12/2021

Adrian Gleń

Wypis z istnienia.
Okruchy metafizyki w ostatnim tomie Dzienników Sándora Máraiego

Samobójstwo
Czytam to zdanie raz po raz. Trudno o bardziej wstrząsającą sytuację. Stary człowiek z San Diego ma już tylko jedną główną wątpliwość; treść jego życia zakłóca taki oto lęk: „Jeśli oczy tak mi się będą psuć czy będę w stanie odnaleźć w szufladzie rewolwer?”1. Kilkanaście stron dalej pisarz właściwie powtórzy słowa o „ostatnim zmartwieniu”, bez rozpaczy, spokojnie. Co będzie, jeśli „nie zdążę się zabić, nim nastąpi całkowity bezwład”? [D5, 366].

Zapomniany przez (wszech)świat, opuszczony przez bliskich (brata, żonę, przybranego syna), którzy kolejno odchodzili z tego padołu, stary węgierski pisarz Sándor Márai, mędrzec i wirtuoz XX-wiecznej prozy, stoik pokładający dotychczas ufność w boże wyroki i tak zwaną opatrzność, postanawia stosownie przygotować się na nadejście momentu niedołężności: zapisuje się na kurs obchodzenia się z bronią („to jedno z najdziwniejszych przedsięwzięć mojego życia”, powie Márai, D5, 362), kupuje rewolwer, by wreszcie – w chwili, w której ciężar uwiądu ciała stanie się nie do zniesienia („Nie snuję planów samobójczych”, zapewnia, D5, 350; kilka dni później powtórzy: „Nie chcę umrzeć. W tej chwili jeszcze nie chcę”, D5, 352) – zdecydować się na strzał przerywający istnienie.

Przeczuwał to już od pierwszych symptomów zbliżającej się starości. W ostatnim tomie Dziennika wizja starości jako rupieciarni egzystencji co rusz pojawiać się będzie jako zapowiedź, swoista prefiguracja dramatycznego wyboru samobójstwa:

Starzy ludzie w lobby hotelowym. […] Rupiecie, których jeszcze nie uprzątnięto. Odejść w odpowiedniej chwili, nie czekać, by człowieka uprzątnięto. [D5, 89]


Końcowy akt, samobójstwo Máraiego, nakazuje wprawdzie raczej pełne (na-bożnej?) powagi milczenie, aniżeli ludzką gadaninę, jaka nigdy nie dosięgnie tajemnicy tych zdarzeń, jednakże ożywiany lekturą ostatnich sekwencji dziennikowych zapisów dumnego Węgra umysł czytelnika (świadka, dopuszczonego do misterium umierania, które Márai opisał z bezwzględną szczerością, jak nikt inny przed nim w światowej literaturze) nie potrafi znieść ciszy i mnoży pytania, pragnąc zrozumieć, pragnąc zajrzeć za zasłonę diarystycznej frazy, aby na moment choćby wejrzeć w podłoże myśli będących areną dla słabnącego żywiołu życia i obietnicy odpoczynku, którą podpowiadała śmierć, wydarzających się wewnątrz bezgranicznie samotnej świadomości pisarza.

Ostatnie słowa zapisane w máraiowskim Dzienniku stanowią sam rdzeń sytuacji egzystencjalnego wyboru. Rozgorączkowana wyobraźnia czytelnicza podpowiada, że po ich napisaniu Márai wycelował pistolet we własne podniebienie i nacisnął spust… Tymczasem od owego ostatniego wpisu w prowadzonym od dziesięcioleci diariuszu mija jeszcze ponad miesiąc, zanim pisarz skieruje broń ku swojej czaszce. Możemy jedynie domyślać się, jak bardzo dojmująca i nieznośna stała się starcza zniedołężniałość, że był to czas, w którym rozpad cielesnych funkcji biologicznego życia, jakich pisarz doświadczył, utwierdził jego wolę w tym, aby dokonać ostatniego jej aktu.

„Nie ponaglam, ale i nie ociągam się” (D5, 387): dramatyczny kontekst, w jakim istnieje ta formuła, zrazu przesłaniać może jej głębię. Powiedziałbym najprościej, że kryje się w niej, by tak rzec, utulona zgoda na porządek samobójstwa, które – podobnie jak tzw. śmierć naturalna – powinno, ufał być może pisarz, mieć swój czas (zatem stoi za tym mniemanie, że samobójstwo jest zjawiskiem na pewien sposób tyleż rozumnym, co nieuchronnym, przychodzącym „w samą porę”).

Niewątpliwie to paradoks. Bo oto samobójczy akt, jawiący się (czy pozornym?…) zwycięstwem gasnącej woli, przestaje mieć jedyne źródło w samej świadomości samobójcy; jego dłoń naciskająca spust przypomina bardziej narzędzie niewidzialnej siły życia (?), które znów zdaje się metafizycznym żywiołem, działającym być może na planie pewnej opatrzności, w której istnienie pisarz być może nie przestał – lecz któż to może wiedzieć?… – pokładać nadziei.

Tak, wiem, brzmi to heretycko, sprzecznie ze wszelkimi wykładniami (zwłaszcza funkcjonującymi w ramach etyki chrześcijańskiej) rozumienia samobójstwa, które ze zrozumiałych względów potępione być musi przez monoteistyczne religie jako niezgodne z samą ideą dobrego stwórcy. Samobójstwo wydaje się stać w zasadniczej, kardynalnej sprzeczności z potencją snucia dobra i powoływania życia, stanowi uzurpację człowieka-kreatora-niszczyciela, każdorazowo bowiem jest zamachem na samą istotę TWORZENIA, będącą podstawowym przymiotem boga. Jeśli jednak uznać, że w planie boskiej ekonomii (ekonomii, a nie – świadomości) mieści się też logika niszczenia (śmierci, starości, cierpienia: zła), tedy sam akt samobójstwa może wydać się działaniem usprawiedliwionym przez głęboko ludzkie (i równocześnie boskie?) pragnienie godnej śmierci, uzasadnioną korektą dzieła, w które wsączyło się skażenie – zatem czymś w rodzaju „gnostyckiego” sprzeciwu wobec dzikiej żądzy jakiegoś przeciwnika boga, którego zajęciem jest nieustanne psucie i niszczenie…

Dlaczego tak wiele tutaj miejsca poświęcam zgrzebnym i pospiesznym syntezom wielu wieków tradycji dyskursu egzystencjalno-tanatologicznego? Dlaczego w takim uproszczeniu (i już w tym miejscu eseju) rysuję, jakże przecież szkicową i niedoskonałą, wykładnię pewnego rozumienia aktu samobójstwa? Dlatego, iż starość – w świetle máraiowskiego Dziennika – jawi się jako, by tak rzec, nie-boskie przekleństwo, życie głęboko skażone, czas, w którym byt ludzki staje się naraz zdefektowany i nieudolny, faza nicości – po prostu – osiąganej podczas jeszcze-życia (albo już-prawie-nie-życia).

A to wszystko – ba!, naturalnie… – kłóci się z tym, że „wszystko dobre było i jest”. I że do końca królować powinna w człowieku zgoda i pochwała świata in omnio extenso. A jednak przy czytaniu z maksymalną empatią ostatnich stronic Dziennika może nie przyjdzie nam tak łatwo napisać, iż węgierski pisarz „nie sprostał wyzwaniom, jakie życie przed nim postawiło i w lutym 1989 roku popełnił samobójstwo”2.

Interesuje mnie to, w jakich rejestrach poruszała się myśl Máraiego w ostatnich latach, jak ów proces stopniowego odchodzenia wpływał na jego widzenie sprawy metafizyczności ludzkiego bytu, kwestię istnienia Boga i wyobrażenia eschatologiczne. Teresa Worowska podsumowuje w posłowiu krótko, iż pisarz nie wierzył „w istnienie pośmiertne, choć powracające przez całe życie rozważania o naturze Boga nie odstępowały go również w ostatnich latach”3. Ale chyba nie jest to takie proste i taka konkluzja wydaje się jednak symplifikacją. Nie będę, rzecz jasna, dociekał, dowodził i rozstrzygał, czy Márai jednak wierzył, czy pozostawił sobie jakiś metafizyczny margines, czy dokonał jakiejś „ostatecznej decyzji” (vide Boros). Nie chcę dokonywać prostego zrównania litery Dziennika z myślą Máraiego-człowieka. (Któż z nas dowiedzie, co wydarzyło się w tym ostatnim, poza-piśmiennym czasie życia pisarza? Może ręka uśmierciła ciało, by wyzwolić z niej udręczoną duszę? A może pisarz sądził, że oto rozpoczyna – jak to założył już wprzódy – podróż w nicość? To wszystko słowa, które istnieć mogą tylko w pozycji nawiasowej). Nikt z nas nie ma do tego – i, jak sądzę, mieć nigdy nie będzie – żadnej legitymacji.

Wypis
Umieranie zaczyna się w chwili – napisze Márai ostatniego dnia października roku 1984 – gdy człowiek już nie uważa za niemożliwe tego, że umrze. Przez osiemdziesiąt cztery lata nigdy nie czułem, że to możliwe, i miałem rację. [D5, 306]


„Miałem rację, że nie uważałem śmierci za coś możliwego”, mówi Márai na przekór wszelkim mądrościom egzystencjalistów, którzy z fenomenu śmiertelności – otwierającego się naraz w głębinowym doświadczeniu trwogi, wyrywającego nas z codziennego upadku, bezmyślnego: „a, żyje się” – uczynili, jak pisał filozof, „najbardziej własną możliwość egzystencji”. Poprzez moje doświadczenie śmierci, otwiera się przede mną możliwość ujednostkowienia, które jak gdyby popycha mnie dopiero „do bycia sobą, a więc do bycia innym niż wszyscy inni […]”4. Trwożymy się i wreszcie zdajemy sobie sprawę z wagi rzeczywistości, rozpościera się – już przede mną konkretnie! – horyzont moich możliwości. Mogę być sobą najpełniej jak to możliwe, jeśli będę stale s-trwożony. I idąc dalej –


Autentyczne doświadczenie śmierci – pisał Martin Heidegger – odrywając mnie od codziennej krzątaniny […] stawia mi przed oczyma możliwość skrajną i ostateczną – możliwość niebycia – kierując przez to moją uwagę na samo to bycie po prostu5.


Jako „uświadomiona możliwość” śmierć czyni nas, chcą egzystencjaliści (a z czego znakomicie drwi w Herzogu Saul Bellow), autentycznymi. To ona jest bramą do ponownej inkorporacji w świat. U Máraiego – przeciwnie! (Zresztą, staremu człowiekowi – mądrze i prosto wyraził to ongiś Ryszard Przybylski w swojej pięknej Baśni zimowej – nie ma sensu prawić mądrości o tym, że jest bytem-ku-śmierci, bo się tylko roześmieje). Śmierć wtrąca się w nasze sprawy, paraliżuje wolę (tworzenia), stanowi przeciwieństwo czucia życiowych esencji. Miałem rację, mówi Márai, iż odsuwałem ją nieustannie z horyzontu mojego widzenia. Jak Płoszowski, bohater Bez dogmatu Sienkiewicza, węgierski pisarz mógłby jeszcze nam podpowiedzieć: „dopóki żyję, nie wierzę we własną śmierć”. Lekcje śmierci są wszak tyleż podstawowe, co truistyczne: umrę, więc powinienem docenić piękno i wejrzeć w siebie, aby zwrócić się ponownie ku istnieniu. (Wie to właściwie każdy spacerowicz, który widział wieczorne światło). Na nic odtwarzanie tego wydarzenia, ciągłe ponawianie „uwewnętrznionej śmiertelności” – to do niczego nie prowadzi (albo: prowadzi właśnie do niczego; być może tego pragnie filozof wpatrujący się w „ciemną kroplę nieskończności”, marzący o nowym projekcie „słuchania języka”, a nie poeta, który musi się spieszyć, aby odpowiedzieć na zew języka, jaki nakazuje mu imperatyw utrwalania, na przekór wszelkiej znikomości). Chyba że lubimy nurzać się, śmieszni i straszni mieszczanie (kto wie, czy cała ta propedeutyka nie jest wymierzona przeciwko znienawidzonej przez autora Przyczynków do filozofii formacji społecznej; i na tym się właściwie wyczerpuje), w oparach kiepskiej codzienności.

Ale oto „cały napad starości”, uwiądu, wobec tego heideggerowskie banały budzą w starym człowieku już tylko cierpki półuśmiech. Dwa miesiące później Márai notuje: „Nie mam w sobie żadnego protestu przeciw odejściu, niepokoi mnie tylko sposób umierania. Trzeba się zdać na los” (D5, 309). Zwłaszcza to ostatnie zdanie wyzwala cały szereg myśli, wątpliwości. Czym jest los? Kto jest jego (prawo)dawcą? Czym może być w istocie zawierzenie się owemu losowi?

Poczucie absurdalności (całkowitego braku fundamentu, na którym można by już nie tyle wznosić swoje życie, ile je po prostu znosić), krańcowego osamotnienia wynikającego ze śmierci ostatniego z braci, wreszcie nieludzkie obrazy odchodzenia ukochanej Loli (każdy z następujących po sobie wpisów jest jak stopniowanie beznadziejności, aż do stanu całkowitej rozpaczy, gdzie kończy się wszelki język, a zaczyna skowyt bądź katatonia milczenia), to wszystko doprowadza Máraiego do myśli o konieczności rozwiązania egzystencji:

W szpitalu. Nieruchoma, jakby spała. Nagle mówi: „Nie rozumiem, dlaczego trzeba przesypiać poniedziałek”. Później kaprysi. Ale nie wie dokładnie, gdzie jest i co z nią jest. Wracam od niej w ulewnym deszczu. Brak celu i nadziei we wszystkim, żadnej wskazówki, wszystko ciemne. […] Może błędem było czekać, może trzeba było odejść nam obojgu wcześniej, naraz? [D5, 333–334, z dn. 26.11.1985]

Patrząc na to „powolne umieranie” (które może trwać długo), nie mogę nie myśleć o tym, co ja będę robił, gdy ona umrze? Nie chcę już nic napisać, nie mam żadnych celów, ochoty na podróże czy spotkania, nie chcę niczego. Tylko wszystko uporządkować i odejść – ale na ile to jest szczere? Szczery jest strach przed „powolnym umieraniem”. Na korytarzu na wózkach, mężczyźni i kobiety, którzy już nie żyją, jedynie istnieją. Uciec przed tym […]. [D5, 335, z dn. 30.11.1985]

Wieczór wigilijny w szpitalu. Od sześćdziesięciu dwóch lat jest to pierwsze Boże Narodzenie, którego nie spędzamy razem. Kiedy przychodzę, pokój jest już ciemny, chorzy przygotowani na noc. Nie widzi, nie poznaje, trzymam ją za rękę i przez godzinę siedzę przy jej łóżku. […] Nie potrafię już protestować, nie ma we mnie gniewu ani oskarżeń. Jest poczucie całkowitego bezsensu i bezwzględności życia. Nie ma „słów”, uczuć […]. Jakby wypaliło się wszystko, co w ciągu długiego życia błyskało lub płonęło. Przychodzimy z nicości i odchodzimy w nicość, wszystko inne jest dziecinnym wymysłem. To, co zdarzyło się po drodze, było czasami cudowne, ale zawsze bezsensowne i bezcelowe. Zawsze to „wiedziałem”, ale wieczorem w szpitalu w San Diego wreszcie się z tym pogodziłem. Gdyby była w domu, skończyłbym z nią i ze sobą. Ale tu nie wypada. Choć może to tylko tchórzostwo. [D5, 342, z dn. 24.12.1986]


Ilona odchodzi niespełna dwa tygodnie później, właściwie nie odzyskawszy już świadomości. Ten rok przyniesie jeszcze jeden niespodziewany cios. Nagłe uderzenie podstępnej choroby w ciągu niespełna dwóch tygodni zabiera z tego świata przybranego syna Loli i Sándora, Janosza.

Bilans w rachunkowej księdze życia pisarza. W kolumnie „ma”: nic, pusta stronica. Rachunek trudny do przyjęcia. Mimo to w starym człowieku z San Diego nie ma goryczy, ale i stoicyzm nie rodzi tutaj pełnej godności i uspokojenia zgody na obroty losu. Rzeczywistość (to, co poddaje się jeszcze procedurze czy też jakiemuś przymusowi zapisu) wypełniają już tylko lakoniczne relacje z resztek odruchów istnienia i stały imperatyw: byle tylko zdążyć, gdy przyjdzie czas!

[s]kończyć o chwilę wcześniej, niż gdy nie będzie to już możliwe, byle nie musieć znosić bezwładu, wózka na kółkach, karmienia, wszystkich tortur i hańby nursing home. Chyba niedaleka jest już chwila, kiedy będę musiał temu zapobiec. [D5, 357].


Jedyny sens podtrzymywania istnienia wyznaczają w trzech ostatnich latach pisarza lektura dziennika Ilony oraz jego sny, w których powraca wspomnienie zmarłej. Owe widzenia nazywa Márai „transmisjami”, „widzeniami” lub „gorącą linią”. Gdy i one ustają, u progu osiemdziesiątego dziewiątego roku życia pisarz zanotuje owo słynne ostatnie zdanie, które trwa jak suche drzewo na nagiej polanie.

Rok za rokiem. Cios za ciosem. Od osiemdziesiątego czwartego do osiemdziesiątego dziewiątego. Pięć ziemskich obrotów, które zatarły wszelką nadzieję, obróciły w popiół, co było cenne, odebrały wszystkich, którzy byli bliscy. Ale za ich sprawą nie wsączył się w serce pisarza jad goryczy, nie doznał rozpaczy, która wtrąciłaby go w uwiąd lubo popchnęła do natychmiastowego samobójstwa. Prze-żył, co było do prze-życia, przy-jął, co było do przy-jęcia. Nie zgodził się jedynie na „terminalną niedołężność”, bycie ciężarem dla drugiego człowieka, redukcję ciała do ciężkiego, trudnego do przesunięcia przedmiotu, wzbudzającego litość lub odrazę.

Przedstawiając po raz pierwszy polskiemu czytelnikowi ostatnie fragmenty Naplo, Feliks Netz poczynił nader lakoniczny komentarz, opatrując go jednak bardzo znamiennym cytatem z dziennikowych partii węgierskiego prozaika:

Márai bardzo ciężko przeżył śmierć żony, dodatkowym ciosem była nagła śmierć adoptowanego syna. Praktykujący katolik, autor głębokiej powieści o Chrystusie, a jednocześnie stoik, wierny czytelnik Marka Aureliusza i Seneki, przy tym natura depresyjna, w ostatnich latach życia zaczyna myśleć o samobójstwie. Bał się nie śmierci, lecz niszczącej siły starości. W dzienniku z roku 1971 daje poruszający opis starego księdza, Litwina, odprawiającego Mszę w rzymskiej kaplicy: „Kaplica jest zupełnie pusta; nie ma ministrantów, ni wiernych. Stary ksiądz w ornacie stoi przed ołtarzem: dwaj księża podtrzymują go z litości, ponieważ cierpi na chorobę Parkinsona, trzęsą mu się ręce i nogi. Drżącą ręką przewraca kartki mszału, trzęsąc się unosi hostię. Nie odwraca się, jest zupełnie sam: z chorobą, z rytuałem, może i z Bogiem…”6.


Tajemnica na zawsze pozostanie tajemnicą, niezależnie od tego, jak bardzo staralibyśmy się dać jednoznaczną odpowiedź i kwalifikację dla máraiowskiego aktu samobójstwa.

Ustawmy jeszcze na koniec tej części dwa cytaty z fragmentów Dziennika: pod datą 25 kwietnia 1987 roku czytamy: „Słowa. Bóg, łaska, opatrzność. Wszystko, co kapłani i filozofowie kiedykolwiek powiedzieli, to kłamstwa. Nie istnieje ani «cel», ani «sens». Są tylko fakty, bezlitosne fakty. Niedobrze się robi” (D5, 375); ponad rok później zaś, 24 lipca: „Wszystko jest w Bogu. I we wszystkim jest Bóg. Spinoza miał rację. Ale Bóg nie może być Bogiem religii” (D5, 384).

Te paradoksy chciałbym raz jeszcze sobie wyliczyć, uzmysłowić, nad nimi się pochylić i w nie się wmyśleć. By zrozumieć, co możliwe.

[…]


[Ciąg dalszy w numerze.]

Sándor Márai,
rysował István Szathmáry
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.