05/2019

Janusz Drzewucki

Blizny dzieciństwa

1. Zbigniew Mikołejko w swoim drugim zbiorze wierszy Heilsberg, to miasto – wydanym zaledwie w rok po debiutanckich Gorzkich żalach – podpowiada nam, a nawet daje jak najbardziej poetyckie świadectwo, że zbyt łatwo uwierzyliśmy w dzieciństwo „sielskie, anielskie”, zbyt łatwo daliśmy się uwieść słowu romantycznej liryki, zbyt łatwo uwierzyliśmy w sentymentalny mit, jaki sobie samym i sobie nawzajem opowiadamy, i tym samym świadomie lub nieświadomie, bezwiednie lub wiednie wmawiamy następnemu pokoleniu.

W czterdziestu wierszach i dwu piosenkach poeta rekonstruuje topografię miasta dzieciństwa, „miasta spod ciemnej gwiazdy” (Piosenka o mieście). Tu kościół, tam szkoła, tu szpital, tam kostnica, tu cmentarz, tam knajpa, tu zamek, tam kaszarnia. Przez miasto przepływa rzeka; czasem okazuje się rzeczułką, czasem wydaje się strumykiem. Za miastem „ogrody przedmieścia”, „kartofliska przedmieścia”, pola, kotlina, nasyp, zbocze, jezioro, las. W tym krajobrazie uwagę zwracają „zwaliska domów” i „ruiny powalonego mostu”, a także mieszające się bezgłośnie „gotycka niemczyzna” i „polska antykwa” (Ciągle tkliwe na fotografiach…). Cóż, akcja liryczna tych wierszy rozgrywa się w czasach dzieciństwa poety, a to upłynęło w mieście, przez które przetoczył się walec wojny, walec historii; w mieście, którego polskiej nazwy poeta z sobie wiadomego tylko powodu nie chciał wymienić i nie wymienił w żadnym z wierszy; tylko na czwartej stronie okładki w odautorskiej nocie: Lēcbargs, Heilsberg, czyli Góra Zbawienia, Lidzbark. Ci, którzy tu mieszkają, nie mieszkali tu od zawsze, skądś przybyli; natomiast ci, którzy tu mieszkali, dokądś wyjechali, a raczej uciekli:

przed azjatyckim

gniewem

niewolników

ze Wschodu,

świętych

koczowników nicości

panów

gwałtu i rzezi

(Kopałem ogródek)


A jednak tę przestrzeń zaludniają zarówno ci, którzy żyją tu dzisiaj, jak i ci, którzy żyli tu wczoraj, ale o nich się nie rozmawia; bo też nie da się rozmawiać o tych, których nigdy się nie poznało i o których w rzeczy samej nic się nie wie. Starsi w tamtych czasach – przypominam: w czasach dzieciństwa poety in spe – zwłaszcza mężczyźni najczęściej „rozmawiali o kobietach i wspominali wojnę” (Wujek przynosił mi bezcenne łuski po nabojach).

Bohaterami mikrokosmosu naszkicowanego przez poetę są przede wszystkim babcia Maria i dziadek Antoni, poza tym ciotka lunatyczka, wujek kawalerzysta, mieszkająca w domku za ogrodem z kozami, kotami i psami pani Chlewicka (to miejscowa wariatka, ale z czasem okaże się oficerem z powstania warszawskiego, wygnańcem ze spalonej stolicy). Rodziców tu nie ma, nie wychowują syna, wnukiem opiekują się dziadkowie; rodzice w tym czasie są gdzieś indziej, zajmują się mniej lub bardziej tajemniczymi sprawami.

2. Czas tej poezji to nie tylko czas dzieciństwa, ale także czas młodości, czas dojrzewania, lecz jeszcze nie dojrzałości. Podmiot poszczególnych wierszy występuje równie często w pierwszej osobie liczby pojedynczej, jak mnogiej. Z jednej strony – ja, z drugiej – my. Z jednej strony: słyszałem, czułem, widziałem, patrzyłem, z drugiej: siedzieliśmy, podglądaliśmy, kąpaliśmy się, płynęliśmy, piliśmy najtańsze wino, „biliśmy się na kamienie i pięści”. Ja – czyli podmiot tej liryki, bohater, wokół którego ów poetycki świat się kręci – jeszcze jest częścią my, ale coraz bardziej zdaje sobie sprawę z tego, że właśnie ja bierze górę; bo przecież żyje się osobno, z braku lepszego określenia – na własną rękę. Ale to później, w niedalekiej przyszłości. Póki co młodociany mieszkaniec Heilsberga chowa się przed rówieśnikami i dorosłymi, zamyka się na strychu i marzy – jak w wierszu Uciekłem – o wędrówce: „na morza Południa, po muszelki i skarby piratów, / w wielki błękit, co pozwala zapomnieć o sobie”.

Wszystko to, co się rozgrywa w wierszu, rozgrywa się w czasie przeszłym, ale rozgrywa się ciągle na nowo, nieustannie, żyje bowiem w pamięci, żyje w wyobraźni. Z tym że poeta nie ucieka do przeszłości, lecz przed przeszłością. Ale przed przeszłością nie da się uciec. Trzeba ją jednak sobie samemu opowiedzieć, objaśnić, wytłumaczyć, aby móc ją wreszcie zaakceptować, pogodzić się z nią, żyć z nią i pomimo niej. W efekcie, opowiadając sobie i nam swoje dzieciństwo, poeta odsłania „blizny dzieciństwa, co szukało wytchnienia od siebie” (Ściek, pieniąc się, gnojąc…). Rany zabliźnione nie bolą, raczej swędzą, świerzbią, ból odzywa się w nich raz na jakiś czas; tym samym rany, mimo że zabliźnione, nie pozwalają o sobie zapomnieć.

Wizja tego świata – tego przeżytego i zapamiętanego boleśnie świata – okazuje się katastroficzna i apokaliptyczna, bo takie właśnie są liryczne ewokacje Mikołejki. Jego bohater przeżył własną śmierć, umarł, lecz na szczęście lub na nieszczęście dopadł go „brudny blask zmartwychwstania” (Kiedyś umarłem…); żyje, ale coraz częściej nawiedzają go „cienie zmarłych przyjaciół” (Dym ognisk…). To, że pomrzemy, każdy bez wyjątku, wiedział od dawna, poniekąd od zawsze, wszak już jako dziecko pojął, że w każdym istnieniu „płonie […] drzazga śmierci” (Był to czas jeżyn), zresztą nie tylko przecież on słyszy od dziecka przenikający świat i wszechświat „brudny krzyk śmierci” (Świnie, uważając bardzo na szpicli, bito nad ranem). Nie ma więc w tym żadnej przesady, gdy poeta twierdzi, że żył wówczas „w przedpieklu” (Zaprzężony w jarzmo małego pługa…).

3. Świat opisywany przez poetę w kolejnych utworach – tyleż fragmentarycznie, co systematycznie – to świat niebezpieczny, groźny, przerażający, świat, któremu chciałoby się, ale niestety nie da się wymknąć. W tym katastroficznym procederze natura działa ręka w rękę z cywilizacją. Oto „przemarsz chwastów przez zwaliska domów – / tuż przy ulicy, co wiodła do szkoły” (Nikt nie odejmie…), „dwie rzeki rzucały się sobie do gardła / i pieniły się wściekle bez odrobiny litości” (Niedaleko zamku…), a „pole kładło się przede mną szarym, wilczym odłogiem” (Zaprzężony w jarzmo…). W wierszu Nie cierpiałem w dzieciństwie śniegów widzimy, jak Arkadia zamienia się w Apokalipsę: mróz i śnieg „wyżerały dusze i mózgi, pętały ciała”, „szły stadami, które nie znały umiaru i kresu”, „niczym torsje plugawych, nieczułych bóstw”, natomiast w utworze Skóra nieba była napięta do granic obserwujemy, jak przyroda zmierza wprost do samozatraty, do samounicestwienia: „gwiazdy świeciły sino”, „rzeki jęczały w mroku”, „przez bezlitosne ogrody szedł wiatr / nikczemniały ramiona gałęzi, / rosła w nich dzikość i pulsowało szaleństwo”. Cóż, urodzony zaledwie kilka lat po zakończeniu wojny, autor tych wierszy wyrastał w atmosferze jej straszliwych skutków, wobec których nawet dorośli – a raczej przede wszystkim oni – pozostawali bezsilni. A zatem, jak się rzekło, uciekał przed ludźmi, przed światem, za miasto, nad rzekę i marzył o wspomnianych wcześniej dalekich podróżach. Jednak przed tym, co tu i teraz, na razie nie dało się ulotnić: „chciało się odlecieć od mięsa bólu tam, / gdzie nie ma już soli ciała” (Siedzieliśmy na ruinach powalonego mostu), tymczasem


[…] rzeka gniła w magmie pejzażu

rwała brzegi i pulsowała wirami,

tłoczyła brunatne wody w ślepą dal,

niosła w łonie poronne kształty i muł.

ostre, podłużne muszle,

ułomki drzew i odór ścieków,

trupy zwierząt, a czasem i ludzi

(Marzenie, żeby łodzią popłynąć w dół rzeki)


Nawet chłopięce zabawy rozgrywają się na cienkiej, bywa, że niewidzialnej, granicy między życiem i śmiercią: bijatyka z rówieśnikami z cygańskiego taboru – nie dość, że było ich więcej, to na domiar złego „nie znali chyba granic” (Tak jakoś wiosną), ryzykowne pokonywanie jeziora z jednego brzegu na drugi – gdy płynie się ostatkiem sił „rozgarniając wodę / jak śmierć” (Chłodny krzemień jeziora ciął). Ale też w tych zabawach, ale także występkach bohater doznał pierwszego szczęścia, jakie dało mu właśnie poczucie wspólnoty i pokoleniowości; a poza tym wiary, że w przyszłości będzie się góry przenosić, jak w wierszu Piliśmy wprost z butelki: bo i co z tego, że „ponad wodą burą i gęstą, / nieczułą jak Anioł Pana”, skoro wino „płynęło w nas jak aksamit, / igrało z nami jak perła Wschodu”; albo jak w wierszu Niebo jasno płonęło nad nami, gdy w pewnej chwili olśniło go, że jesteśmy „bezcieleśni, skazani tego lata na wieczność”.

4. W kilku wierszach Mikołejko zwraca się do nas z nieco innej perspektywy. Po pierwsze: w czterowersowej miniaturze Przepada w nas każda iskra, a także w Czerwie miłości, Jeszcze słyszę czy Nie budź się wypowiada się nie w czasie przeszłym, lecz teraźniejszym, dzięki czemu teksty te stanowią mocny kontrapunkt dla tych wypowiedzianych w czasie przeszłym – chciałoby się dodać: przeszłym dokonanym; po drugie: w Niedaleko zamku i ścierwa cuchnącej knajpy mówi sam do siebie i wtedy górę nad pierwszą osobą bierze druga osoba, a może po prostu inna osoba, którą ja prędzej lub później się stanie. Ta właśnie osoba, ten ktoś wydaje się być podmiotem czterdziestego, a więc poniekąd zamykającego tom wiersza Sączy się jeszcze światło (poniekąd, bo po nim następują tylko wspomniane wcześniej, pełniące rolę – jak chce autor – „dodatku” dwie piosenki), to przecież on – ktoś, kto wspominał to, co wczoraj i przedwczoraj – mówi dzisiaj:


przesypuję swój marny piasek

w nieuważnych, pobladłych palcach.

Sączy się jeszcze światło,

dopala ogarek.


To także on nieco wcześniej w wierszu Dziadek Antoni i babcia Maria są już w niebie nie bez zdziwienia konstatuje: „pokończyłem szkoły, / przeżyłem niemało lat, / a moje rany porosła pajęczyna blizn”; tym samym przeszłością okazuje się nie tylko dzieciństwo i młodość „górna i durna”, ale także dojrzałość, czyli „wiek męski, wiek klęski”. Podmiot konfrontuje się z coraz bardziej oczywistą starością. Wydaje mu się, że widzi koniec drogi. Pewnie dlatego coraz częściej ogląda się za siebie. Próbuje zrozumieć siebie sprzed lat; siebie i swój – ale nie ten, lecz tamten – świat.

Opowiadając tamten świat, posługuje się – co oczywiste – słowami i tylko słowami. Im właśnie poświęca wiersz zaczynający się stwierdzeniem bezsilności: „Słowa są odporne na tamte uderzenia / losu”. Słowa żyją własnym życiem, są nieposłuszne woli poety, „odmawiają / współpracy”, nie poddają się jego woli. Wypowiedziane i zapisane zdają się – paradoksalnie – znaczyć co innego niż wtedy, gdy były zaledwie pomyślane. Ale to jednak w nich i tylko w nich powstaje, rodzi się poezja. Stąd głęboka wiara Zbigniewa Mikołejki w metaforę, w zaklęcie. Poeta zaklina świat, nie przeklina, lecz zaklina: świat, którego nie ma, który będzie zawsze, do samego końca.

Zbigniew Mikołejko: Heilsberg, to miasto.
Rzeczy z lat 2016‒2017.

Instytut Mikołowski,
Mikołów 2018, s. 54.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.