W Pijaczku Maciej Sieńczyk jest przede wszystkim skrybą zapisującym jedno z takich „podobnych błyskawicom istnień”, które „dziwnym trafem stały się osobliwymi poematami”. Inaczej jednak niż urzędnicy z tekstu Foucaulta, których słowa miały pognębić „niegodziwców”, Sieńczyk tworzy przewrotną apologię tytułowego bohatera, pokazując mimochodem, że to w Pijaczku biją źródła jego własnej wyobraźni. Sieńczyk stawia więc Pijaczkowi pomnik z bluzgu i erudycji, ze sztubackiego wygłupu i nadczułej subtelności. Pijaczek jest więc wynikiem starań, aby, jak czytamy, „wieczór, który stał się osnową niniejszej opowieści, a także inne rozmowy nie uleciały i nie przepadły jak mamrotanie nad żarnem człowieka epoki brązu”.
Poprzednia książka Sieńczyka, powieść graficzna Spotkanie po latach, jest w mojej ocenie najlepszą rzeczą wydaną po polsku w 2023 roku. Swoje okrutno‑zabawne historie, zapętlane dygresjami, sztukowane sentencjami, utkane z chaosu informacyjnego, lokalnych legend i zasłyszanych fraz, policyjnych kronik i gazetek o zjawiskach paranormalnych Sieńczyk, niczym jakaś Szeherezada blokowisk i podmiejskich altan, snuł w topografii niewygodnie znajomej, a zarazem przerażająco nieoswojonej. Podobnie jak w poprzednich książkach dowodził, że odkrył własną formułę absurdu. W Pijaczku topografia pozostaje podobna, komiczna ezoteryka jednak znikła, przegoniona przez żart erotyczno‑skatologiczny. Bombardowanie kolejnymi absurdalnymi sytuacjami ustało na rzecz osadzonej w realistycznym konkrecie wspomnieniowej gawędy. Odmienność tonacji w niczym nie osłabia jednak impetu tego, o czym Sieńczyk opowiada. Pijaczek jest bowiem jedną z najśmieszniejszych, a zarazem najsmutniejszych książek, jakie widziała polska literatura.
Kompozycja książki zostaje rozpięta na dwóch osiach: podejmowanej po ponad 30 latach narracji wspomnieniowej oraz przetykającej ją rzekomej transkrypcji nagrania rozmowy, jaką w okolicach świąt Bożego Narodzenia 1990 roku Sieńczyk i jego kolega, Sebastian, mieli przeprowadzić z mieszkającym po sąsiedzku Pijaczkiem. Pijaczek, czyli Zygfryd, tytułowany tak ze względu na dźwiękową bliskość prawdziwego imienia oraz przepastną germanofilię, pojawia się na horyzoncie narratora jako lokalna osobliwość, kiedy na placu zabaw wygłasza do dzieci perory na cześć Hitlera: „Niech Pan mi opowie coś o Hitlerze”, „O jakim Hitlerze? O Führerze Narodu Niemieckiego, gówniarzu!”. Od tego momentu wokół Pijaczka tworzy się krąg nieco młodszych nastoletnich akolitów. Jednak tylko pozornie książka Sieńczyka jest zbiorem anegdot o osiedlowej alkoholizacji. To zwichnięty Bildungsroman opowiadający o doświadczeniu formacyjnym. Czasy sprzed poznania Pijaczka to dla narratora prehistoria, która „rozpłynęła się w pamięci”. Najdalszy więc punkt, do którego może sięgnąć autonarracja, jest tożsamy z poznaniem Zygfryda.
Sieńczyk przedstawia go jako człowieka ogromnej subtelności, dysponującego pamięcią niemal absolutną, swobodnie przeskakującego od geografii, przez historię, do muzyki bibliofila, rzucającego co chwila cytatami z filmów i piosenek, nazwiskami angielskich piłkarzy sprzed lat czy detalami z życiorysów ludzi literatury. Jego przepastna, rozproszona wiedza, która miała charakter „teleturniejowy”, pozwalała mu „pospiesznie wydobywać nazwiska ludzi, nazwy stolic egzotycznych państw i inne fakty, zwięzłe i uporządkowane, wraz z datami i przyległościami”. Zygfryd to hołdujący estetycznemu wyrafinowaniu dyletant, który nie pozwolił sobie, by jego erudycję regulowała jakakolwiek akademicka obróbka. Pijaczka trzeba więc potraktować jako spłatę długu zaciągniętego tymi popołudniami, kiedy wchłaniając „prytę”, Zygfryd egzaminował młodszych kolegów, pytając o nazwiska piosenkarzy ormiańskiego pochodzenia, datę uzyskania niepodległości przez Liberię czy zawiłości historii Burów.
Sieńczyk mimochodem wskazuje właśnie Pijaczka jako źródło swojego pisarskiego idiomu. Zygfryd „przyoblekał się w płaszcz słowotwórstwa i wyszukanych słów z powodu nieśmiałości”, mówiąc o sobie „poprzez kalambury i powiedzonka”. Dlatego jak autokomentarz brzmi zdanie: „tak oto wplatał słowa wyszukane do wypowiedzi potocznych, gdzie pięknie błyszczały na tle naszych prostodusznych rozmów”. Niczym w analizowanych przez Foucaulta przypadkach, znakiem rozpoznawczym Sieńczyka jest retoryka „grandilokwentna jedynie z racji znikomości spraw, których dotyczy”. To język, który od zawsze wyróżnia tonacja podniesiona o pół szczebelka wobec spodziewanej, co nadaje mu cech eleganckiej, delikatnie archaizującej stylizacji. Jego napędem staje się też formalizm PRL‑owskich broszur i instrukcji, których Sieńczyk jest kolekcjonerem. Komizm i niepokój, jakie wywołuje ten zabieg, biorą się zaś z rozdźwięku między tą hiperprecyzją technicznej frazy lub rutyną uczesanej kindersztuby a zdarzeniami, które ze względu na swoją osobliwość stanowczo jej się wymykają. Jest w tym coś z imitowania stylu pensjonarskiej poczciwości naiwnie przekonanej o pogodzie świata („zgraja niesfornych, ale nastawionych idealistycznie chłopców”), czasem ze staromodnego tonu pikarejskiej gawędy, innym jeszcze razem z języka instruktażu („czynności o charakterze erotycznym”).
W Pijaczku Sieńczyk wprost oświetla figury ze słownika Zygfryda, które wyglądają przecież zupełnie „sieńczykowo”: „mój komiltonie”, „antyszambrować”, „markietanka”. Niekiedy na przestrzeni jednego zdania język dawnego przyjaciela wręcz zazębia się z lustrzaną frazą Sieńczyka: „gdy chcąc znaleźć zaciszne miejsce dla improwizowanej biesiady, napotykaliśmy płot lub domofon, Pijaczek mówił: «Zawołaj naszego starego furtiana», co skłaniało do zastanowienia: skąd wziął tak czarowne powiedzenie”. To świat, w którym się wciąż „kraśnieje”, powietrze przeszywa „pusty szczebiot”, odbywa się „proszalne peregrynacje”, zadzierzguje się „więzi na niwie alkoholowej”, a międzypłciowe zainteresowanie wyraża poprzez formułę „była mu przychylna”. Tym samym Sieńczyk zarówno w najnowszej, jak i w poprzednich książkach brzuchomówi Pijaczkiem, oddając mu w ten sposób najwyższy hołd.
Anachroniczna poczciwość dawnej literatury służy tu jednak za maskę, a zarazem dialektyczny detonator niepokoju, który ma ona przesłaniać. Groza uderza z mocą tym większą, im bardziej językowa grzeczność pozoruje niewinność świata. O okrucieństwie zaświadcza się jako o „poczynaniu sobie dość bezceremonialnie”, domowe awantury to „surowe połajanki i lekkie tarmoszenie”. Lukier przykładności ma nieść opowieść o biedzie („ciche pertraktacje w celu wyłudzenia pieniędzy”) czy ubezwłasnowolnieniu („wszystkie aktywa trwale scedował na matkę”). To kampowe przegięcie Sieńczykowej frazy też wydaje się znajdować źródła w Zygfrydzie, tym Karlu Krausie po „prycie”, który miał niebywałe wyczulenie na językowy frazes, tropiąc śmieszności obowiązujących językowych konwencji.
Po całej tej językowej wytworności nie ma śladu w zapisie nagrania sztukującego w Pijaczku narrację wspomnieniową. To zapis pijackiego bełkotu. Czy Sieńczyk sugeruje tym samym rozdźwięk między pamięcią napędzaną silnikiem idealizacji a faktycznymi wydarzeniami? Czy raczej trzeba by to zrzucić na stan alkoholowego upojenia uczestników tamtej rejestrowanej rozmowy? Postać tożsamościowo tak wielorako pęknięta nie mogła oczywiście wytrwać w wierności jednemu rejestrowi, w Pijaczku przenikały się dwie sfery: „trywialna i wysublimowana, przy czym ta druga ciążyła ku pierwszej”. Długimi partiami Pijaczek staje się arcydziełem bluzgu, w którym „kurwienie” splata się z przyprawiającą tytułowego bohatera o łzy śmiechu „fascynacją sferą wydalniczą”. Bombardując nas fekalno‑obscenicznymi żartami, Sieńczyk krzyżuje ten wątek z innym, pozornie szokującym – wspomnianymi apologiami Hitlera. Choć jednak do swojego „mistrza” narrator i jego znajomi zwracają się niekiedy „Heil Hitler!”, sam Pijaczek poniechał odniesień do przywódcy
Jak skrupulatnie obliczył autor posłowia do książki, Wojciech Śmieja, tylko jedno nazwisko pojawia się w niej z taką samą regularnością jak nazwisko Hitlera (37 razy). „Ulubionym pisarzem Pijaczka był Gombrowicz, którego często, a bywało, że bez przerwy, cytował lub przetwarzał”. Razem z Schulzem i Leśmianem Zygfryd umieszczał go w triadzie „największych pisarzy polskich, dodając przy okazji, że ci trzej nigdy nie dostali nagrody Nobla, co świadczy, jak mało jest warta”. Gombrowicz to dla Pijaczka ostateczna instancja, której autorytet sięgał aż po marzenia o pełnym z nim utożsamieniu: „chciałbym być Gombrowiczem”. Adam Woźniak w recenzji na łamach „Dziennika Literackiego” skojarzył Pijaczka, nie od rzeczy, z Pornografią. Wydaje mi się jednak, że z wielości Gombrowiczowych motywów jeszcze mocniej wybija się Ślub. I nie chodzi jedynie o „palic”, którym szafuje Pijaczek. Spiritus movens akcji Ślubu jest przecież Pijak. Co więcej, w pierwotnej, hiszpańskojęzycznej wersji dramatu występował on wprost jako „el ambajador de Hitler”! Również na postaci Hitlera Gombrowicz wzorował sięgającego po dyktatorską władzę Henryka. Hitler stanowił dla Gombrowicza obsesyjny punkt odniesienia, ucieleśniając alternatywną wobec gombrowiczowskiej wizję nowoczesności, czego dowodziłem niedawno w artykule opublikowanym w „Pamiętniku Literackim”. Pijaczek, jako wytrawny czytelnik Gombrowicza, musiał znać jego potyczki z Hitlerem, prowadzone chociażby w Dzienniku. Hitlera ucharakteryzowano „post‑mortem na szatańską mierność. […] Zrobiliście to ze strachu. Ale strach też bywa hołdem. Ja raczej głosowałbym za tym, aby post mortem nie bać się Hitlera – on na strachu cudzym rósł, oby przeto i na waszym nie urósł” – jak pisze Gombrowicz. Czy to nie tutaj trzeba by szukać jednego z możliwych wytłumaczeń dla Pijaczkowych pochwał dyktatora? „Ja, Polak […] musiałem stać się Hitlerem. […] Musiałem przyjąć, że Hitler […] jest ciągle w każdym żyjącym Polaku. Potępienie, wzgarda, to nie jest metoda, to nic nie jest… takie wieczne wybrzydzanie się na zbrodnię tylko ją utrwala” – czytamy w Dzienniku. Tak jak w Ślubie Henryk znajdował w Pijaku swoje zniekształcone odbicie, tak wykrzywionym sobowtórem Macieja stał się Pijaczek.
Ceniąc prace Śmiei, muszę powiedzieć, że trudno o większą niedorzeczność niż wyrażone w posłowiu do książki skojarzenie Pijaczka z piętnowanym przez Józefa Tischnera „homo sovieticusem”. Oczywiście Śmieja robi to apologetycznie, rozpoznając w Zygfrydzie kontrę wobec ideału nowej epoki – rzutkiego przedsiębiorcy wykuwającego ekonomiczny sukces. Posługując się jednak tak siermiężną opozycją, Śmieja ułatwia sobie zadanie. Tymczasem Pijaczek i szydzi z biednych, do których sam z rodziną przynależy, i sympatyzuje z okcydentalistycznym kierunkiem transformacji, nie będąc przy tym – by sięgnąć do słownika epoki – japiszonem. Zapatrzony we wszystko, co brytyjskie, idealizuje Zachód, przekonany o niższości cywilizacyjnej Polaków i czujący się wśród nich obco. Śmieja widzi zaś w Pijaczku „homo sovieticusa” rozumianego jako „jednostka bierna, pasywna, roszczeniowa, nieproduktywna, pozbawiona ambicji i szczególnych zdolności”. Zapomina o innych składowych tischnerowskiej definicji – oportunizmie, odruchach stadnych, agresji wobec słabszych i jakkolwiek odmiennych, a więc o tym wszystkim, wobec czego Pijaczek sytuował się na antypodach i czego ofiarą ze strony tak rozumianych „ludzi sowieckich” sam padał. Omowność, z jaką książka sygnalizuje tę przemoc, jedynie wyostrza jej grozę. Aby uniknąć poboru, zdesperowany Zygfryd wybiera skazujące go na inwalidztwo samookaleczenie. Historia niezaskakująca dla wszystkich jakoś nienormatywnych chłopaków, którzy dorastali w grozie obowiązkowej służby wojskowej, podsycanej rodzinnymi historiami o zabitych lub pokiereszowanych podczas „fali” czy obrazami filmowymi (Kroll), chyba nie przypadkiem wykwitającymi w rekonstruowanym przez Sieńczyka czasie.
To nie „homo sovieticus”, ale homoseksualizm stanowi jeden z ważnych punktów odniesienia książki. W ogóle ta pozornie prosta wspomnieniowa historia jest niezwykle misterna, a przy tym dyskretna w swoich licznych aluzjach. Bo czemu swojego kolegę narrator „nie bez powodu nazwie Sebastianem”, a więc imieniem świętego – gejowskiej ikony? I czemu wśród tysięcy pamiętanych przez Pijaczka rzeczy wyszczególnia się też „nazwisko przewodniczącego organizacji polskich homoseksualistów”? Mężczyznę otoczonego trupą młodych chłopaków „posądzano” zresztą na osiedlu o homoseksualizm, a i jego nastoletni przyjaciele planowali wysyłać mu pocztówki ze zdjęciami z gejowskich czasopism erotycznych. Kontakty z Pijaczkiem miewają też charakter cielesny – dla żartów daje się „klapsa w tyłek”, łapie za kolano lub głaszcze po głowie. Zygfryd pojawia się zresztą na horyzoncie narratora jako obiekt quasimiłosnej fascynacji. Próby „zwrócenia na siebie uwagi Pijaczka” przypominają zaloty, a po najwcześniejszych rozmowach „pozostało tylko wrażenie zauroczenia”. W ten sposób grupa przyjaciół z blokowisk transformacyjnego Lublina odtwarzała podszyte homoerotyzmem relacje zawiązane w kręgu młodych chłopaków otaczających Gombrowicza w Argentynie.
Pijaczek notorycznie rzuca przy tym homofobicznymi grepsami, splatając je ze swoją drugą, antysemicką obsesją. Jednak wiedząc coś o marańskich taktykach przetrwania („mimikra” – to cecha, z którą narrator kojarzy Pijaczka), nie umiem odrzucić myśli, że dyskryminujący język odgrywał dla Zygfryda rolę przesłony, za którą można było ukryć nienormatywność własną oraz rodziny. Rodziny, którą rzadko widywano na osiedlu, a której członkowie z kolei z okien domu widzieli Majdanek.
Symptomatyczne, że w tych domach z betonu nie tylko nie ma wolnej miłości, prawie nie ma też ojców. Ani jedno słowo nie pada o ojcu Macieja. Profesja znikliwego ojca Zygfryda, który przemyka trwożliwie przy murach, pozostaje nieodgadniona. Dorabia jako malarz amator wykonujący kopie słynnych obrazów. Relacja, jaką zawiązuje narrator z Pijaczkiem, jest więc relacją wymiennego ojcostwa. Maciej wprost nazywa swojego przyjaciela „moim zastępczym ojcem”. Zygfryd wielką atencją darzy zresztą jego matkę. To do Pijaczka bohater przynosi swoje pierwsze próby literackie i malarskie, zasięga rad co do wyboru szkoły i to właśnie przyjaciel namawia go na liceum plastyczne. Tym samym Maciej dzięki Zygfrydowi nie tylko zostaje grafikiem, lecz także wykonuje zawód będący echem pracy ojca Pijaczka.
Rys ojcowskiej troski odzywa się jednak również w narratorze. Idzie za tym infantylizacja („gaworzył”), a nawet sprowadzanie Zygfryda do roli zabawki młodszych przyjaciół, którzy przebierają go „jak laleczkę”. Pisałem wcześniej o zazębianiu się idiomów Sieńczyka i jego dawnego mistrza. Za efekt językowej przekomarzanki, tym razem wytwarzającej dystans między nimi, można uznać tytuł. Zygfryd, uciekając w grubiaństwo, „brzydził się zdrobnieniami”. Sieńczyk zaś wielokrotnie opisuje go właśnie za pomocą pieszczotliwych zdrobnień.
Bohater fantazjuje o planach wsparcia finansowego dla Zygfryda, co miałoby mu pomóc w usamodzielnieniu się i wyprowadzce do własnego mieszkania. Nic z tego nie wyjdzie. Jednak socjalizacja, jaką gwarantują Pijaczkowi kompani, początkowo wydobywa go z domu. Człowiek, który lękał się wejść do windy i nie chodził samodzielnie do sklepu, zrywa kontakty z osiedlowymi alkoholikami i zdobywa się na wielokilometrowe rajzy. Młodzi kumple idą jednak na studia, grupa się rozprzęga. A Pijaczek wraca na dawne tory i wraca do Hitlera: „ale tym razem działa sowieckie biły już na Dworcu Anhalckim”. W międzyczasie jego łagodność i bezbronność zostają odczytane jako zaproszenie do przemocy spadającej na niego ze strony tych, którym ufał. Z krzywd zadawanych Pijaczkowi można by stworzyć dojmujący katalog tortur. Zarówno zrealizowanych (polanie wrzątkiem), jak i tych, które jedynie pozostały w planach (wrzucenie do grobu). Filmując duszenie Zygfryda, narrator z kolegami stają się prekursorami patostreamingu, tej współczesnej formy okrucieństwa, której istotnym podgatunkiem od zarania polskiego YouTube’a było upokarzanie bezradnych pijaczków. Młodzi akolici odpadają raczej od Zygfryda, niż z nim zrywają. Przyjaciel traci dla nich powab, kiedy szczeniackie ekscesy nie znajdują już żadnej granicy, której nie mogłyby bezkarnie przekroczyć. Wykorzystany, wrzucony z powrotem w samotność Zygfryd obiera straceńczy kurs na alkoholizm, pogrążając się w ubóstwie i wyprzedając z wszystkich przedmiotów, w tym z tego, co uważał za najcenniejsze – ze swoich książek. Dla niedawnych przyjaciół staje się uciążliwym źródłem wstydu. W tej sytuacji wiadomość o jego śmierci zostaje wypowiedziana z lekkością i mimochodem.
Tę ewolucję, od wyjścia Pijaczka ku życiu po pustkę, która pozostała po nim w krajobrazie, obrazują sztukujące tekst, im bliżej końca, tym częstsze, grafiki Sieńczyka. To nie tylko ilustracje. Choć tekst towarzyszący pierwszej z nich można jeszcze uznać za ekfrazę rysunku, stopniowo odklejają się od niego, by torem równoległym wobec narracji wskazać na pustkę jako jej faktyczną dominantę. Ich kolejność zakreśla trajektorię od pokoju Zygfryda i klatki schodowej po ścieżki między blokami i okoliczną zieleń. Te całkowicie wymiecione z ludzi przestrzenie stają się przedłużeniem „dziwnego, jakby opustoszałego domu państwa Pijaczków”, a jeśli niepokoją, jak u Michelangela Antonioniego czy Eugène’a Atgeta, to jako skupiska rzeczy, na które nikt poza nami nie patrzy. „No był tu, był” – zwykł mawiać Pijaczek, imitując perorę Bogumiła Kobieli po śmierci przyjaciela, Zbigniewa Cybulskiego, we Wszystko na sprzedaż. I o tym właśnie mówi ta książka. O nieobecności kogoś, kto nieustannie nawiedza słowa i rysunki Sieńczyka. I w kim dostrzega się nauczyciela klarownego widzenia. To chyba właśnie z powodu zdolności skrajnie trzeźwego oglądu rzeczy przerażony ich nietrwałością Zygfryd usiłował zasłonić ich rozpad ucieczką w pijaństwo: „i kiedy zastanawiam się, dlaczego wciąż wydaje mi się tak wyjątkowy, zadowalam się myślą, że w obrębie kultury i stosunków między ludźmi widział rzeczy, jakimi są, i umiał sprawiedliwie je osądzić”. Zygfryd, który bez złudzeń głosił brak jakiejkolwiek gwarancji sensu czy życia w zaświatach, dysponował całkowicie odczarowaną perspektywą, która pogardę dla ludzkości kazała mu łączyć z łagodnością wobec kruchej pojedynczości istnień. I to jej dotyczy najważniejsza lekcja, jakiej Pijaczek udzielił Sieńczykowi. Swoją osobnością wsparł osobność przyjaciela, który dziś po latach spłaca dług. Tymczasem literatura – jak dowodził Czesław Miłosz w Szestowie albo czystości rozpaczy, mówiąc o umierającej rumuńskiej pisarce – jest w stanie stworzyć „osobne niebo i ziemię, tylko dla Soriany Gurian – czy też dla każdego z nas”. I takie osobne niebo Sieńczyk mości Pijaczkowi, wielkiemu miłośnikowi Floydów i „pryt”, fekaliów i Felliniego, stawiając najlepszy możliwy pomnik – pochwałę jego pojedynczości.
