Jednak to sam Mokry od początku myśli o wierszach jako czymś, co przekracza kolejne progi tekstualności, na różne sposoby próbując zaangażować zmysły odbiorców. Testuje mechanizmy widzenia, wskazując na ikoniczność utworów, bo tak trzeba by spojrzeć np. na rozkładówkę Świergotu w formie plakatu, z serbskimi słowami dusza i krew. Eksperymentuje z dotykiem, traktując go jako haptyczne przedłużenia naszych procesów dekodowania, przesuwające się w stronę nowomaterialistycznych fantazji o wierszu splatającym się ze światem (choćby perforowana okładka żywych linii nowych ust i zastosowane w tomie „nitkowane” zakładki jako przedłużenie szwu). Gra również głosem, traktując poszczególne utwory trochę jak literackie partytury, wstęp do głośnego czytania, a właściwie wykonania, ze wszystkimi konsekwencjami takiego ujęcia (kod QR odsyła na stronę specjalnie stworzoną w celu immersyjnego poszerzenia odbioru). Chociaż Mokry nieustannie prowadzi dialog z kolejnymi historycznymi figurami awangardy (w żywych liniach… był to wprost Tadeusz Peiper, jego dziedzictwo i „biografia różnoległa”, a w debiutanckim czytaniu. Pisma eksperymenty z czasów Nowej Fali, powstające na styku mowy ezopowej i ingerencji cenzury w gazetową szpaltę), to myśli o poezji na sposób przednowoczesny: jako o wspólnocie głosów, czymś, co trzeba wymówić, wyrecytować, a ostatecznie nawet wyśpiewać. Choć to zapis stanowi przedmiot nieustannych ćwiczeń i obiekt naszej interpretacji, a organizacja bloków wierszowych na stronie wymaga zawsze osobnego komentarza, to właśnie głos i dźwięk są dla autora punktem wyjścia do myślenia o literaturze, o jej funkcjach i zdolności tworzenia wspólnot.
W zależności od tego, w którą stronę podążymy i które fascynacje bardziej do nas przemawiają, możemy więc czytać Mokrego jako eksperyment piśmienny z epoki nowej tabularności (poetą „teatru strony” i twórcą „wiersza postlinearnego” nazwał go niedawno Tomasz Cieślak‑Sokołowski1), jako traktatowe próby ożywienia awangardowej schedy (raczej świadomej ariergardy niż rewolucyjnego hufca) albo jako pieśni, rytuały, a nawet zapisy w duchu praktyk soundscape recording, w których dźwięki natury łączą się z rozmowami rodzinnymi i nagraniami głosów z przeszłości w wielkim poemacie‑archiwum (co miało miejsce już w Świergocie). Wspominam o tym wszystkim, bo podobnie jak poprzednie książki, również Solarysze są dziełem totalnym, nie tylko angażującym wszystkie zmysły, lecz także wymagającym wręcz poematowego trybu lektury. Każda z pięciu części tomu – Retencje, Antropiki, Emiter, Migracje i Solarysze – ma nieco inną poetykę, inny temat, patronuje jej inny tekst z archiwum naszej historycznej awangardy (kolejno: Czyżewski, Peiper, Stern, Brzękowski i Wat). Ale można je przeczytać jako spójną opowieść, fragmenty historii konkretnego bohatera i jego ucieczki od cywilizacji: zmagań z emisją i transmisją danych, z ciałem wirtualnym i materialnym, zmierzania od katastrofy do katastrofy, poszukiwania sensu, ćwiczeń etycznych na wzór amerykańskich transcendentalistów, a wreszcie ruchu w stronę jakiegoś nowego, postludzkiego „ja”:
Wybrane wiersze awangardowych twórców nie mają więc po prostu wywoływać wrażenia erudycji, choć jest w nich coś z celowego „studiowania” przeszłości. Jeśli czytać je jako część narracji, swoiste prologi do epizodów, to Czyżewski reprezentowałby Powrotem tę najbardziej naiwną fantazję o połączeniu porządku natury i techniki, naszą odpowiedź na Whitmanowską pieśń elektrycznego stworzenia. Peiper wierszem Z Górnego Śląska wprowadza kwestie wymiany energii i wznosi je ku refleksjom o surowcach kopalnych w przepięknej triadzie o „tłomaczeniu” węgla na złoto i bajki. Stern fragmentem Czcicielowi maszyn wnosi w tę postępową opowieść zwątpienie, metafizykę i nieredukowalną różnicę antropologiczną, a wraz z nimi katastroficzną wyobraźnię międzywojnia. Ale zapowie także pisane dystychem wspomnienie o matce Mokrego i zarazem ćwiczenia wokół różnych konotacji słowa „palić” („Żywiczenie gotowe ociec ziemię i wydzielane, ponawiane słowołania, nośniki wspomnień, które nie nadeszły. Ich czynne jeszcze, porzucone iskry”). Brzękowski otwiera część Migracje jako nasz główny awangardzista‑podróżnik, duchem bardziej w Paryżu niż Krakowie, ale jego Leforest dorzuca też wątki wspólnotowe (solidarność krzyczących ust). Na koniec zaś Wat z wierszem Płodzeńe – a jakże – wprowadza aspekty biopolityczne i ukierunkowuje całą tę opowieść na wytwarzanie (rodzenie? produkcję? syntezę? mesjańskie nadejście?) nowego życia i nowych „nas”, choć z początku: „Nie wiadomo jeszcze, z jakich pasm podłoża wydzielają się głosy, żeby artykułować życie, które dotąd nie nadeszło”. Żaden z tych arcydzielnych awangardowych utworów nie pozostaje bez swojego kontrapunktu w poemacie, żadnego Mokry nie zostawia po prostu jako wykładni gotowych skojarzeń. Bajka Peipera okazuje się raczej horrorem, dynamomaszyny Czyżewskiego są wręcz rozpaczliwą obroną podmiotowości spod znaku foliowej czapeczki, a lęki Sterna urosną do poziomu niespotykanego nawet u Kacpra Bartczaka w jego psychopolitycznych hymnach kopalin. Historyczna awangarda to nie tylko gotowe techniki, ale też pozostawione – przerwane, zrealizowane szczątkowo, wykrzywione jak w ekspresjonistycznym kinie – wątłe marzenia o przyszłości. I właśnie wokół nich snuje swoją nową opowieść Mokry.
[…]
[Całość można przeczytać w numerze.]
