09/2021

Sławomir Buryła

Zapachy wojny

Rozpocznę od wyznania: uważam Andrzeja Stasiuka za najważniejszego przedstawiciela „pokolenia brulionu”, więcej, za najwybitniejszego – obok Wiesława Myśliwskiego – żyjącego prozaika. Wymieńmy choćby Grochów – należący do grona największych polskich opowiadań XXXXI wieku. Takie wiernopoddańcze deklaracje sytuują krytyka na miejscu fana, wielbiciela zdolnego jedynie do werbalizacji podziwu. Postaram się wszakże wskazać te fragmenty Przewozu, które osłabiają mój zachwyt.

Fabuła Przewozu rozwija się w dwóch równoległych planach czasowych. Zasadniczy jej fragment traktuje o dniach bezpośrednio poprzedzających atak Niemiec hitlerowskich na Związek Radziecki. W czerwcowym upale 1941 roku Stasiuk osadza dwa wiodące wątki. Pierwszy to dzieje kilkoosobowego oddziału partyzanckiego dowodzonego przez człowieka o pseudonimie Siwy. Wolno go chyba uznać za wątek dominujący w Przewozie. Drugi to opowieść o losach Doris i Maksa – dwojga młodych Żydów ukrywających się w wioskach Polesia. Zamierzają oni przekroczyć rzekę, by dostać się do Birobidżanu. Tam – w Żydowskim Obwodzie Autonomicznym powstałym przy granicy chińsko-rosyjskiej – Stalin skupił ludność żydowską. Z pewnością ucieczka na wschód dla tych Żydów, którzy odpowiednio szybko zorientowali się w planach Hitlera, stanowiła mniejsze zło niż dalszy pobyt na terytoriach zajętych przez Trzecią Rzeszę. Niekiedy oznaczała uratowanie życia. Niemniej Birobidżan nie był żadną obietnicą szczęścia oferowaną przez przyjaźnie i altruistycznie nastawionych przywódców ZSRR. Stanowił pomysł Stalina i jego akolitów na walkę z ideami syjonistycznymi, postrzeganymi przez komunistów jako wrogie i zagrażające państwu sowieckiemu. O tym wszystkim jednak nie usłyszmy od Doris i Maksa. Wizja ocalenia przesłania im myśl o ewentualnych niedogodnościach i krzywdach, jakie mogą ich spotkać w Kraju Rad. Nie musi to dziwić. Wiedza o Birobidżanie nie była wtedy wiedzą powszechną, ale nawet gdyby Doris i Maks znali prawdę, byłaby ona zapewne dla nich mniej straszna niż wizja zetknięcia się z rasistowską machiną Hitlera.

Czytelnik Przewozu może się zastanawiać, dla jakich powodów Stasiuk wprowadza współczesną perspektywę czasową. W epoce pandemii narrator ponownie odwiedza strony rodzinne – dom dziadków. Sceny z dzieciństwa sąsiadują z realiami z ostatnich kilkunastu miesięcy. Rzeczywista przestrzeń – jak to niekiedy bywa u autora Opowieści galicyjskich – splata się z imaginacyjną, projektowaną, generowaną przez pamięć i wyobraźnię. Kłopot w tym, że rozdzielenie pracy pamięci i wyobraźni jest w praktyce niewykonalne. Wspomnienia z lat sześćdziesiątych i początku siedemdziesiątych XX wieku – o kruchej konsystencji, nieostre i mgliste – spotykają się ze wspomnieniami wojennymi. Depozytariuszami tych ostatnich są dziadek i ojciec oraz okoliczny krajobraz. Dziadek i ojciec jednak milczą. Wojna bowiem to sprawa dorosłych. Narrator Przewozu ma pretensje do ojca, że ten tak niewiele mu opowiedział. Być może ojciec opowiedziałby więcej, gdyby syn wykazał większe zainteresowanie. Młodość rzadko chce słuchać o przeszłości.

Pamięć syna (urodzonego po wojnie) nie jest i nigdy nie będzie pamięcią rodzica-świadka. Niepewny tego, co usłyszał w dzieciństwie, pisarz musi odwołać się – choćby częściowo – do wyobraźni. Tę zaś może zapłodnić krajobraz, ziemia, przez którą przetoczyła się historia. To dlatego narrator przybywa w rodzinne strony, jakby oczekując, że każdy z takich wyjazdów i każdy z takich pobytów pobudzi wyobraźnię, ale też narzuci jej formę, powstrzyma w ryzach i nie pozwoli odpłynąć w dowolnym kierunku. Pozostaje więc odgadywanie szyfrów przeszłości z okolicznego pejzażu. Narrator musi przyjąć rolę archeologa kopiącego w kolejnych warstwach czasu. Odsłania przy tym dwa jego pokłady równocześnie – dzieciństwa i wojny.

Wątek współczesny ma do spełnienia jedno zasadnicze zadanie – Stasiuk chce się w nim zmierzyć z pogmatwaną XX-wieczną historią Polski. Tematem, który szczególnie zajmuje umysł podróżnika, skazanego przez epidemię na przemierzanie przestrzeni „tego kraju” (jak się go określa w Przewozie), powodem kolejnych odwiedzin krainy dzieciństwa, jest wojna – a raczej wspomnienie wojny.

Jeśli Przewóz czytać jako rodzaj raportu o moralnej i intelektualnej kondycji społeczeństwa polskiego w czasie okupacji, to czy Stasiuk nie ułatwia sobie sprawy i nie nazbyt upraszcza diagnozę? Narrator Przewozu – w partiach „dyskursywnych”, w przywoływanej już drugiej warstwie powieści odnoszącej się do czasów powojennych – formułuje sądy o Polsce i polskości. Taka właśnie konstrukcja utworu każe zapytać o trafność konstatacji oraz reprezentatywność postaci i zdarzeń. Kim jest Siwy i jego oddział? Mówią o sobie „wojsko polskie”. Nie mają jednak mundurów. Z wypowiedzi plutonowego i jego podwładnych (etnicznej koncepcji narodu, wrogości wobec obcych, zwłaszcza Żydów) należałoby wnioskować, że to żołnierze Narodowych Sił Zbrojnych (formalnie jednak NSZ powstały jesienią 1942 roku). Kim zatem są? Wydaje się, że tak jak ksiądz w Przewozie mają oni być synonimem polskich partyzantów – ich postaw i wyborów dokonywanych w czasie okupacji. Co zatem chce nam powiedzieć Stasiuk o konspiracji na Polesiu? W Przewozie partyzanci albo nie wiedzą, po co poszli do lasu albo kogo i za co zabijają. A co wiedzą? Wiedzą, że trzeba zabijać Żydów, że wojsko może grabić (bo im się to należy) i gwałcić (bo też im się należy). Konspiracja zatem to banda gówniarzy i nacjonalistów. Czy nie za prosto? Mit partyzancki dawno już zdekonstruowano. Stasiuk może najwyżej utrzymywać się w tym nurcie. O ile Rojsty Konwickiego albo Do piachu Różewicza opowiadające o realiach życia w lesie były oryginalne (też i kontrowersyjne w swoim czasie), to Przewóz już nie.

Pytanie o Polskę i o to, co stanowi o naszej tożsamości w konfrontacji z czasami pogardy, Stasiuk chyba nazbyt łatwo ucina uwagami o rosłych osiłkach z koszulkami patriotycznymi na torsie i kibolską przeszłością. Kluczowy w tym kontekście jest rozdział osiemnasty Przewozu. Czytamy w nim: „Bo jak to jest? Nie wystarczy, że my pamiętamy? Że musimy żyć w pamięci innych? Dopiero wtedy spełnia się istnienie? Dopiero wtedy uchodzimy zagładzie?”. Świat rzeczywiście nie potrzebuje naszego cierpienia, naszej martyrologii ani naszej historii w ogóle. Nie, Polacy nie potrzebują uznania w oczach Zachodu. Polacy potrzebują sprawiedliwej pamięci. Jest jeszcze jedna kwestia. Przed kilku laty w Dojczland Stasiuk z dumą (może z przekory?) patrzył na zadowolonych z siebie Niemców, którzy już zapomnieli o tym, co robili na Wschodzie. Nie trzeba jednak jechać do Niemiec, wystarczy poczytać Aleidę Assmann. Gdy pyta ona o niemiecką pamięć o II wojnie światowej, dochodzi do wniosku, że jest to jedynie Holokaust oraz batalia na Wschodzie. A jaka jest wiedza Niemców o okrucieństwach na Polakach? Wedle Assmann znikoma, niemal żadna.

Musimy się mierzyć z własną przeszłością. Ona jest nam potrzebna. Ucieczka od niej nic nie zmieni. Może źle patrzę, ale widzę dwa plemiona w obecnej Polsce i dwie (fałszywe) alternatywy: odrzucenia przeszłości i egzaltacji przeszłością. Czy autor Przewozu nie nazbyt łatwo sytuuje się po pierwszej stronie? W powieści Sylwii Chutnik Dzidzia lekiem na problemy z polskością, Polską i jej historią, szansą na wyprowadzenie z obłędnego koła winy i kary, a przy tym na zaistnienie w przyszłości świata pokoju i tolerancji jest porzucenie uwierającej przeszłości. Histeryczny krzyk narratorki Dzidzi, zahaczający o myślowy banał, nie jest jednak perspektywą, ku której całkowicie skłaniałby się Stasiuk. Zapewne daje się wyczuć u niego zmęczenie stałym rozpamiętywaniem cyklicznych nawałnic dziejowych przetaczających się przez polskie ziemie. Jeśli mówić w tym kontekście o winie, to „winie” geopolitycznego położenia Polski (na co wielu już wcześniej wskazywało). Stasiuk trywializuje, prowokuje: „My tutaj? W czarnej dziurze, w czarnej dupie, zakładnicy Wschodu i Zachodu. W ogniu własnej historii, który nie może znaleźć ujścia i trawi czerep od wewnątrz. Trawi, wypala, wyżarza, aż pozostają tylko majaki? Zoologia honoru i chwały”. Zgoda, ale znowu, czy nie nazbyt to oczywiste.

Stasiuk nad planem okupacyjnych zdarzeń nadbudowuje inny. Niczym w antycznej epopei roztacza przed nami obrazy starcia potęg przerastających siły ludzkie, a nawet siły narodów. Germania walcząca z Tatarią, Azja pod postaciami hord Mongołów nadciągająca nad Europę, by ją unicestwić. Uosobieniem jej cnót jest Polska. Mówi o tym kapitan w pijackim widzie. W jego słowach odżywają koncepcje i idee wywodzące się jeszcze z sarmackiego imaginarium. Polska z racji swojego położenia skazana jest na batalię z mocami zagrażającymi łacińskiej cywilizacji. Stasiuk wykoślawia tę tradycję myślenia, ustawia w karykaturalnej pozie. Do wykazu lęków i niebezpieczeństw dodaje – wyrażone ustami księdza – zagrożenie żydowskie. Trudno nie przyznać racji autorowi, gdy piętnuje on antyżydowskie obsesje. Pisarz nie pozostawia jednak miejsca na nic innego niż prymitywny nacjonalizm, antysemityzm, ksenofobię i katolicką hipokryzję. Czy konspiracja akowska i poakowska tak właśnie wyglądała? Czy to było jej prymarne oblicze?

Jedynymi pozytywnymi – nieskazitelnymi – postaciami w Przewozie są Doris i Maks. Zjawiają się na wschodniej prowincji niczym przybysze z odmiennych światów – piękna, dobra, prawości. Młodzi Żydzi są forpocztami oświecenia, cywilizacji i etyki pośród osobników, którymi – w relacjach międzyludzkich – kieruje przemoc i agresja. Nieco przerysowuję, ale ogólny mechanizm konstruowania pary młodych Żydów – mówiących kilkoma językami, bywalców Paryża, oczytanych i wrażliwych – i kontrowania ich z tubylcami jest właśnie taki: czarno-biały. Bez półcieni.

Zero-jedynkowy obraz Doris i Maksa nie przydaje im autentyzmu. Wypadają oni najmniej przekonująco na tle innych postaci. Może dlatego, że tak bardzo nie przystają do realiów i klimatu nadbużańskiej wsi. Maks rozumie z niej tyle, co poznał z książek etnograficznych. Nie jest to mało, by orientować się w zwyczajach i prawach tu panujących, ale widać, że nie pochodzi on z tych stron. Zawierucha wojenna rzuciła go w świat groźny i nie do końca rozpoznany.

Przewóz nie ma głównego bohatera – to znaczy żadna z osób nie pełni roli wiodącej. Nie znajdziemy takiej, która odzwierciedlałaby punkt widzenia autora czy skupiłaby wokół siebie całą akcję lub uwagę czytelnika. Ta swoista demokratyzacja opowieści nie sprawia, że mamy do czynienia z charakterami rozmytymi. Jest raczej odwrotnie. Ewidentnie wybija się na pierwszy plan Siwy. Oprócz Siwego zapadają w pamięć ksiądz oraz tytułowy przewoźnik. Podobnie Miętus, Młody. Są też wyraziste postacie kobiece (gospodyni u księdza, zielarka).

Jak wiele osób z tych, które przeczytają Przewóz, zna Popielec Włodzimierza Kłaczyńskiego? Nie chcę teraz powiedzieć, że pomiędzy PrzewozemPopielcem istnieje łatwa i prosta analogia. Jednakowoż da się te dwa utwory ze sobą zestawić przynajmniej w jednym aspekcie – obrazu okupacji na polskiej prowincji. Wieś czasów wojny miewała szczęście do utalentowanych prozaików. Dość przywołać Okupację Stanisława Łukasiewicza (kilkukrotnie wznawianą), Nagą ziemię Bogdana Wojdowskiego, oryginalne powieści i opowiadania Tadeusza Nowaka oraz opasłe tomy Józefa Mortona (Appassionata). Nowaka i Mortona oddala od Stasiuka silnie zmetaforyzowana narracja oraz oniryczna (niekiedy apokaliptyczna) aura. PopielecPrzewóz spaja zaś naturalistyczne obrazowanie i bliska naturalizmowi koncepcja świata (szczególnie w opisie sfery ludzkiej seksualności). Powieść Stasiuka zdaje się być utkana z animalistycznej materii („Leżeli nieruchomo jak wielkie, brudne jaszczury”. Animalistyczne metafory to rodzaj stylistycznego refrenu – korespondujący z widokiem wojsk przesuwających się monotonnie na Wschód. Łatwo zauważyć korelację pomiędzy nimi. Zdążający w stronę radzieckiej granicy Wehrmacht przywołuje skojarzenia z olbrzymim potworem – monstrum z żelaza i stali (wywołującym strach pomieszany z podziwem). To monstrum wydała z siebie Ziemia. Pojawia się przy tej okazji metafora bliska dzisiejszej świadomości ekologicznej – ziemi nadmiernie eksploatowanej, drenowanej, zmuszanej do oddania – niczym w porodowych bólach – swoich zasobów.

Jednak to przede wszystkim ludzie w swych reakcjach, upodobaniach i działaniach przypominają zachowania znane ze świata natury. Pojawia się też porównanie ukrywających się Żydów do zaszczutych zwierząt. Często się po nie sięga w literaturze Holokaustu i nie ma ono akurat proweniencji naturalistycznej, ale polityczną i historyczną. Przy czym Stasiuk wprowadza tu dodatkowy obraz – lasu, w którym uwięzieni są ścigani i ścigający. Granic tego lasu strzegą dwa olbrzymy: hitlerowski i stalinowski.

Animalistyczne korzenie mają też zapachy. Zmysł węchu jest wszechobecny i mieści się między przyjemnością a odrazą. Najpierw o tym, co jest źródłem powabu. Pachnie kobieta i jej ciało. Pachnie przyroda. Tak, przyroda pachnie przede wszystkim. Woń jest silna, wręcz odurzająca. Przyprawia niekiedy o zawrót głowy. Tu Stasiuk pozostaje sobie wierny. Jak to się zazwyczaj dzieje u tego autora, niejednokrotnie natrafimy na zachwyt dla żywotnych mocy natury. Jej piękno poraża i ocala. Nie są to tym razem kazachskie i mongolskie stepy ze Wschodu, ale dzika przyroda Polesia.

Przewóz wydziela jednak z siebie przede wszystkim smród. Odpychający odór towarzyszy bohaterom i czytelnikowi w trakcie lektury. Wojna u Stasiuka cuchnie: „Miętus cuchnął trupem”. Cuchnie partyzant długo niemytym ciałem. Cuchnie rana (naturalistyczny opis gangreny, ropiejącego ciała Wydry, partyzanta pogryzionego przez świnię). Wreszcie specyficzny swąd roznoszą po okolicy żydowskie trupy palone w krematoriach Treblinki.

Wojna stanowi fundamentalne doświadczenie tej części Europy – między Odrą a Bugiem. Jej wyobrażenie pozostaje wciąż żywe. Mottem Przewozu mogłoby być zdanie: „Bo wojna się skończyła, ale nie minęła. Bo wojna tutaj nie mija nigdy”. Głównym bohaterem powieści Stasiuka jest bowiem pamięć i wojna, transfer międzypokoleniowy, problemy indywidualnej pamięci konfrontowanej z pamięcią narodową oraz samymi mechanizmami pamiętania i zapamiętywania. W Przewozie pamięć jest delikatną i labilną materią. I to na niej wznoszony jest gmach literatury. To tworzywo niewdzięczne, trudno pochwytne, a do tego łatwe do politycznego wykorzystania. W Przewozie chłopiec (alter ego autora) słucha i patrzy: „Przy stole rozmawiają dorośli mężczyźni, a on siedzi w kącie izby i słucha. Mówią o wojnie. Gdy jest wojna, mówi się tylko o niej. Nawet kiedy się kończy, wciąż się ją wspomina. Nie ma ważniejszej rzeczy w życiu niż wojna”. Powracające obrazy są bolesne i zarazem odurzające jak narkotyk: „Pili i wspominali wojnę. Nie było innych wspomnień. Nie mógł spać od tych głosów, od tego gorąca i dymu przesączających się przez deski podłogi. […] Gdy się ma piętnaście lat, nie można od takich rzeczy zasnąć. Od wspominania wojny, która przecież wciąż trwała i jak wódka czadziła umysły”.

Znamienne – regułę tę potwierdza Przewóz – że w literaturze współczesnej (a w najnowszej w szczególności) dominuje obraz okupacji. Wojna jest zazwyczaj portretowana raczej jako codzienność przetrwania niż frontowa rzeczywistość, częściej zwykłe codzienne, cywilne bohaterstwo (albo nikczemność i zbrodnie) niż odwaga na polu bitwy, na froncie. Nikt nie próbuje dziś przedstawiać nowego, frontowego Kwietnia Józefa Hena czy Ballad okrutnych Ryszarda Liskowackiego, za to chętnie sięga się po ducha przenikającego tytułowe Pożegnanie z Marią Tadeusza Borowskiego, Do piachu Tadeusza Różewicza, Drewnianego konia Kazimierza Brandysa albo Pamiętnik z powstania warszawskiego Mirona Białoszewskiego.

Stasiuk – jak zawsze – chce być autentyczny. Poczucie autentyczności zaś ma zagwarantować język, którym posługują się bohaterowie Przewozu. Nasycony wulgaryzmami, z pogranicza skatologii, emocjonalny, jakby w tej emocjonalności miała skrywać się jakaś głębsza prawda o świecie; prawda, którą tylko w ten sposób można wyrazić. Ten ekspresyjny, dosadny język przynależy do partii dialogowych – dobrze charakteryzujących mówiącego. Jego zadziorną, prowokacyjną naturę łagodzą passusy opisowe. To, co najlepsze w Przewozie, pomieszczono bowiem nie we fragmentach dyskursywnych, historiozoficznych wywodach o dziejach narodu, nawet nie w dynamicznych wymianach zdań i opinii między poszczególnymi postaciami, nie w sugestywnych tyradach Siwego, kapitana i księdza wygłaszanych pod wpływem wypitego samogonu, lecz w opisach natury, w którą wkomponowany jest człowiek ze swoim przeznaczeniem. Oto druga twarz Przewozu – nie naturalistyczna, odpychająca, ale delikatna, harmonijna synteza obrazu, dźwięku i zapachu: „Czuć było rzekę. Toczyła się tuż obok w mrok. Nagrzana za dnia, teraz oddawała ciepło. Płynęła przez ciemny kraj. […] Głos lelka milkł na chwilę, a potem znowu odzywał się martwym, drewnianym terkotem”. Takich magnetycznych obrazów jest więcej w Przewozie: „Szedłem w głąb martwego domu, w którym kiedyś byłem szczęśliwy. W letnie poranki w ukośnych promieniach słońca unosił się złoty kurz. Blask wpadał do podwórza. Tak samo jak te wszystkie dźwięki porannej krzątaniny. Turkot odwijającego się słońca przy studni, gdy wiadro opadało w zimny mrok, a potem skrzyp kołowrotu, gdy pełne powędrowało do góry”. Są też i zdania, które same – w oderwaniu od innych – są mikroświatami: „Trakt śmierci jak w sennym pejzażu”; „Pojedyncze trupy za wsią albo w rzece, nocą ktoś stuka w szyby samotnych domów”.

Proza polska sięgająca po rzeczywistość lat 1939–1945 (czy to w jej aspekcie militarno-frontowym, partyzancko-konspiracyjnym, łagrowo-lagrowym, czy okupacyjnej „średniej przetrwania”) rzadko z powodzeniem wykorzystywała fikcję. Najbardziej udane realizacje tematu wojennego w większości opierają się na szeroko rozumianym świadectwie, na zakotwiczeniu w realności przeżyć. Dotyczy to również literatury polskiej po roku 1989 (pomijając ważne teksty z obszaru literatury Holokaustu, z pewnością trzeba wymienić, traktującą o pacyfikacji Zamojszczyzny, Małą Zagładę Anny Janko). Tą drogą podąża też Stasiuk. „Wymyśloną” opowieść o Siwym i jego partyzantach, sytuującą się w żywiole fikcji, stara się uprawdopodobnić, osadzić w tym, co wie o okupacyjnych dziejach Polesia, ale też i czego dowiedział się z lektur historyków (vide losy Doris i Maksa). Dziedzicem heroicznego widzenia wojny i okupacji jest dziś literatura popularna. Od dwóch, trzech dekad bowiem w literaturze wysokiej mężczyzna nabrał rysów odrażających – śmierdzącego, zapijaczonego, zagubionego, uzależnionego od narkotyków chłopca przerażonego sobą, swoją rolą do wypełnienia (jest to przypadek przegadanej i nazbyt rozwlekłej Morfiny Szczepana Twardocha). Ale i Stasiuk jest częściowo z tego nurtu. Częściowo, bo Siwy jednak wzbudza nieco naszej sympatii.

Andrzej Stasiuk: Przewóz.
Wydawnictwo Czarne,
Wołowiec 2021, s. 400.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.