12/2017

Adam Komorowski

Ze świata do Komborni

Andrzej Mencwel zadebiutował jako autor opowieści. Toast na progu jest mocno uwikłany w autobiografię autora, o czym narrator nieustannie nam przypomina, ale to opowieść z wyraźnie zarysowaną fabułą i bohaterem. Jest jakoś tak, że w przypadku zanikającej na naszych oczach kultury chłopskiej autor Wyobraźni antropologicznej uznał, że esej czy rozprawa naukowa (w których swoje mistrzostwo niejednokrotnie udowodnił) są dla tej wyobraźni narzędziami zawodnymi. Zanikanie, obumieranie, dochodzenie do kresu można dokumentować, ale uchwycić dramatyzm ludzi, dla których zanikająca kultura była ich życiem i losem, można przekazać tylko w formie opowieści.

Niedościgłym wzorem takiej opowieści pozostaje Ishi, człowiek dwóch światów Theodory Kroeber. Bohater Toastu na progu, przyjaciel narratora, Zbyszek, nie jest, jak Ishi, ostatnim ze swojego plemienia. Jest jednym z milionów, nie tylko w Polsce, których procesy cywilizacyjne i gospodarcze skazują na przedzierzgnięcie z chłopów w producentów rolnych albo na opuszczenie wsi. Akurat Zbyszkowi udaje się tego uniknąć. Umiera jako chłop, włodarz-suweren, któremu niezależności możemy tylko zazdrościć. Jest zależny jedynie od natury. Polityka dotykała go w mniejszym stopniu aniżeli potomka szlacheckiego rodu, który znalazł zajęcie w administracji państwowej czy dyplomacji. Dla włodarza zasobnego uniwersalnego gospodarstwa chłopskiego zawirowania cen wieprzowiny, buraka cukrowego czy jabłek nie oznaczały bankructwa. Pomoc sąsiedzka (np. przy budowie) oddalała pokusę kredytu. I co najważniejsze − nie miał nad sobą żadnego szefa. On sam nim był. Taki chłop w pewnym stopniu przypominał kapitana statku. Kierując rodzinnym gospodarstwem, był jak kapitanowie Josepha Conrada (o czym Mencwel wspomina). Jego odpowiedzialność wyznaczało zadanie przekazania ojcowizny następcom w nie gorszym stanie, niż ją przejmował. W globalizującym się świecie za takim rodzajem suwerenności tęsknimy.

Mencwel napisał opowieść nie z tego powodu, że zapragnął zostać powieściopisarzem. Jako badacz doszedł do wniosku, że opis „katastrofy antropologicznej” pozostaje niepełny, jeśli nie opowiemy o losach uwikłanych w nią ludzi i nas samych. Jest bowiem tak, że „kres kultury chłopskiej” dotknął nie tylko chłopów, ale nas wszystkich. Niezależnie od tego, jak wiele ględzibyliśmy o swoich szlacheckich czy ziemiańskich korzeniach, pozostaje fakt, że mogliśmy nimi być tylko, kiedy istnieli chłopi. Kres kultury chłopskiej, by przywołać źródłowy esej Wiesława Myśliwskiego, mówił właśnie o tym, jak znikanie kultury chłopskiej zubaża nas wszystkich. Niezależnie od tego, czy sami mamy chłopskie korzenie, czy nie. Ważna część naszego świata podlega amputacji.

Pier Paolo Pasolini, z pasją broniąc archaicznej kultury chłopskiej, pisał o „katastrofie antropologicznej”. Jego rodzinna friulska wieś niewiele różniła się od polskiej, ot bieda i „zacofanie”. Ale za zasłoną tego zacofania widział coś, co uprzemysławiające się Włochy bezpowrotnie traciły. Były to trzy rzeczy: suwerenność jednostki i jej wrażliwości, bogactwo żywiołu chłopskiej mowy (sam pisywał wiersze w dialekcie friulskim) i kulturowy pluralizm. Konstatowana przez niego degeneracja Włochów (choćby uległość faszyzmowi) miała, jego zdaniem, źródła właśnie w utracie suwerenności jednostki i jej wrażliwości. Świat bez chłopów, tego źródłowego fundamentu niezależnej (poza przyrodą) jednostki, jawił mu się jako świat po „antropogicznej katastrofie”. Pisał:

Nie stoimy w obliczu, o czym wszyscy już wiedzą, «nowych czasów», ale nowej epoki w historii ludzkości, tej historii ludzkości, która liczy tysiąclecia. Niemożliwe było, żeby Włosi zareagowali jeszcze gorzej na taki wstrząs. W ciągu niewielu lat stali się oni narodem zdegenerowanym, śmiesznym, potwornym, zbrodniczym. Wystarczy wyjść na ulicę, żeby się o tym przekonać. Ale, naturalnie, żeby zrozumieć przemiany zachodzące w ludziach, trzeba ich kochać.


Oczywiście ani Mencwel, ani Myśliwski w swojej diagnozie kresu kultury chłopskiej nie decydują się na podobny Pasoliniemu apokaliptyczny ton. Z Pasolinim łączy ich to, że swoich chłopskich bohaterów kochają. W przypadku Mencwela przekłada się to na elegijny ton jego prozy. Choć określenie Toastu na progu jako wspomnienia pośmiertnego byłoby nietrafne. Mencwel, w odróżnieniu od Pasoliniego, który był przekonany, że narzucenie „władzy konsumpcyjnej” „doprowadziło do nieodwracalnej degradacji”, nie wierzy, że zasób wartości ukształtowany przez chłopską formację kulturową może, ot tak, po prostu zniknąć.

W eseistycznym posłowiu do Toastu na progu Mencwel nie ucieka przed patetycznym tonem. Dlatego zamiast streszczać, wolę cytować, ton w niego bowiem to sprawa ważna. Pisze:

Otóż w kulturze chłopskiej taką wartością pierwobytną była praca, praca jako wszechstronna uprawa roli i całego jej ziemskiego otoczenia. Była to praca nieodrodnie twórcza, ponieważ będąc cyklicznie odnawiana, jako mężna odpowiedź na wyzwania kapryśnej przyrody i zaskakujących dziejów, wykonywana ona była na osobistą odpowiedzialność gospodarza kierującego ludzką przystanią i jej rodzinnym zespołem, jak conradowski kapitan dowodził statkiem i jego załogą, co nieomylnie wyczuła Maria Dąbrowska. […] Chwila bezstronnego namysłu pokazuje nieodparcie, że każdy pracowity ruch świadomego celu gospodarza wymagał odrębnej, intelektualnej, twórczej oceny i decyzji, aby się powiódł. W skali elitarnej taka suwerenna twórczość osoby pracującej bywa dzisiaj częstym spełnieniem artystów, uczonych, wynalazców. W skali popularnej natomiast pozostaje zbożnym, nieosiągalnym życzeniem, tym bardziej że panujący w licznych Mordorach automatyzm czynności porównuje się zasadnie do pańszczyźnianego przymusu. Dlatego właśnie praca swobodnie obrana, twórczo inicjowana, odpowiedzialnie dokonywana, jaką była zawsze praca włodarza suwerena, winna stać wartością powszechną, na którą wszyscy będziemy zorientowani.


Trudno się oprzeć wrażeniu, że w tym miejscu Mencwel zbliża się do pedagogicznej utopii. Osobliwej rewizji marksizmu, w którym nie proletariat, ale odchodzące chłopstwo było jakimś promykiem wyzwolenia pracy, przekształcającym ją w twórczość. W odróżnieniu od proletariatu chłopstwo nie tryumfuje. Jest wręcz odwrotnie − tracąc podmiotowość, staje się wzorem.

Mencwel nie jest jedynym przekonanym o atrakcyjności tego wzorca dla zagubionego w dzisiejszym świecie człowieka, uzależnionego nie tyle od przyrody, ile od niezliczonej ilości czynników, na które nie ma najmniejszego wpływu (jak choćby ceny gazu czy kurs franka szwajcarskiego). Problem w tym, że te dzisiejsze powroty na wieś są podróżą do łoża konającego. W tym kontekście najlepsze i wiarygodne opowieści o tych powrotach są o odchodzeniu chłopskiego świata, jak choćby trylogia Johna Bergera Into Their Labours.
Wspominam tu o Bergerze nieprzypadkowo, w swoim przekonaniu o znaczeniu przesłania odchodzącej kultury chłopskiej jest on Mencwelowi najbliższy. We wstępie do pierwszej części swojej trylogii (Pig Earth) pisał:

A przecież odrzucenie chłopskiego doświadczenia jako czegoś należącego wyłącznie do przeszłości i nie mającego żadnych odniesień do współczesnego świata; zakładanie, że tysiące lat chłopskiej kultury nie zostawia przyszłości żadnego dziedzictwa tylko dlatego, że rzadko wyraża się w trwałych dziełach; utrzymywanie, jak utrzymywano przez wieki, że chłopskie doświadczenie zajmuje jedynie marginesowe miejsce w cywilizacji – oznacza wyparcie się zbyt wielkich obszarów historycznego doświadczenia i zbyt wielkiej liczby ludzkich istnień. […] Myśląc o tym, jak mogą potoczyć się losy świata i przewidując albo dalszy wzrost i konsolidację korporacyjnego kapitalizmu z całą towarzyszącą mu brutalnością, albo długotrwałą i nierówną z nim walkę, walkę, z której nie wiadomo, kto wyjdzie zwycięsko, trzeba powiedzieć, że chłopskie doświadczenie w walce o przetrwanie może okazać się bardziej przydatne w tym przyszłym (lub dalszym) długim i twardym zmaganiu niż te stale przegrupowywane, zawiedzione i niecierpliwe nadzieje na zwycięstwo rozczarowanych zwolenników prawdziwego postępu.


Myśliwski nieprzypadkowo wydrukował ten tekst w swoich „Regionach” (1995, nr 4, Ci, którzy trwają, przeł. Maria Niemojewska).

O ile Berger najbardziej podkreśla (w tekście wstępu, ponieważ w samej trylogii jest nieco inaczej) samą zdolność przetrwania jako wartość, to Mencwel podkreśla jej zmarginalizowaną w „idiotyzmie życia wiejskiego”, wytykanym przez Karola Marksa, i pomijaną w stereotypie chłopskiego „zacofania” żywotność, twórczy charakter. Wizja Bergera jest nieco bardziej pesymistyczna, choć jego trylogia prezentuje galerię postaci o osobowościach tak zintegrowanych, o jakich w naszym depresyjnym świecie możemy jedynie marzyć (podobnie jest w Mencwela), to akcentuje samą zdolność przetrwania przy poleganiu jedynie na sobie, najbliższej rodzinie i wiejskiej gromadzie. Chłopi przetrwali feudalizm i kapitalizm, w Polsce także komunizm (choć przymus kolektywizacyjny trwał jedynie kilka lat). W ZSRR im się to nie udało. Załamanie nastąpiło wraz z kapitalizmem korporacyjnym, w nas wraz z transformacją. Dziś epidemię samobójstw mamy na wsi, ale może powodem jest to, że na wsi nie tak często ludzie sięgają po prozac czy inne psychotropy.

Dla Bergera najważniejszy jest subwersyjny potencjał dziedzictwa odchodzącej kultury chłopskiej. W przypadku Mencwela (a także Myśliwskiego) jest to raczej sprawa marginalna. Wynika to z nieco paranoicznej sytuacji wyparcia w sytuacji hegemonii kultury szlacheckiej, gdzie odrzucenie dziedzictwa chłopskich korzeni (przy jednoczesnym częstym wykorzystywaniu pozostawionych na wsi bliskich) było oznaką domniemanego cywilizacyjnego awansu i postępu. Dla chłopa pozostającego na wsi wzorem i autorytetem był dobrze gospodarujący sąsiad, Mencwelowy włodarz-suweren, jak Zbyszek. W mieście oczywiście już nim być nie mógł. Pozostawało wyparcie się korzeni i przypisanie tradycji quasi-szlacheckiej. Jedną z konsekwencji jest całkowite zmarginalizowanie Batalionów Chłopskich i kult „żołnierzy wyklętych”. Jestem jednak optymistą; jak uczą psychoanalitycy, niczego nie można wyprzeć ostatecznie. Przypisujących się do tradycji szlacheckiej czy ziemiańskiej jest nas bowiem dziś tak wielu, że z czystego snobizmu zaczniemy poszukiwać chłopskich korzeni. Książka Mencwela może w tym pomóc. I to jest dobre. Pozostaje pytanie, czy wtedy chłopskie dziedzictwo objawi swój subwersyjny potencjał, jak chce Berger. Czy będziemy swoją pracę traktować bardziej twórczo i odpowiedzialnie, nie realizując się jedynie jako konsumenci, jak chce Mencwel. Nie wiem.

Wiem natomiast, że Andrzej Mencwel napisał ważną książkę. Jest to opowieść, ale moment i klimat czasu, w którym się ukazuje, sprawił, że pisząc o niej, skupiłem się na tym, co Władysław Stróżewski nazywa wartościami ponadartystycznymi. Zdolność Mencwela do nasycenia tej opowieści konkretami (choćby opis drążenia studni czy znikania koni) nadała światowi przedstawionemu tej opowieści niemal emblematyczny wymiar. Jest jednak pewien drobiazg, który jej artystyczną rangę zakłóca. Być może jestem przeczulony, ale reaguję alergicznie na nadmierną skłonność pisarzy polskich do zdrobnień. Czytam Mencwela od lat i jestem pełen podziwu dla jego języka. Zamiłowania do zdrobnień nigdy nie przejawiał, a tu nagle potykam się o „złote pólko”, „bajkowe domeczki”, „budyneczek”, „sadek”, „krówkę”, „obórkę”, „cebulkę”, „źrebaczka”, „piramidki kupek” czy „odorek”. Książkę redagowali Anna Rudnicka (redakcja) i Krzysztof Lisowski (opieka redakcyjna). To jedni z najbardziej odpowiedzialnych redaktorów w zasłużonym WL. Czyżby autorytet Mencwela tak ich onieśmielił, że nie zwrócili autorowi uwagi, że byłoby zapewne lepiej, gdyby liczbę zdrobnień nieco ograniczył?

Pozostawmy zdrobnienia reklamom. Jeśli ktoś bierze kredyt w banku zachęcony obietnicą „małej ratki”, sam sobie jest winien. Berger twierdzi, że to właśnie dostępność kredytu przyczyniła się do zachwiania suwerenności chłopskich gospodarstw. A Mencwel w posłowiu pisze:

Im bardziej suwerennym władcą swego areału był świadomy celów gospodarz, tym silniej jego przedsiębiorstwo wprzęgało się w systemowe mechanizmy gospodarczo-rynkowe, które swobodę gospodarowania limitowały, a jego samego zniewalały. Wspomnienia chłopskie z lat międzywojennego kryzysu są przepełnione przykładami takich zniewoleń; niestety nikt nie zebrał podobnych z pierwszych lat „transformacji”, choć „pętla kredytowa” zaczęła być w naszym języku bliska pętli wisielczej.


Dla Mencwela, w odróżnieniu od Bergera, Myśliwskiego czy Pasoliniego, znikanie kultury chłopskiej, przy całym swoim dramatyzmie, jest nie tylko końcem czy kresem, ale też progiem czegoś nowego. Na tym progu wznosi toast: „Nie lękajcie się”. Jest bowiem przekonany, że dziedzictwo kultury chłopskiej może zostać spożytkowane. Warunek jest tylko jeden: zamiast bawić się w pisarską agroturystykę i opisywać „wiejskie” wilegiatury na Mazurach, w Toskanii czy Prowansji, trzeba wsłuchać się w głosy tych, którzy odchodzą. Jak jego bohater i przyjaciel Zbyszek.
Andrzej Mencwel: Toast na progu.
Wydawnictwo Literackie,
Kraków 2017, s. 304.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.