4/2026

Jakub Skurtys

Żarnik liryczny

Można podchodzić do działań poetyckich Marcina Mokrego z pewną dozą sceptycyzmu, ale jednego odmówić mu nie sposób: jego tomy są zawsze dopracowane wizualnie, a na poziomie konceptu próbują przekroczyć klasyczne formy obcowania z książką kodeksową. Od Świergotu (2019) autor współpracuje z graficzką Karoliną Wiśniewską, od lat odpowiedzialną między innymi za artbookową koncepcję kolejnych numerów magazynu „Cegła”, a jego czwarta książka poetycka Solarysze (2025) to również ich wspólne dzieło (wsparte środkami ministerialnymi i funduszami wyszehradzkimi, ale wydane w niszowej, wrocławskiej Fundacji im. Tymoteusza Karpowicza). Odróżnijmy jednak te działania od modnych dziś kooperatyw poetów i grafików, np. Warstw czy Staromiejskiego Domu Kultury, będących po prostu próbami typograficznej aranżacji wierszy na zlecenie wydawnictwa. Wiśniewska nie tyle interpretuje, ile wspiera Mokrego w realizacji jego pomysłów, w przełożeniu ich na materię drukarską, czasem podrzucając nowe idee. Tym razem autorzy zdecydowali się między innymi na barwienie brzegów na granatowo oraz przedziwną i przepiękną zarazem okładkę, zrobioną z nieprzyjemnego w dotyku, śliskiego i strzępiącego się na brzegach płótna, w które wtłoczono linie imitujące miedziane ścieżki układu scalonego.

Jednak to sam Mokry od początku myśli o wierszach jako czymś, co przekracza kolejne progi tekstualności, na różne sposoby próbując zaangażować zmysły odbiorców. Testuje mechanizmy widzenia, wskazując na ikoniczność utworów, bo tak trzeba by spojrzeć np. na rozkładówkę Świergotu w formie plakatu, z serbskimi słowami dusza i krew. Eksperymentuje z dotykiem, traktując go jako haptyczne przedłużenia naszych procesów dekodowania, przesuwające się w stronę nowomaterialistycznych fantazji o wierszu splatającym się ze światem (choćby perforowana okładka żywych linii nowych ust i zastosowane w tomie „nitkowane” zakładki jako przedłużenie szwu). Gra również głosem, traktując poszczególne utwory trochę jak literackie partytury, wstęp do głośnego czytania, a właściwie wykonania, ze wszystkimi konsekwencjami takiego ujęcia (kod QR odsyła na stronę specjalnie stworzoną w celu immersyjnego poszerzenia odbioru). Chociaż Mokry nieustannie prowadzi dialog z kolejnymi historycznymi figurami awangardy (w żywych liniach… był to wprost Tadeusz Peiper, jego dziedzictwo i „biografia różnoległa”, a w debiutanckim czytaniu. Pisma eksperymenty z czasów Nowej Fali, powstające na styku mowy ezopowej i ingerencji cenzury w gazetową szpaltę), to myśli o poezji na sposób przednowoczesny: jako o wspólnocie głosów, czymś, co trzeba wymówić, wyrecytować, a ostatecznie nawet wyśpiewać. Choć to zapis stanowi przedmiot nieustannych ćwiczeń i obiekt naszej interpretacji, a organizacja bloków wierszowych na stronie wymaga zawsze osobnego komentarza, to właśnie głos i dźwięk są dla autora punktem wyjścia do myślenia o literaturze, o jej funkcjach i zdolności tworzenia wspólnot.

W zależności od tego, w którą stronę podążymy i które fascynacje bardziej do nas przemawiają, możemy więc czytać Mokrego jako eksperyment piśmienny z epoki nowej tabularności (poetą „teatru strony” i twórcą „wiersza postlinearnego” nazwał go niedawno Tomasz Cieślak‑Sokołowski1), jako traktatowe próby ożywienia awangardowej schedy (raczej świadomej ariergardy niż rewolucyjnego hufca) albo jako pieśni, rytuały, a nawet zapisy w duchu praktyk soundscape recording, w których dźwięki natury łączą się z rozmowami rodzinnymi i nagraniami głosów z przeszłości w wielkim poemacie‑archiwum (co miało miejsce już w Świergocie). Wspominam o tym wszystkim, bo podobnie jak poprzednie książki, również Solarysze są dziełem totalnym, nie tylko angażującym wszystkie zmysły, lecz także wymagającym wręcz poematowego trybu lektury. Każda z pięciu części tomu – Retencje, Antropiki, Emiter, MigracjeSolarysze – ma nieco inną poetykę, inny temat, patronuje jej inny tekst z archiwum naszej historycznej awangardy (kolejno: Czyżewski, Peiper, Stern, Brzękowski i Wat). Ale można je przeczytać jako spójną opowieść, fragmenty historii konkretnego bohatera i jego ucieczki od cywilizacji: zmagań z emisją i transmisją danych, z ciałem wirtualnym i materialnym, zmierzania od katastrofy do katastrofy, poszukiwania sensu, ćwiczeń etycznych na wzór amerykańskich transcendentalistów, a wreszcie ruchu w stronę jakiegoś nowego, postludzkiego „ja”:

Wyczerpywane z nocy ciała przez cyrkulujące po obwodach żarzące przemysły uwagi. Destylarnie oczu. Rafinerie minut. Przechwytywane wołania z ciemnych oglądań. Smużenia po ciekłokrystalicznych kropleniach. Gałki podtrzymywane w zwarciu pojedynczych chłonień. Następujące po sobie sezony pozwoleń i udostępnień, traconych haseł i odzyskiwanych wejść. Świetlisty pakiet. Nie mogę spać. Kryształy płonących. Erodujący sen.


Ale zapewne to nie on sam – bohater, ojciec, cierpiący na bezsenność i majaczący nocami, snujący pełne grozy, transhumanistyczne wizje przekodowywania naszych ciał i jaźni – stanie się tym nowym podmiotem, lecz jego dzieci, Antoni i Maria, znane nam ze Świergotu. Nawet jeśli całą książkę potraktować jako nocne medytacje zlęknionego „ja”, które poszukuje etycznego rozwiązania swoich ekologicznych dylematów, to właśnie ten rodzinny wektor wyznacza horyzont nadziei: przeszłość (tradycja awangardowa) i przyszłość (konwencja solarpunkowa) spotykają się w opowieści o trudzie bycia rodziną.

Wybrane wiersze awangardowych twórców nie mają więc po prostu wywoływać wrażenia erudycji, choć jest w nich coś z celowego „studiowania” przeszłości. Jeśli czytać je jako część narracji, swoiste prologi do epizodów, to Czyżewski reprezentowałby Powrotem tę najbardziej naiwną fantazję o połączeniu porządku natury i techniki, naszą odpowiedź na Whitmanowską pieśń elektrycznego stworzenia. Peiper wierszem Z Górnego Śląska wprowadza kwestie wymiany energii i wznosi je ku refleksjom o surowcach kopalnych w przepięknej triadzie o „tłomaczeniu” węgla na złoto i bajki. Stern fragmentem Czcicielowi maszyn wnosi w tę postępową opowieść zwątpienie, metafizykę i nieredukowalną różnicę antropologiczną, a wraz z nimi katastroficzną wyobraźnię międzywojnia. Ale zapowie także pisane dystychem wspomnienie o matce Mokrego i zarazem ćwiczenia wokół różnych konotacji słowa „palić” („Żywiczenie gotowe ociec ziemię i wydzielane, ponawiane słowołania, nośniki wspomnień, które nie nadeszły. Ich czynne jeszcze, porzucone iskry”). Brzękowski otwiera część Migracje jako nasz główny awangardzista‑podróżnik, duchem bardziej w Paryżu niż Krakowie, ale jego Leforest dorzuca też wątki wspólnotowe (solidarność krzyczących ust). Na koniec zaś Wat z wierszem Płodzeńe – a jakże – wprowadza aspekty biopolityczne i ukierunkowuje całą tę opowieść na wytwarzanie (rodzenie? produkcję? syntezę? mesjańskie nadejście?) nowego życia i nowych „nas”, choć z początku: „Nie wiadomo jeszcze, z jakich pasm podłoża wydzielają się głosy, żeby artykułować życie, które dotąd nie nadeszło”. Żaden z tych arcydzielnych awangardowych utworów nie pozostaje bez swojego kontrapunktu w poemacie, żadnego Mokry nie zostawia po prostu jako wykładni gotowych skojarzeń. Bajka Peipera okazuje się raczej horrorem, dynamomaszyny Czyżewskiego są wręcz rozpaczliwą obroną podmiotowości spod znaku foliowej czapeczki, a lęki Sterna urosną do poziomu niespotykanego nawet u Kacpra Bartczaka w jego psychopolitycznych hymnach kopalin. Historyczna awangarda to nie tylko gotowe techniki, ale też pozostawione – przerwane, zrealizowane szczątkowo, wykrzywione jak w ekspresjonistycznym kinie – wątłe marzenia o przyszłości. I właśnie wokół nich snuje swoją nową opowieść Mokry.

[…]


[Całość można przeczytać w numerze.]

Marcin Mokry Solarysze
Fundacja na rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza, Wrocław 2025, 76 s.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.