10/2018

Arkadiusz Łuba

Brudne słówka Jamesa Joyce’a

W tym pisaniu moim chodzi o ukazanie analogii między markizem de Sade, tym – według Barthesa – „wielkim pornogramatykiem” i Jamesem Joyce’em, który – jak stwierdził T.S. Eliot – „zabił i pogrzebał wiek XIX w literaturze”, a także analiza „brudnych” listów Joyce’a – będących niezwykłym świadectwem uczucia, które połączyło go z niewykształconą pokojówką – i ich związku z twórczością tego wirtuoza modernistycznej literatury.

[…]

Objawienie, ucieczka i wolność
W kilka miesięcy od pierwszego spotkania Joyce i Nora zdecydowali się opuścić Irlandię. Powody, który motywowały Joyce’a, to „kulturalna ciasnota i ograniczoność umysłowa jej mieszkańców, a także zaściankowość, której jako artysta nie mógł znieść”. Poprosił Norę, żeby wyjechała razem z nim. Zanim powiedziała „tak”, Joyce odkrył się przed nią. W liście z 29 sierpnia 1904 roku pisał: „Być może zabolało Cię to, co powiedziałem dziś wieczorem, ale lepiej przecież chyba, żebyś znała mój pogląd na różne sprawy? Kierując się rozumem, odrzucam cały panujący obecnie ład społeczny i zasady chrześcijańskie – dom, uznane cnoty, style życia i doktryny religijne. […] Było nas w rodzinie siedemnaścioro. Moi bracia i siostry nic mnie nie obchodzą. Tylko jeden brat jest w stanie mnie pojąć. […] W tym porządku społecznym mogę znaleźć miejsce tylko jako włóczęga. […] Życie stawia przede mną niewiarygodne przeszkody, lecz gardzę nimi”. 8 października 1904 roku zdecydowali się nocnym promem na zawsze opuścić ojczyznę. Ich wspólne życie zaczęło się w Puli. Było to jednak zaledwie tylko jedno z wielu miast, w których później zamieszkali; Rzym, Triest, Zurych, Paryż – by wymienić tylko te najważniejsze. Wynajmowali najczęściej mało atrakcyjne pokoje w atrakcyjnych dzielnicach. Nie chcieli, by cokolwiek przypominało im ich okropną przeszłość spędzoną w opuszczonej ojczyźnie.

Wyjazd z Irlandii uważał Joyce za usprawiedliwiony. W satyrycznym utworze Gaz z palnika, poświęconym niechętnemu mu dublińskiemu wydawcy George’owi Robertsowi, tak pisał o swoim kraju: „Ta urocza kraina, która nieustannie / Artystów i pisarzy zsyła na wygnanie”. A w Portrecie artysty w wieku młodzieńczym wyczytać można takie słowa: „Irlandia to stara maciora, która pożera własny pomiot. […] W tym kraju, kiedy rodzi się dusza człowieka, zarzuca się na nią sieci, by nie mogła wzlecieć. […] Spróbuję wzlecieć mimo tych sieci”. W nazwisku głównego bohatera – Stefana Dedalusa – wybrzmiewa tęsknota za wolnością, wolnością polityczną, duchową i twórczą. Bycie z dala od wzgardzonej ojczyzny, uwolnienie się z jej więzów, stwarza – mówiąc słowami Dedalusa – możliwość „wyrażania siebie w jakiejś formie życia lub sztuki w sposób możliwie wolny i pełny”. Możliwość tę przypłacił Joyce wygnaniem. To także łączy go z de Sade’em.

Maria Janion pisała o markizie, że został „wyklęty przez społeczeństwo, okrutnie i bezwzględnie ukarany za swój bunt, za swój nonkonformizm, za to, że był «inny»”. Wysoką poniósł cenę za chęć „wolności zupełnej, zwanej metafizyczną”. Ponad połowę swego życia spędził na wygnaniu lub we francuskich więzieniach. Według Janion de Sade doszedł w wyniku swej krytyki religii i Boga do wniosku, że religia jest absolutnie nie do pogodzenia z wolnością. Echo tego pobrzmiewa znów w słowach Dedalusa z Portretu artysty… i jest alter ego samego Joyce’a: „Nie będę służył temu, w co już nie wierzę, obojętne, czy zwie się to moim domem, moją ojczyzną czy moim Kościołem”. Bohater jest podziwiany przez kolegów za „umysł człowieka wolnego od wszystkich religii”.

„Wywełtawać stęchłość”
Joyce napisał sporo listów. Trzy grube tomy liczy oryginalne anglojęzyczne wydanie pod redakcją Richarda Ellmanna i zawiera to, co zostało z epistolograficznej spuścizny autora Tułaczy. „Niektóre fragmenty są brzydkie, plugawe i zwyrodniałe, inne – czyste, święte i uduchowione: wszystkie zaś są mną samym”, pisał Joyce w jednym z nich. Wydaje się, że to właśnie ten fragment najlepiej opisuje przymioty jego nadawcy. Jakie bowiem inne jeszcze słowo pisane może być bardziej intymne i osobiste, jeśli nie to zawarte w liście? – Samoujawnienie się, spowiedź pisarza, znów odsyłająca do de Sade’a.

Bo obok katalogu sześciuset perwersji zawartych w Stu dwudziestu dniach Sodomy, obok szyderstw, skierowanych przeciwko własnej klasie społecznej, obok orgiastycznych rzezi i sadystycznych eksperymentów, zakrapianych obficie krwią, spermą, śliną i kałem, w końcu obok bluźnienia Bogu, także de Sade potrafił pisać listy pełne romantycznych apostrof, jak choćby te z 24 listopada 1783 roku: „[moje] czarujące stworzenie”, „mój aniołku”, „moja mała fasolko”, „mój skarbie”, „niebiańska cipeczko”, „słodkie szkliwo moich oczu”, „duszo mej duszy”, „boskie odbicie”, „cudzie natury”, „z łona trzech Gracji kiełkująca różo”, „ogniu mojego życia”. List do siostry swojej żony podpisał – co zostało niedawno odkryte – własną krwią, wyznając nieskończoną miłość. Podobne ambiwalencje cechowały także charakter de Sade’a, tak piszącego o sobie: „najuczciwszy, najszczerszy i najdelikatniejszy z ludzi, najbardziej współczujący, najbardziej uczynny, uwielbiający swe dzieci […]. Oto moje zalety, co zaś do moich wad – stanowczy, porywczy, gwałtowny, przesadny we wszystkim, o rozwiązłej wyobraźni obyczajowej […], ateista aż do fanatyzmu”.

Listy z pewnością nie były dla Joyce’a podstawową formą literacką. Pisał je z pobudek pragmatycznych. Formułował w nich rzeczowo swoje myśli, a odwrotną pocztą otrzymywał zamówione detale. Żył na wygnaniu, często na granicy biedy, i ciągle potrzebował pomocy: prosił o pieniądze, książki, plotki i informacje o Dublinie. Inna, spora część jego listów to coś w rodzaju korespondencji biznesowej z niechętnymi mu wydawcami, dotyczącej umów, z których ci ostatni często nie do końca się wywiązywali: „Wydaje mi się, że całe moje życie wypełnia bezużyteczna epistolografia”, skarżył się Joyce. Brak pieniędzy i użalanie się nad sobą jest także motywem przewodnim znakomitej większości listów markiza.

Tylko niewielka część listów Joyce’a jest adresowana do jego życiowej partnerki – Nory Barnacle. Ale niektóre z nich należą do najbardziej intymnych świadectw, jakie pozostały po pisarzu. Mimo to nie jest to czysto erotyczna epistolografia. W literaturze polskiej spotykamy podobne unikatowe świadectwa przepięknej, delikatnej, namiętnej, tęsknej miłości – choćby w korespondencji Bolesława Leśmiana i jego kochanki Dory Lebenthal, w której nazywa ją m.in. „rusałeczką”, „szczęściem jedynym”, ale i „dzieciną drogą i niedobrą”. Poeta używa zdrobnień i neologizmów, zapewniając przy tym o swoim uczuciu: „Jak mi tęskno do Twoich pieszczot, do zapachu nóżek, do słodziuchnych usteczek”. Swoimi sformułowaniami przypomina niekiedy samego Joyce’a, kiedy pisze np.: „Całuję rączki Twoje i nóżki, każdy paluszek, wdycham Twój oddech słodki, zlizuję wszystkie brudziki, kocham bez miary i czekam na list”, albo: „Całuję, liżę i wącham nóżki Twoje i pupuchnę, i kędzierzawkę – tęsknię i kocham bez granic”, czy wreszcie: „Zlizuję brudziki z Twoich nóżek i z kędzierzawki mięciuchnej, ślinię Twoje usteczka i piersiczki, wącham i liżę Twoją pupuchnę i czekam na list”. Mimo że słowa Leśmiana – mówiąc za de Sade’em – „łęchcą, a ich odziaływanie jest najwyższe” i odnoszą się do sfery analnej, to jednak brak jest w nich wulgarnego, wyuzdanego świntuszenia. Lizanie brudnego może być wyrazem posłuszeństwa, uległości.

Joyce traktował swoją epistolografię nie tylko jako czysto erotyczne pisarstwo. Listy do Nory służyły co prawda pewnej libidinalnej stymulacji, kończonej szczytowaniem obu stron, ale były one także pewnym rodzajem ćwiczenia. Jak czytamy w Wake, Joyce szukał odpowiedniego języka dla swoich literackich „obsceniczności”, by „publnicznie prać brudy” Blooma i Earwickera z „dnieprów wilgoci i gangresów grzechu w [nich]”, by „wywełtawać [ich] stęchłość”.

Psychiatra i lekarz sądowy niemiecko-austryjackiego pochodzenia Richard von Krafft-Ebing, który jako pierwszy użył i klinicznie opisał termin „masochizm”, dowodził w swoim studium Psychopathia Sexualis z 1886 roku, że impotencja jest wciąż powracającym czynnikiem w masochizmie i że odnotować można jego szczególne związki z fetyszami stóp lub ubrania i koprolalii, czyli skłonności do używania wulgarnych wyrazów przeważnie ze sfery analnej. „Perwersyjny popęd domaga się innego niż normalne zaspokojenia” − pisał. Wszystko to formalizuje się w fantazjach i codziennych „rytuałach” Leopolda Blooma. I – jak się za chwilę przekonamy – także w intymnych, „brudnych” listach Joyce’a do Nory.

W przepełnionej opisami praktyk masochistycznych książce Wenus w futrze Leopolda von Sacher-Masocha, do której jeszcze nawiążę, obdarzona tytułowym pseudonimem główna bohaterka Wanda von Dunajew wielokrotnie mówi o rozmarzonym spojrzeniu swojego niewolnika Seweryna von Kusiemskiego; Seweryn z kolei obdarza ją przydomkiem, który określa ją jako „potężną naturę”. Bloom w epizodzie Kirke omdlewa na widok burdelmamy Belli: „Potężna istoto! W oczach moich wyczytaj tę ospałość, którą kochają kobiety”. Zanim Bella zamieni się we władczego Bello i zacznie ujeżdżać Blooma i zanim Bloom zmieni się w swój żeński odpowiednik, to zdąży on tu jeszcze odegrać rolę uległego Seweryna. Analogicznie do tego Bella – w swym męskim wcieleniu – odgrywa postać władczej Wandy. Ospałość Blooma jest nie tylko mentalną, ale także seksualną niemożnością – impotencją, wywołaną tu zapewne przez strach i poddańczość. Ostatecznie Bloom „pochyla się nad kopytem Belli” i „szepcze miłośnie”: „Być sprzedawcą butów […], takie było najmilsze marzenie mojej młodości […], aby podziwiać pajęcze pończoszki i palec nogi”.

Na podziwianiu się jednak nie kończy.

[…]

[więcej można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.