05/2018

Leszek Bugajski

Zielona wiśnia

Taka jest kolej rzeczy: człowiek dożywa siedemdziesiątki i uświadamia sobie, że to już starość. Może nawet nie sam sobie to uświadamia, co wpycha mu to do świadomości jego ciało, które zdradza go coraz częściej, słabuje, robi się coraz bardziej paskudne. I już wiadomo, że to ciało na wiele się nie przyda, nie kusi do miłosnych igraszek – co tam zresztą igraszki, nie daje już szans na seks. Pozostają tylko wspomnienia i smętna nadzieja, że może jednak coś się jeszcze przydarzy, że może chociaż jeszcze ten jeden raz. Ale pamięć i wyobraźnia też zawodzą. Wyobraźnia już nie popycha, nie napędza do działania – szarzeje, blednie, niczego atrakcyjnego nie podpowiada, niczego nie odsłania przed skołatanymi myślami. Hamuje. Pozostaje pamięć, ale pamięć to cofanie się w czasie, coraz szybsze, coraz ostrzejsze. Podpowiada dawne zdarzenia, ale tylko z rzadka przypomnienia radości, o tych jakby pamięć mówi oszczędnie, więcej podsuwa wyrzutów sumienia, układa listę zwątpień i zaniechań. Ujmując sytuację krótko: ciało słabnie, wyobraźnia nie daje mu napędu, a pamięć dręczy.

W takiej sytuacji znajduje się bohaterka i narratorka nowej powieści Zyty Rudzkiej, powieści napisanej po dość długiej przerwie, wypełnionej odnoszącymi sukcesy tekstami dla teatru. Rudzka wróciła do prozy, by przedstawić konfesję kobiety pogrążającej się w starości i zmierzającej do śmierci, jakby nawiązując do zdania jednej z postaci z jej poprzedniej powieści: „Bez śmierci życie byłoby takie niepoważne”. Bohaterka powieści najpierw uświadamia sobie, że jest już stara, choć jeszcze ma nadzieję na coś, cokolwiek; jeszcze gdy zaczepia ją chłopak rozpoznający w niej znaną poetkę, nie słucha tego, co do niej mówi, ale zastanawia się, jak on pachnie. „Jak go czuć pod twardym sutkiem – myśli. – Na pępku. Kiedy położę tam dłoń. W naprężonym mięśniu uda pod zarysem tyłeczka, pewnie małego i twardego jak zielona wiśnia. Jaki on ma dla mnie zapach, ten on?”. Wyobraźnia jeszcze działa, ale rzeczywiste spotkanie z tym młodzieńcem kończy się żenująco. I to koniec marzeń o przytuleniu się do męskiego ciała. Autorka nie ma litości dla bohaterki swej powieści, a i bohaterka jako narratorka nie oszczędza sobie niczego: „Człapię do lustra. Dyszę. Rozbieram się. Jak przed plutonem. Pokancerowana. W plamach. Liszajach. Wyżłobieniach. Koroduję. […] Sflaczała i obrzmiała. […] Wyliniała, bezzębna hiena, co samą siebie ma za padlinę”. Jedna wielka rozpacz, choć to przecież nic niespodziewanego. Do takiego stanu zmierza przecież każdy żywy organizm, po prostu się zużywa, coraz gorzej funkcjonuje i jego faktyczny stan zderza się z obrazami i marzeniami, które jeszcze ma siłę podpowiadać wyobraźnia. Ale na to człowiek jest słabo przygotowany i stąd cały dramat.

Organizm podsuwa mu jedyną strategię obronną – wspomnienia. I Zyta Rudzka każe swojej bohaterce ruszyć w ich stronę. Teraźniejszość zaczyna odgrywać w powieści coraz mniejszą rolę, znikają powoli niesione przez nią koszmary, wywołane choćby wspomnianymi autoanalizami przed lustrem. To już nie jest potrzebne, bo teraźniejszości się nie zmieni. Pamięć odsuwa od niej bohaterkę powieści i niejako cofa ją w czasie. Wracają wspomnienia kochanków, byłego męża, córki, która była dziecięcym wirtuozem fortepianu, odnosiła wielkie międzynarodowe sukcesy, ale kiedy osiągnęła pełnoletniość po prostu odeszła z domu, zarzuciła granie i zniknęła. I to jest najboleśniejsze wspomnienie. Trudne relacje z mężczyznami, uczuciowe wzloty, erotyczne fascynacje bledną przy narastającym w miarę pogrążania się we wspomnieniach bólu, wywołanym odejściem córki. W końcu jest on tak wielki, że bohaterka wynajmuje detektywa i rusza tropem dziewczyny. I nie wiadomo, czy ją znalazła. Trafiła do nędznej chaty, z której uciekła na jej widok młoda kobieta. Uciekła i zniknęła. Bohaterka wyczekuje na nią tygodniami, ale tamta nie pojawia się. Więc ona podejmuje decyzję: „Nie czekam. Wracam”. Tyle że nie wiadomo, czy ma na myśli powrót do swojego życia, do pisania, do życia literackiego czy też jest to zapowiedź powrotu do przeszłości, do przekleństwa losu ciążącego na kobietach poddanych rozmaitym opresjom. Na to może wskazywać ostatni fragment powieści.

To przekleństwo wyłania się powoli z drugiego wątku powieści, o którym jeszcze nie wspomniałem. Zawiera się ono w historii ponad stuletniej matki bohaterki, która nosiła w sobie wspomnienie samobójczej śmierci trzech jej przyjaciółek i dziecka, które utopiły się ze strachu przed tym, co może je czekać, gdy nadejdzie nowy okupant. Matka „poszła” ich śladem, ale wcześniej snuła długie zwierzenia nachylona nad studnią, wpatrując się w wodę. Opowiadała „studzience” i samej sobie swoje życie, aż opowiedziała wszystko i – prawdopodobnie – uznała, że nie ma po co dalej żyć, że historia musi się domknąć, a ona spotkać się z przyjaciółkami i wszystkimi tragediami, które i ona, i one przeżyły. Wszystkie je przyciągnęła woda, właściwie to symbol życia, ale też żywioł niosący śmierć, jakby woda gwarantowała trwałość życia i stwarzała możliwość jego zakończenia. To dlatego przywołałem na wstępie zdanie ze Ślicznotki doktora Josefa, poprzedniej powieści Zyty Rudzkiej − „Bez śmierci życie byłoby takie niepoważne”.

Właśnie, śmierć, sprawa poważna. Tak jak wcześniej matka, nad wiejską studnią pojawia się bohaterka powieści. I opowiada jej, studni, swoje ostatnie przeżycia, tyle że nie są to przeżycia żywego człowieka, ale przeżycia po przeżyciu życia. „Jestem tak zmęczona, jakbym wróciła ze swojego pogrzebu” – mówi. A później: „Jestem już chyba duchem, wampirem, zombie albo staruchą, która cały rok ubiera się jak na Halloween”. Z tego, co opowiada „studzience”, wynika, że nie żyje, że utopiła się, ale nie w wiejskiej rzeczce, lecz w amsterdamskim kanale. Bo ona – choć przynależy do tradycji ukształtowanej na tej wsi, jest przecież znaną poetką, należy też do innego świata. Ale przed siłą wody się nie obroniła. Przekleństwo zadziałało. Może córka się uratuje, bo ucieka, ukrywa się przed wszystkimi i wszystkim.

Ty, kochanie, nie wpadłaś – mówi jej były mąż. – […] skoczyłaś. Prawda? Ale… w ostatniej chwili […] jakbyś zmieniła zdanie. Nie mylę się. Chciałaś się ocalić. Zauważyłem to. Stałem oniemiały.

I pomyśleć, że wszyscy wierzą w tę bzdurę, że mrugnięcie okiem jest najszybszym ruchem, jaki może zrobić człowiek. To był najszybszy ruch – kiedy obiema rękami chwyciłaś się powietrza. Drobny gest kurtuazji wobec samej siebie. Zaraz potem woda zamknęła się nad twoją głową.


Czy ten „najszybszy ruch” znaczy, że bohaterka powieści w ostatniej chwili pożałowała tego, co zrobiła? Czy też po prostu był to tylko jakiś skurcz, który ma znaczenie fizjologiczne, a nie jakiekolwiek inne? Tego się nie dowiadujemy. Bohaterka powieści, gdy pojawia się nad „studzienką”, nie wypowiada się jasno – jedynie relacjonuje pogrzebową opowieść byłego męża i wtrąca kilka razy słowo „studzienko”, jakby chciała coś dopowiedzieć, ale się powstrzymuje, bo i tak już na wszystko za późno. Nawet do tego magicznego miejsca nie ma sensu mówić. Wszystko zostało już powiedziane.

Zyta Rudzka napisała powieść niby prostą i składną, a niekiedy widać w niej nawet staranie, by przełamać jej powagę zabawnym bon motem. Po co? Pewnie po to, by dać czytelnikowi znać, że powaga całego niejednoznacznego wywodu nie wyczerpuje możliwości jej literatury. Ona ma talent − i językowy, i narracyjny − i wiedzę o ludzkich sprawach wynikającą nie tylko z formalnego wykształcenia, więc dobrze wie, że w życiu powaga styka się nieustannie z banałem i kiczem, o czym zresztą ze dwa czy trzy razy wspomina w powieści. Tak po prostu jest. Człowiek przeżywa trudne czy straszne sytuacje, ale gotów jest przekształcić je w opowieść, w której jest miejsce na szczeliny humoru, a swoje przeżycia nie zawsze może opowiedzieć tak, by uniknąć kiczowatego określenia. W tym sensie Rudzka bawi się swoją opowieścią, która utrzymana jest w tonie poważnym i dotyczy poważnych spraw, wręcz nieuchronnych, ostatecznych, ale nikt nie powiedział, że musi się o nich mówić tylko i wyłącznie z nieodwołalną powagą. Nie po to bohaterka powieści jest poetką, by snując swoją opowieść, nie zabawić się językiem. Ale ostatecznie nie jest to utwór humorystyczny czy napisany z humorem, jak niektórzy sugerują. Wręcz przeciwnie. Starość i śmierć mogą być pretekstem do żartów i zabawy, ale z nich akurat Rudzka nie żartuje – jeśli już, to z miłości i seksu. Choć i te sprawy wiążą się z traumami.

Zyta Rudzka: Krótka wymiana ognia.
Wydawnictwo WAB,
Warszawa 2018, s. 200.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.