś napisał, „przestrzeń, podobnie jak czas, przynosi zapomnienie”. Gdy tylko wysiadłem z wagonu międzynarodowego pociągu, doznałem ataku przyjemnego otępienia. Przez dłuższą chwilę nie wiedziałem, gdzie jestem i cóż to za schludny peron wiedzie ku kanciastemu budynkowi dworca.

Zatem tamtego wieczoru, gdy w hotelu sięgałem po mój ulubiony dyktafon produkcji japońskiej, zmagałem się nie tylko z przeszłością starszej pani. Nacisnąłem „PLAY”. Rozległ się chrapliwy, przygnębiający głos pani Marii. W momencie wybuchu wojny miała czternaście, piętnaście lat. Musiała być gibka w biodrach.

Z precyzją dziecka, które pilnuje raz ustalonego porządku świata, na nagraniu wyliczała szczegóły tułaczki z ostatnich miesięcy wojny. Pominęła niejedno (co stanie się jasne trzeciego dnia naszych rozmów), w zamian za to w wyobraźni słuchacza wyrastały piękne góry bez nazw, wiły się czarne rzeki o brzegach zdobionych zerwanymi mostami i tak dalej.

Chwilowo luki w opowieści pani Marii nie miały znaczenia. Spisywałem ze słuchu, redagowałem znakomicie, swobodnie, a vista. Wioski i miasteczka, po przejściu linii frontu podziurawione jak kuchenne sitka, pojawiały się w opowieści, a następnie znikały wraz z nazwami, które usuwałem w tekście. Miejsce nużących współczesnego czytelnika detali zajmowały kwadratowe palce mężczyzn. Ciężkie oddechy wpadały między piersi bezbronnej kobiety. Nawet rozdarłem pani Marii ubranie, z którego bezradnie zwisały postrzępione nitki. Nieistniejący guzik potoczył się pod otwarte drzwi mikroskopijnej łazienki. Tam brzęczała jarzeniówka, trapez brzoskwiniowego światła rozciągał się na podłodze. W środku można było dostrzec kosmaty dywanik i fragment zlewu.

Powtarzam, nie było ze mną najlepiej, skoro nawet ten przypadkowy układ przedmiotów coś mi nachalnie przypominał, fragment mieszkania, z którego wyprowadziłem się kilka miesięcy wcześniej.

Tym mocniej uderzyłem w klawisze z białymi literami. Nabrałem ochoty na alkohol. Otworzyłem wino, które wraz z tabliczką czekolady nabyłem zapobiegliwie w arabskim sklepiku obok hotelu.

Dziury w relacji pani Marii zapełniałem dywanowymi bombardowaniami miast, strzałami w tył głowy czy gwałtami. Wzorowałem się na historykach, którzy, rozpisując się o gnoju obozów zagłady, burdelach i sonderkommandach, znajdowali się u szczytów rynkowego powodzenia.

Odkaszlnąłem. Na szerokim ekranie telefonu, który leżał w rozgrzebanej pościeli, odbijała się obrzękła twarz. Nijaka mina człowieka zmęczonego, jakby to powiedzieć, wszystkim. Przygładziłem włosy. Przez krótką chwilę, patrząc sobie w oczy, zobaczyłem też kogoś, o kim nie chciałem myśleć.

Podniosłem wzrok. Na suficie światło lampki w abażurze tworzyło niewielki okrąg. Odstawiłem kieliszek, przegryzłem słodką czekoladą.

I znów pani Maria zaczęła wspinać się na porośnięte seledynową trawą wzgórze, aby w dziwnym języku wyrzucić z siebie tylko jedno słowo.

4.
Druga rozmowa zawiodła moje oczekiwania. Pani Maria co kilkanaście minut wybuchała niespokojnym śmiechem, po czym zawieszała się niczym stary pecet z przeciążoną pamięcią. Mała dłoń starej kobiety, ten skromny obrazek z plam wątrobowych i grubych żył, drżała, podskakiwała na krawędzi stołu.

Gdy milkła, przez uchylone okno do mieszkania wpadał warkot robót drogowych. Pruto asfalt, którym kiedyś ozdobiono barokowy park miejski po drugiej stronie ulicy.

Dla zrestartowania staruszki grzecznie poprosiłem, by wróciła do początku opowieści o tułaczce w ostatnich tygodniach wojny. „A może coś o biedzie?” – ciepłym głosem podsuwałem znane z książek historyczne klisze.

Skinęła głową. Odczekała chwilę, i znów – pach, pach, pach! – bezbłędnie wyliczyła miejscowości przed laty napotkane na drodze. Ich nazwy powróciły, choć poprzedniego wieczoru mozolnie usuwałem je z notatek.

– Wreszcie dotarłam tutaj. – Krzywym palcem wskazała wykładzinę na podłodze. Niepewna, czy dość jasno się wyraziła, mając przecież na myśli całe miasto, rozdygotaną ręką zrobiła zamaszyste koło, obejmujące ściany i wysokie okno. Cichutko zachichotała.

Cóż, z porwanych zdań drugiej rozmowy, mimo wszystko złożyłem następującą historię. Do centrum upadłej metropolii dotarła boso. Buty rozpadły się, gdy tylko zobaczyła ruiny gotyckiej katedry w centrum miasta. Miasto niedawno zdobyła obca armia. Zgliszcza kościołów i kamienic nie chwytały jej jednak za serce. W ogóle wszystko było tu obojętne młodej pani Marii, co stanowiło wielką zaletę i dobrze wróżyło na przyszłość.

W pewnej chwili jej uwagę przyciągnął kształt wypalonego domu, niegdyś czteropiętrowego. Opadłe belki poddasza, wanna zwisająca poza linię elewacji. Młoda pani Maria usiadła na zimnym krawężniku. Widok poskręcanych przewodów i marchewkowych cegieł podziałał kojąco na nerwy. Nagle zasnęła na ziemi. Po przebudzeniu (ktoś szarpnął ją za włosy, by sprawdzić, czy w ogóle żyje, po czym uniżenie przeprosił za pomyłkę) postanowiła tu zostać przynajmniej na jakiś czas. Pomysł dobry, jak każdy inny.

W obcym języku znała kilka prostych zdań. Wystarczyło. Pierwsze zatrudnienie na czarno znalazła na zapleczu magazynu konfekcji damskiej. Dokoła piszczała bieda, głód ściskał żołądki, a tu, proszę, otaczały ją ciężkie bele materiałów nieznanego pochodzenia. Kontrabanda wojenna aż miło. I oczywiście zwycięzcy żołnierze, wszędzie. Miała ich dość, wyrastali w mundurach koloru trawy jak spod ziemi.

Wstydziła się, że nocami w wynajętej połowie służbówki budzi obcych ludzi. Przez sen krzyczała w ciemność. Pewnego razu zerwała się na równe nogi i zauważyła, że pomiędzy firankami przechodzi srebrny promień księżyca, nadając przedmiotom ciepły połysk oraz przyjazny kształt. „Niech pan się nie śmieje”, poprosiła, zniżając głos: „Wtedy postanowiłam, że zostanę w tym mieście «na wieki wieków», cokolwiek by się działo”.

Zmieniła pracę. Pomimo początkowych trudności z dojazdem zatrudniła się jako pomoc kuchenna w szpitalu psychiatrycznym na przedmieściach.

Gorzki półuśmiech na dłużej zatrzymał się na upudrowanej twarzy. Zmywanie setek talerzy czy szorowanie kilometrów podłóg wypełniło życie dyskretną rozkoszą rutyny. Kobiece dłonie stwardniały.

Pacjenci? Debilom przyglądała się raczej z oddali, niechętnie. Niektórym ciała wyrywały się spod kontroli. Części twarzy ożywiały serie grymasów, kończyny fikały koziołki. „Na dłuższą metę, proszę pana, to było nie do zniesienia”. W wolnych chwilach, których zresztą nie było tak mało, samotnie spacerowała wokół placówki. Mogłaby godzinami opowiadać, jak przyjemnie jest przechadzać się wzdłuż tracących tynk i kolory pawilonów, ale po co?

Co kogo obchodzi to, że czasem w psychiatryku miło jest oprzeć się o korę twardych drzew, zamknąć oczy, mocno, z całych sił, i słuchać śpiewu ptaków, no i tak dalej, byle tylko nie myśleć?

Tak (rzekomo) minęło dwadzieścia lat z życia kobiety. Podejrzanie spokojnych, jak na mój gust, i zupełnie nie do zniesienia dla czytelników weekendowego wydania gazety. Uznałem, że baba kręci. W każdym razie nic jeszcze nie zapowiadało historii, dla której dziennikarz, po dziesięcioleciach, wyruszy na poszukiwanie stojącej nad grobem kobiety.

[…]

[Dalszy ciąg w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2022 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.