09/2018

Leszek Bugajski

Bohater bez właściwości

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami… – tak mogłaby się zacząć opowieść o tej powieści i moglibyśmy się nią cieszyć, gdyby nie sugestie, że miejscem jej akcji jest jednak Polska. Realia nie zawsze są takie, jakie być powinny, czas też jest zamieszany, bo Eustachy Rylski umieścił akcję w niedalekiej przyszłości. To budzi lekkie zaskoczenie, bo jest to pisarz, który dobrze czuł się dotychczas raczej w scenerii historycznej, a i bohaterów konstruował takich, którzy brali los w swoje ręce, a tu główna postać jest człowiekiem bezwolnym, niezdolnym do samodzielnych czynów, ukrytym w cieniu. W czyim cieniu? Ano w cieniu człowieka nazywanego Donem, który wprawdzie nie pełni żadnych oficjalnych funkcji państwowych, a jednak jest władcą kraju i nic w nim nie dzieje się bez jego przyzwolenia. Odniesienia do polskich realiów są uzasadnione, ale niekonieczne, bo utwór Rylskiego jest czymś w rodzaju przypowieści, która w gruncie rzeczy nie potrzebuje konkretu historycznego i geograficznego. Rylski napisał bowiem zdumiewającą – jak na to, do czego nas przyzwyczaił – powieść o mechanizmach władzy, a dokładniej o tym szczególnym okresie jej funkcjonowania, gdy główny decydent znika po blisko dziesięciu latach z politycznej sceny, a cały osierocony przez niego układ rzęzi i coraz szybciej zmierza do autodestrukcji. Ale przede wszystkim jest to powieść o jednym słabym człowieku.

W eseju Czy chory władca płacze, gdy nikt nie widzi, który – przypadkowo, a może nieprzypadkowo – ukazał się niedługo po tym, jak Blask Rylskiego trafił do księgarń („Gazeta Wyborcza”, 9−10.06.2018), Marcin Napiórkowski tak scharakteryzował ten czas, gdy wódz znika na skutek choroby czy śmierci: „Im bardziej był wcześniej wszechpotężny i wszechobecny, tym bardziej przeraża jego nieobecność. Im więcej spraw zależało od niego osobiście, tym więcej teraz pozostaje nierozwiązanych. Ścieżki krzyżujące się dawniej w sali tronowej, willi czy gabinecie splatają się nagle w labirynt pozbawiony wejścia i wyjścia. Instytucje, jeszcze wczoraj z ulgą zdejmujące z siebie ciężar obowiązków, i ministrowie, w swoich decyzjach zależni od wodza, uginają się pod brzemieniem odzyskanej nagle odpowiedzialności”.

W tym cytacie zawarte jest w zasadzie streszczenie sporej części powieści Rylskiego, ale nim dojdzie do opisu tego chaosu, są jeszcze sceny pokazujące ostatnie dni funkcjonowania Dona, jest co nieco o życiu kraju, w którym zaprowadził on swoje porządki, a w retrospekcjach – o tym, skąd się Don wziął i jaki był. A wziął się z grupki młodych ludzi, którzy byli „obrani z zalet, jakie wynoszą ponad innych, pogodzeni z własną przeciętnością w każdej ludzkiej konkurencji”. I ta przeciętność okazała się ich wielkim atutem, gdy włączyli się do polityki – trochę pewnie dla żartu, trochę z nudów, ale przede wszystkim chyba dlatego, że zobaczyli, iż stworzyła im ona możliwości wybicia się. Przyłączyli się do peryferyjnej partii, „a ściślej przypadkowo się do niej przypałętali” i szybko stali się w niej znaczącymi postaciami, bo stanowili zwartą, wspierającą się i do pewnego momentu lojalną względem siebie grupkę, a reszta to byli jacyś nieudacznicy nie mający pomysłu na silne zaistnienie w polityce. Oni zaś mieli pomysł, „by stanąć po stronie przegranych, po stronie tych, którzy po niespodziewanej zmianie systemu znaleźli się po niewłaściwej stronie rzeczywistości, by wyostrzyć roszczenia roszczących, frustracje sfrustrowanych, nienawiść nienawidzących, nobilitować niedołęstwo, gnuśność, uzasadnioną lub nieuzasadnioną bezradność”. Występując w interesie tej części społeczeństwa, błyskawicznie stali się wiarygodni, bo byli „bezżenni, nieładni, byle jacy, kompatybilni z wszelką miernością” i weszli do Zgromadzenia Narodowego, i jakoś w nim trwali przez dwie kadencje, mimo że „kraj się bogacił i na swój sposób piękniał”. Ale pod tą powłoką dojrzewały nastroje, które wyniosły trójkę kolesi do wielkiej polityki, a które oni stymulowali. Kiedy zaś dotarli na szczyt, nastąpił rozpad ich wspólnoty – poeta, przegrawszy współzawodnictwo z Donem o przywództwo, wyemigrował do Hiszpanii, a trzeci, nazywany Gaponia, został cieniem, adiutantem i autorem przemówień Dona. I właśnie ten trzeci jest bohaterem powieści.

Bohaterem bez właściwości. Nie jest to łatwe zadanie dla autora, by na pierwszy plan powieści wysunąć człowieka, który jest pogodzony ze swoją drugorzędnością, ze swoim brakiem urody, i wyzbytego jakichkolwiek aspiracji i ambicji. Ciekawe, że przy takim zestawie „przezroczystych” cech jest to człowiek inteligentny, ale tę jego inteligencję tłamsił strach przed życiem i samodzielnością. Sens jego życiu nadawało służenie Donowi, który był cynikiem niezdolnym – jak to oceniał właśnie Gaponia – „do podstawowych ludzkich uczuć”. Jest to intrygująca konstrukcja, bo Rylski stworzył postać, która poświęciła się służeniu komuś, kto nie był przecież zdolny nawet do elementarnej wdzięczności, bo wdzięczność to ludzkie uczucie. Prawdopodobnie było to przywiązanie wynikające z rozpaczy i zapełniające życiową pustkę. Gaponia miał bowiem świadomość tego, do jakiego stanu doprowadzają kraj rządy Dona i w czym ukryta jest ich istota, ale przyglądał się obojętnie temu, jak uwalniane są złe emocje i jak „naród zasmakował w złej wolności”. Ta część powieści jest uniwersalną przestrogą – jak przystoi przypowieści – przed tym, jak cienka jest warstewka kultury i przyzwoitości pokrywająca demony zazdrości i dzikości drzemiące w ludziach. A Gaponia tylko się temu przyglądał i także temu, jak znudzony władzą i chyba mający jej już ostatecznie dość Don „pozostawiał sprawy samym sobie, a te już pilnowały, by pójść jak najgorzej”.

Kiedy rusza akcja powieści, Don oraz Gaponia siedzą sobie spokojnie w pensjonacie położonym w pięknej okolicy i właściwie nie są już zainteresowani tym, co się dzieje poza nim. Don zapadł na jakąś tajemniczą przypadłość, która sprawia, że go przybywa w sensie dosłownym – jego ciało powiększa się, pęcznieje, a jednocześnie jakby rozrzedza, by wreszcie zniknąć. I to jest przełomowy moment zniknięcia wodza. Nie umarł w tradycyjny sposób, nie leży na łożu boleści, przyjmując hołdy, on po prostu uległ anihilacji, a wszyscy jego ludzie wpadają w panikę. Rozpoczyna się czas popłochu, intryg, najrozmaitszych kombinacji, a osamotniony Gaponia pogrąża się w apatii i stanu tego nie zmienia towarzystwo oddanej mu przecudnej urody prostytutki. Zobojętniał na wszystko, nie myśli o przyszłości, nie troszczy się o teraźniejszość. No, ale skoro jest kobieta, to w powieści o polityce musi ona odegrać rolę Lady Makbet. I tak się dzieje. Dziewczyna niejako przywraca go polityce, a on przezwycięża swój bezwład, zdobywa się na krótki okres aktywności i nakręca intrygę, dzięki której poeta, dawny kompan, teraz już nazywany starym poetą, wraca do kraju i zostaje jego prezydentem.

Ale inni też potrafią intrygować. Kraj powoli wyzwala się z zaczadzenia Donem, który „przeszedł do historii, ale się w niej nie ostał. Nawet na chwilę”. By jednak ostatecznie przeszedł do nicości i pogrążył się w zapomnieniu, musi zostać przez nową władzę ukarany, choćby symbolicznie, bo potrzebne są igrzyska i zarazem ekspiacja ogólnonarodowa, jak to zwykle bywa w takich przypadkach. A skoro Don zniknął bez śladu, ukarany musi być Gaponia, choć jest „niewinny w sposób nieudowadniany”. Ale był najbliższym współpracownikiem wodza, jego cieniem. Więc cień będzie osądzony i skazany zgodnie z nową polityczną potrzebą, by kraj mógł zrzucić z siebie dawne winy i zacząć pracować na nowe. Tak to się dzieje w odwiecznym kole historycznych cykli. Gaponia spokojnie odnajduje się w roli ofiary, „jak w transie, brał na siebie winę za winą”. I jeśli ktoś w tej powieści jest pozytywnym bohaterem, który budzi iskrę sympatii, to właśnie on, mimo powracających opisów jego szpetnej powierzchowności i braku charakteru. Jednak w godzinie ostatniej rozprawy „zapłacił za wszystko” i tym samym doprowadził do tego, że odwet na starej władzy „się nie rozdrobnił i nie ugrzązł w niekończących się rozliczeniach”. To on „wyczerpał sprawy i je zamknął. Raz na zawsze”. I nowa władza będzie mogła mamić naród nowym blaskiem…

Blask będzie pewnie interpretowany jako doraźna powieść wypełniona politycznymi aluzjami i złośliwościami. Moim zdaniem podniosą one jej wartość komercyjną, ale nie wydaje mi się, żeby tak poważnemu pisarzowi, jakim jest Eustachy Rylski, chciało się ją pisać tylko z takich powodów. By napisać utwór popularny. Ważne jest w niej to, co kryje się za tymi – w gruncie rzeczy żartobliwymi − dekoracjami: opowieść o dramacie człowieka, który jest tak skonstruowany wewnętrznie, że nie jest zdolny do przeżycia dramatu. On do możliwości przeżycia dramatu dopiero dojrzewa, choć jest „przezroczysty”, choć wyposażony jest w charakter, który jest brakiem charakteru. Ale ostatecznie wydobywa się z tej swojej wewnętrznej nicości i odgrywa historyczną rolę odkupiciela nie swoich win, który tym samym umożliwia dziejom wykonanie kolejnych kroków, choć nie wiadomo w którą stronę. I po co.

Eustachy Rylski: Blask.
Wielka Litera,
Warszawa 2018, s. 376.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.