4/2026

Mateusz Górniak

Z biegiem lat, z biegiem dni.
Komedia mieszczańska

1: Naszczałem na klawiaturę, to było strasznie nerwowe przedwiośnie 2026. Zakwitały pąki, jakoś tak powoli, szybko topniały śniegi. Izrael i USA jako siły zjednoczone w kurestwie ruszyły na Iran jak po swoje. Ludzie wokół mnie strasznie dużo o tym wszystkim wiedzieli, aż mnie to trochę przerażało. Wymieniali rodzaje rakiet, szacowali liczby ofiar co do jednej, dziwnie się zapalali przy odmienianiu nazwy Epicka Furia przez wszystkie przypadki. Szedłem ulicą, spotkałem koleżankę, a ta bierze mnie za fraki i od razu nawija o Procy Dawida, Żelaznej Kopule, Strzale, Żelaznym Promieniu czy systemach SPYDER i Trophy. Ludzie wokół mnie żarli i trawili niuanse, z każdym dniem byli bardziej wiarygodni, bo codziennie polepszali swoje kompetencje. Rekordowo zimny środek lutego i rekordowo ciepły koniec lutego czy coś takiego. Oni cali rozpaleni. Toczy się w nich sześć czy siedem wojen albo katastrof. Uważają, że nic już nie czują. Ale ciało robi robotę za nich. Koledze uschło ramię. Koleżanka przez sen odgryzła sobie połowę języka. Wszyscy w czerwonych, fioletowych, różowych ranach i liszajach.

A ja co? Wiodę to swoje żałosne życie, w którym do człowieka przychodzi mnóstwo paczek do paczkomatu i wciąż trochę tradycyjnej poczty. No i jest sobie strasznie nerwowa wiosna 2026, zamarzyła mi się klawiatura, dawno nie umiałem sobie kupić czegoś fajnego. W wieku trzydziestu lat mam naprawdę wybredny gust konsumencki i coraz mniejszy głód masturbacji. Próbuję z tą klawiaturą. Kup i zapłać później. Stawiam na paczkomat. Czekam i fantazjuję o zakupionym płatnością odroczoną produkcie. W końcu dostaję powiadomienie i nie komentuję tego na głos, ale jestem cholernie usatysfakcjonowany jakością świadczonych mi przez InPost usług. Idę do swojego punktu. Znasz te nerwowe wtorki albo niedziele pod polskim paczkomatem? Mnóstwo wiary stoi i nikt do nikogo nic, każdy w telefoniku dłubie. I każde „dzień dobry” może być bombą.

No i co? Do nikogo się nie odezwałem, kliknąłem i odebrałem moją klawiaturę. Jarałem się, że będę na niej programował dwa razy szybciej. W domu długo jej nie odpakowywałem. Nie było po co. Miałem jeszcze trzy tygodnie L4 od psychiatry, więc superszybka i wydajna klawiatura do programowania nie była mi potrzebna. Pornosy oglądałem przez Yahoo na smart tv, do ludzi klikałem telefonem, tak jak i przez telefon postowałem i prowadziłem swojego peja o dziwnych i cholernie podejrzanych związkach ekonomii, mistyki, kanibalizmu i popkultury. Nawet nie włączałem komputera, odpoczywał sobie mój świecący maluszek. L4 od psychiatry, tak jak to u mnie zazwyczaj bywa, przybierało różne formy czasoprzestrzenne. W końcu trzy tygodnie kosmicznych aktywności poprzez pewnego rodzaju bierność się skończyły. Musiałem wstać na budzik i na budzik się zalogować, a potem nakurwiać kod i starać się aż tak nie garbić.

I wiesz, co się okazało? Nowa klawiatura okazała się niekompatybilna z moim kochanym komputerem. Wkurwiłem się jak nie wiem. Zaczęła się intensywna korespondencja z kontem sprzedawcy. Kilkadziesiąt wiadomości w kilka godzin. Najpierw pół godzinki z czatem, ale szybko dobrałem im się do ludzkiego mięsa i nawet chciałem toto ugryźć, no ale, kuźwa, nie wyszło. Nie dali mi zwrotu, nie dali mi opcji wymiany. Po trzech tygodniach od zakupu, w dodatku wciąż nieopłaconego, to oni mogą mi dać tylko rabat 80 złotych na kolejną klawiaturę. Więcej się nie rzucałem, przynajmniej nie w otwartym przez Allegro sporem ze sprzedawcą. Inaczej się wyżyłem – wziąłem tę niekompatybilną klawiaturę i rozwaliłem sobie na kolanie. Kupiona w zestawie myszka boleśnie roztrzaskała się o ścianę. Zajebałem w tę ścianę jeszcze kopa, a potem chodziłem, a raczej kuśtykałem po mieszkaniu i pytałem różnych przedmiotów „i kto tu, kurwa, rządzi, co?”. Następnie z głupim uśmieszkiem pozbierałem kawałeczki tego klawiaturowo‑myszkowego bajzlu, spakowałem je do śmieci i więcej się nie widzieliśmy.

No, może tydzień później znalazłem jakiś przycisk z literką. Nieważne. Ważne, że szybko i grzecznie posprzątałem, i ważne, że szybko i chętnie użyłem oferowanego mi rabatu i dzięki korzystnej ofercie spłaty kupiłem kolejną klawiaturę. Tym razem stwierdziłem, że zaszaleję. Kup i zapłać później. Miała świecić się w kilku różnych trybach, działać na kabel, więc oldschoolowo i w chuj precyzyjnie. Miała wyglądem przypominać mi wymuskane samochody i błyszczące wnętrza kosmicznych apartamentów. Przyszła do paczkomatu, bardzo szybko, jak to z paczkomatami zwykle bywa. Tym razem od kopa odpakowałem produkt i tym razem działał.

Och, jak ona najpierw działała! Ta moja klawiatura… I jaka była piękna… Pisałem kod, a każde stuknięcie było jak złamanie jakiejś małej, wyimaginowanej kosteczki. Od razu traktowałem ją jak jakieś żyjątko, jakby pod klawiszami były chrząsteczki jakieś czy coś. Była kurde miękka i twarda jednocześnie. I świecąca, gdy chciałem i kliknąłem taki specjalny przycisk. Rano pracowałem na niepodświetlonej, a wieczorami buszowałem po sieci przy migającej albo świecącej na różowo czy fioletowo.

I wiesz co? Pewnego dnia, a dokładnie to pewnej nocy, akurat jak byłem nakręcony amfetaminopodobnymi cukierkami, klawiatura się zacięła.

Nie, że straciła łączność i nie dało się programować. Dało się. Ale ona ciągle migała.

Przez symbole, cyfry i litery na mojej klawiaturze przepływała nieustająca fala kolorów. Żółty, zielony, niebieski, różowy, fioletowy, czerwony. Migała jak jakaś jebana choinka w klinice dla schizofreników. Pod koniec lutego, kurwa, albo na początku marca – już nie pamiętam. Coś się zepsuło i padł przycisk regulujący świecenie, nagle działała już tylko wściekła feeria.

Siedziałem przy takiej migającej trzy noce i trzy dni. Potem naliczyłem trzy tygodnie, podczas których coraz chętniej sikałem do butelek i opychałem się amfetaminopodobnymi cukierkami.

Trzy tygodnie i trzy miesiące.
Trzy miesiące potem trzy tygodnie i trzy kolejne dni. I zmienił się rok. Albo po prostu miałem wrażenie, że jest sylwester. Albo ktoś gdzieś z jakiegoś powodu odprawiał sylwestra.

Klawiatura cały czas migała. Mnie było cały czas niedobrze. I jeszcze coraz gorzej, i jeszcze gorzej – wiesz, jak to jest. W końcu wziąłem i odłączyłem tę klawiaturę. I zajebałem nią o ścianę, a potem w tę ścianę zajebałem jeszcze kopa. I wiesz co? Klawiatura leżała rozjebana na ziemi, a mi się przypomniało, że z trzy dni i trzy godziny nie lałem. Pół godziny, w wielkich boleściach, to w sobie wzniecałem, a potem nadszedł strumień i spektakularnie się odpryskałem – na nią, na tę przeklętą, leżącą na podłodze i już‑tak‑kurwa‑nie‑migającą‑klawiaturę.

Czy zrobiło mi się lepiej? Oj, tak. Od razu zrobiło mi się lepiej. Jak ręką, kurwa, odjął. Dwadzieścia procent mniej lęków. Siedemdziesiąt osiem procent więcej energii do życia. Osiemdziesiąt procent mniej obsesyjnego podejścia do rzeczywistości. Nagle miałem lepsze ciśnienie, o dwanaście procent.

Czy żałuję, że tak wybuchłem i najpierw zdeptałem klawiaturę, a potem na nią naszczałem, a kiedy skończyłem szczać, to jeszcze po niej skakałem, bo mnie oszukano i to jest, kurwa, strasznie niesprawiedliwe?

Nie, nie żałuję. Chcę nakręcić o tym film. Wziąć się za te felerne klawiatury i ten mój zjebany los na poważnie. Pokazać ludziom, jak to jest być takim hardkorem jak ja. Opowiedzieć swoją historię, bo to jakaś pomniejszona i ładniejsza wersja historii świata.

Tak, moje życie zasługuje na film. Historia z klawiaturą jest tylko pierwszą z brzegu. Moje życie jest spektakularne. Nie mogę narzekać. Jeżeli od zawsze czuję się jak bohater jakiegoś filmu, to czy nie powinienem po prostu chwycić za kamerę?

Co jeszcze u mnie? Nie wiem, co u mnie. Czuję się dobrze. Historia z klawiaturą jest tylko jedną z kilku niedobrych historii w moim raczej‑OK‑życiu. Słucham ostatnio więcej muzyki, bo znudziły mi się wszystkie podcasty. Porządkowałem pocztę. To jeszcze u mnie. No i jak to czasem bywa, znalazłem coś, czym miałem się kiedyś tak lub inaczej zająć, ale zapomniałem, przepadło na stosiku. A potem mnie atakuje, nie że jakoś natrętnie. Ale dosyć sugestywnie.

„Każdy obywatel Rzeczypospolitej Polskiej ma konstytucyjny obowiązek obrony Ojczyzny. Bezpieczeństwo Polski nie zależy tylko od wojska, ale opiera się na szerokim zaangażowaniu mieszkańców naszego kraju.” – Poradnik bezpieczeństwa – „Przeczytaj, przećwicz i zachowaj!” Dobry papier, biało‑czerwona okładka, wygląda jak plakat do jakiegoś futurystycznego filmu Andrzeja Wajdy. Bezpieczeństwo w tłumie. Na biało‑czerwonym tle osoby ludzkie i jedna nieludzka, bo psia – stoją przodem do trzymającego Poradnik, jakby pozowali do zdjęcia. „Twoje przygotowanie ma znaczenie”. Albo jakby pozowali do zdjęcia w filmie, w którym zaraz coś złego ma się stać. Albo jakby pozowali do zdjęcia po zrobieniu czegoś strasznego, o czym może jeszcze nie wiemy, ale już się trochę domyślamy, o co chodzi. „Pamiętaj, że zawiadomienie Policji czy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego niczym Ci nie grozi. Twoje zgłoszenie zweryfikują służby i podejmą odpowiednie działania”. Jakby pozowali do filmu, w którym wiemy, że zrobili coś strasznego i że coś strasznego zaraz im się stanie. „Decyzji o rozpoczęciu przygotowań nie odkładaj na później”. Jakby pozowali do zdjęcia w filmie, w którym już im się coś stało. Szkoła, Praca, Reagowanie, Schronienia. Reality‑show Schizofrenicy na froncie, sezon trzeci odcinek drugi. Mój boże, pięknie dziś wyglądasz. Niepokojące zachowania… Słyszysz? Pięknie dziś wyglądasz. Zagrożenia chemiczne, biologiczne, radiacyjne i nuklearne. A popatrz na to zdjęcie.

I co jeszcze u mnie? Wiek biologiczny – pół roku młodszy od swojego kalendarza. Kategoria wojskowa A, uzależniony od leków, chorowity i lękliwy. Dwadzieścia procent więcej magnezu niż potrzebuje mój organizm. To chcesz słyszeć? Świetne wyniki, jeżeli chodzi o ciśnienie i pracę serca. Ale, niestety, popatrz – ten paluszek jest trupem.

To u mnie. Zgnił mi, umarł, mały paluszek w lewej ręce. Tyle u mnie. Lekarze dali mi wybór. Albo, kolego, ciachniemy ci go i stracisz na symetryczności, albo, koleżko, zostawiamy ci go i paluszek najpierw trochę popodśmierduje, a potem będzie uroczym, siwym i martwym dodatkiem do twojego ciała. Wybrałem oczywiście opcję pomnikową, bardziej spektakularną, siwą taką i ciemnozieloną. Teraz noszę na końcu lewej ręki takiego trupka. Już wcale nie aż tak śmierdząca metafora naszego gnicia jako istnienia i gnicia jako przemijania. To jeszcze u mnie.

Już tak nie śmierdzi, prawda? Ja myślę, że już tak nie śmierdzi. Trzeba się cieszyć. Po prostu cieszyć i chodzić ucieszonym po świecie. Dostałem nowe recepty, są cool. Uczę się też gotować i nie wiedziałem, że to może być takie przyjemne. Widzisz? Uczę się życia, na różne sposoby. Paluszek poszedł się pierdolić, umarł w bólu, ale trzeba iść dalej i dziękować nieznanym chorobom, że wciąż ma się dwie nogi.

Co jeszcze u mnie? Zastanawiam się, czy mnie kochasz.

[…]


[Całość można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.