01/2021

Anna Arno

Billie

Nie wiedziałam, ile miała lat. Pewnie po sześćdziesiątce. Chodziła w obcisłych getrach i sportowej bluzie. Miała umięśnione nogi i dziwnie uformowane pośladki – ciało starego biegacza, połączenie uporczywego wysiłku i nieubłaganego czasu. „Więcej niż myślisz” – mówiła z kokieteryjnym uśmiechem. Codziennie rano na ogoloną głowę zakładała stroik ze sztucznych kwiatów i wychodziła pobiegać w parku. Nad jej łóżkiem wisiały dyplomy i medale nowojorskich maratonów od połowy lat siedemdziesiątych. Central Park był jej domem – „to jest mój ogródek, moje podwórko” – mówiła. Studentom wynajmowała najlepszy pokój, z szerokim widokiem. Przez dwa lata to moim ogrodem był Park, moim dywanem Aladyna. Z góry patrzyłam na miękkie korony drzew, zimą podziwiałam zarys gałęzi i perspektywę, którą odsłaniały. O świcie widziałam ostre słońce w czarnej fasadzie Mount Sinai Hospital. You’re an angel – codziennie mówiła mi Billie. Ale ja nie byłam aniołem. Po prostu siedziałam w swoim pokoju, czytałam i pisałam albo rozmawiałam przez Skype’a z rodziną.

To nie była gadatliwa staruszka, która potrzebowała słuchacza. Mówiła zawsze to samo. Że Bóg jest dobry i wielki. Mówiła tak, jakby codziennie go spotykała w Central Parku. God bless you, sweetheart – powtarzała dziesiątki razy. Może jej modlitwa zyskała moc i przez ten czas byłam błogosławiona. Mieszkanie Billie było nieskazitelnie czyste, wypełnione światłem i wyłożone zwierciadłami. Była dumna ze swoich luster i szklanego stolika. Lubiła kolor zielony i fioletowy, gładziła aksamitną kanapę, żeby cień się układał w odpowiednią stronę. Na ścianach i podłodze skakały zajączki, małe tęcze tworzyły się tam, gdzie słońce odbijało się od wyszlifowanych krawędzi. Przez dwa lata mieszkałam twarzą w twarz z własnym odbiciem. Lustra poszerzały przestrzeń, ale też powielały moją sylwetkę. Byłam ciągle sama, sama ze sobą, tej postaci nie mogłam zasłonić, nie umiałam się od niej uwolnić. Przed lustrem stał wazon, a w nim szklane kwiaty: to był martwy punkt, w którym mogłam się ukryć.

Czasami jednak Billie potrzebowała porozmawiać. Kiedy już po raz dziesiąty mnie błogosławiła, wskazywałam na biurko, komputer i mówiłam, że na jutro muszę coś skończyć do szkoły. Billie to rozumiała, nie chciała przeszkadzać. Rób, co masz do zrobienia – zgadzała się ochoczo. You have to do what you have to do – wykładała ten problem przy pomocy poetyckiej tautologii.

Czasami Billie pokazywała mi swoje nogi. Mocne łydki i stopy: naznaczone kontuzjami, zdeformowane, stopy maratonki. Zakładała specjalne skarpetki, zaklejała plastrami, żeby nie bolało. „Chodzisz szybciej, niż ja biegam” – mówiła, kiedy spotykała mnie w parku. Teraz już raczej truchtała, właściwie szła, pochylona do przodu, w postawie biegacza-weterana.

Kiedy nie biegała, oglądała telewizję. Nigdy przy tym nie siadała na zielonej kanapie. Tkwiła przycupnięta na stacjonarnym rowerku w swoim lustrzanym salonie. Przy telewizji głośno się śmiała. I na głos komentowała. Chyba głównie baseball i koszykówkę. Raz nawet próbowała mi coś tłumaczyć: Yankees, Red Socks, Giants. Co, kto i komu. Ale to przekraczało moje możliwości. Tego jesiennego wieczoru, kiedy prezydentem został Obama, śmiała się i płakała przed telewizorem.

Jadła ziemniaki polane oliwą, jadła zieloną sałatę. Kiedyś przyniosła strąki czerwonej papryki i pytała, czy to można jeść na surowo. Nie lubiła kuchennych zapachów. Nie lubiła bałaganu. Marszczyła nos, kiedy gotowałam. Pytała, co to jest, po co i dlaczego. Raz zrobiłam bigos. Billie bała się tego zapachu. Bała się o swoją tapetę w fioletowo-złote paski.

Nigdy do końca nie zrozumiałam, jakim cudem mała, czarna Billie z Karoliny Północnej zamieszkała w apartamencie z widokiem na Central Park. Miałam jednak swoją hipotezę. Pewnego razu Billie pokazała mi nekrolog niejakiej pani Kayser, którą się kiedyś opiekowała. A potem pani Kayser zaopiekowała się Billie. Zostawiła jej w spadku mieszkanie. Ale Billie nie zdradzała szczegółów. Bała się zarazków, brudu i nie miała zaufania do ludzi. Pani Kayser zostawiła też Billie kilka pięknych strojów. Kreacje Diora i Yves’a Saint-Laurenta z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Pewnego dnia zastałam Billie przed lustrem: przymierzała suknie z atłasowym gorsetem, z falbanami, z aksamitu i połyskliwej tafty. Byłam ciekawa, na jaką to okazję: może bankiet stowarzyszenia New York Road Runners postanowił wyróżnić seniorów? Wręczyć nagrodę za Lifetime Achievement? Billie pokazała mi ulotkę sklepu RadioShack, który zaprosił ją na ekskluzywną promocję. Wybrała zieloną suknię i odpowiednie nakrycie głowy. Odetchnęłam z ulgą, kiedy tydzień później oznajmiła, że zrezygnowała, bo woli unikać zgromadzeń.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.