09/2018

Janusz Drzewucki

Budapeszt jest opowieścią

1. Bez większego trudu mogę sobie wyobrazić, że autorem powieści Sonnenberg nie jest wcale polski pisarz Krzysztof Varga, lecz pisarz węgierski Kristóf Varga i że czytam ją w kongenialnym przekładzie dajmy na to Teresy Worowskiej lub Elżbiety Sobolewskiej. Wszak akcja tej powieści rozgrywa się w Budapeszcie, i to tak intensywnie, jak intensywnie akcja powieści Masakra rozgrywała się w Warszawie. Tak jak Stefan Kołtun – bohater Masakry nieustannie zastanawiał się nad tym, czy polskość jest przeklęta, czy też błogosławiona, tak András – bohater Sonnenbergu zastanawia się nad istotą i istotnością węgierskości, już to swojej, już to jako takiej. Inaczej mówiąc: związek Andrása z Budapesztem i z Węgrami jest organiczny, tak jak organiczny jest związek pisarza z jego powieścią, a raczej z każdym zdaniem jego powieści. Krzysztof Varga, bo jednak nie Kristóf Varga, całym sobą poświadcza artystyczną wiarygodność Sonnenbergu, tak samo jak poświadczał wiarygodność Masakry, ale i Trocin, Nagrobka z lastryko oraz Pijanego anioła na skrzyżowaniu ulic; ale również podróżniczej – rozgrywającej się nad Dunajem – trylogii: Gulasz z turula, Czardasz z mangalicą, Langosz w jurcie.

W jednej z tych książek, przemierzając Budapeszt wzdłuż i wszerz, w dzień i w nocy, wyznał nawet, że planował powieść, której akcja rozgrywałaby się w stolicy Węgier; obmyślił fabułę, wykreował bohaterów i nawet zaczął pisać, ale szybko z tego pomysłu zrezygnował, bo przecież jest „Budapeszt sam w sobie wielką literaturą”. Narrator Sonnenbergu – literaturoznawca specjalizujący się w literaturze austriackiej, miłośnik powieści Roberta Musila, Hermanna Brocha, Heimito von Doderera (zastanawiające, że w kanonie jego ulubionych lektur nie mieści się Słońce i księżyc Alberta Parisa Gütersloha?), ale także Thomasa Bernharda, Petera Handkego i Elfriede Jelinek – także planuje powieść, ale nie jest w stanie jej napisać, i to nie tyle z powodu deficytu talentu, ile ze strachu, że będzie to jego pierwsza i zarazem ostatnia książka, jak bowiem wyznaje: „Kłopot w tym, że jeśli napiszę tylko jedną książkę, to do końca życia będę dźwigał brzemię autora, który nie potwierdził swojego talentu, a więc właściwie od razu się skończył, zaś jeśli będę publikował kolejne dzieła, to każda będzie porównywana do pierwszej i oceniana jako wtórna, gorsza”.

Budapeszt okazuje się dla niego czymś więcej niż tylko i aż rodzinnym miastem, w którym jest zakochany dosłownie na śmierć i życie, bo przecież „Budapeszt to nawet coś więcej niż świat” i jeszcze jak czytamy w wygłosie powieści: „jeśli z Budapesztu się wyjeżdża, to jedynie po to, by do niego wrócić”. To ostatnie zdanie, gdyby tylko zamienić Budapeszt na Lizbonę, równie dobrze mogłoby znaleźć się w Księdze niepokoju Bernarda Soaresa, czyli jednego z he­te­ro­nimów Fernanda Pessoi. Nie ma chyba zresztą w tym przypadku, że bohater powieści Vargi opuszcza Budapeszt tylko raz i udaje się w podróż do Lizbony właśnie, gdzie „nie myśli się o Węgrzech, tylko pije zielone wino i patrzy na fioletowe jakarandy” i gdzie poczuł się – o ile to dobre słowo – szczęśliwy, cokolwiek miałoby to znaczyć. Ale też nie sposób nie dodać, że w nagłosie Sonnenbergu mówi on: „Ten, kto nie wyjeżdża z Budapesztu, nie ma prawa uważać się w pełni za Węgra”; fakt, że żyje w Budapeszcie, nie jest wcale ważniejszy od tego, że jest Węgrem po prostu.

2. Swoją i nie tylko swoją węgierskość nicuje András jeśli nie na każdej, to na co drugiej, a już na pewno na co trzeciej stronie utworu. Odniesień do węgierskiej współczesności, ale i historii – co nie miara; aluzji wprost i nie wprost do węgierskiej kultury, zarówno tej wysokiej, jak i popularnej – cały bezlik. W główny tok narracji wplótł Varga skrzące się błyskotliwymi sentencjami felietony na temat węgierskiej poezji, węgierskiego filmu, węgierskiego teatru, węgierskiej piłki nożnej, węgierskich czasopism satyrycznych, węgierskiej kuchni, a nawet węgierskich wąsów, nie wspominając już węgierskich pornoaktorek, a także na temat węgierskiej polityki, zarówno tej wewnętrznej, jak i tej zewnętrznej, rzecz jasna. Cechą charakterystyczną tej opowieści jest jej retardacyjność, autorowi nigdzie się nie spieszy, drobiazgowo opisuje a to zapachy damskich wód toaletowych, a to stołeczne cmentarze, a to zawiłości miejskiej komunikacji; wyżej stawiając trolejbusy niż autobusy, tramwaje czy nawet metro. Właśnie, Varga nie tylko opowiada, ale także opisuje, pilnując zresztą równowagi pomiędzy opisem a opowiadaniem, w efekcie czego kompozycja tej powieści jest równocześnie statyczna i dynamiczna.

Zastanawia mnie jednak fakt, że András tyle wie o Węgrzech, ile wie, a wie wszystko, to jednak nie wszystko, skoro w tym jego świecie nie słychać w ogóle słynnego na całą Europę węgierskiego rocka. Rzecz nawet nie w tym, że słucha on Liszta, Bartoka i Kodaly’a, a nie słucha Omegi czy Lokomotiv GT, lecz w tym, że zdaje się nie mieć wcale świadomości, że coś takiego jak węgierska muzyka rockowa istnieje; chociaż nad Wisłą wie to każdy jego rówieśnik, czyli wrażliwy na mocne uderzenie meloman średniego dzisiaj pokolenia. Tak czy owak, mam nadzieję, że pisząc swoją powieść, bo przecież ją w końcu napisze, András usłyszy wreszcie Gyöngyhajú lany w nieśmiertelnym wykonaniu wiecznie młodego Jánosa Kóbora i że zapłacze przy tej piosence, jak zapłakał każdy nieszczęśliwie zakochany.

Oczywiście bohater i narrator powieści Sonnenberg jest nieszczęśliwie zakochany w sposób wręcz fundamentalny, niezależnie od tego, czy obiektem jego najgłębszych uczuć jest mężatka Ágnes, czy wyzwolona pannica Virág; równie nieszczęśliwie zakochany jest w Budapeszcie i w Węgrzech. Doskonale zdaje sobie sprawę, że buntując się przeciwko węgierskości, na jaką jest skazany, jednak od niej nie ucieknie; koniec końców: gdy mówi o tym, co to znaczy być Węgrem, natychmiast liczbę pojedynczą zamienia na mnogą. Powiada na przykład: „My tutaj, w Basenie Karpackim, mamy wybitną predylekcję nie tyle do straceńczego bohaterstwa, ale i charakterologicznej niezłomności, jakby nam się wydawało, ile do ładowania się w kupę gówna akurat wówczas, gdy dobrze już widać, że to jednak kupa gówna, a nie wanna wypełniona szampanem”, a w zupełnie innym miejscu: „my jesteśmy wierni, oczywiście najchętniej wierni przegranej sprawie”. Jako absolutnie oczywistą przywołuje refleksję o tym, że „wyznacznikami węgierskości są z jednej strony melancholia, a z drugiej ironia, awers i rewers węgierskiego forinta”, i – co ciekawe – przywołuje tę refleksję nie w chwili, gdy był w stanie melancholijnym lub ironicznym, ale gdy poczuł, że równocześnie uwiera go i dusza, i ciało. Kiedy zaś wyznaje: „każdy Węgier zna się na polityce, służbie zdrowia i sporcie”, czytelnik nad Wisłą powinien pomyśleć, i zapewne pomyśli, że Sonnenberg jest nie tylko powieścią – ut ita dicam – węgierską, ale także polską; że jej akcja zdarzeniowa równie dobrze jak nad Dunajem, mogłaby toczyć się nad Wisłą, że wystarczyłoby tylko pozamieniać nazwy dzielnic, placów i ulic Budapesztu na nazwy dzielnic, placów i ulic Warszawy. W tym, co pisze Krzysztof Varga o Budapeszcie i o Węgrzech, odnajdujemy nasze polskie i arcypolskie sprawy: także wtedy, gdy stosując pierwszą osobę liczby mnogiej, András dopowiada: „my, potomkowie kuruców i labanców”; wszak każdy naród ma coś na sumieniu względem innego narodu i względem siebie samego.

3. Powieść Sonnenberg – opowiedziana z punktu widzenia mieszkańca Słonecznego Wzgórza, dzielnicy Naphegy znajdującej się po budańskiej stronie Budapesztu – to rzecz, przy której można śmiać się i płakać. Śmiejemy się przecież, gdy András wraz ze swoimi kolegami, a raczej kolesiami Attilą i Zsoltem, pijąc kolejnego szprycera, dyskutuje o węgierskich zwycięstwach i klęskach, o węgierskich fantomach, ale też zbiera się nam na płacz, gdy żegnając umierającego na nieuleczalną chorobę nowotworową przyjaciela Laciego, redaktora niszowego wydawnictwa Requiem z artystycznymi i edytorskimi ambicjami, żegna w nim nie tylko przyjaciela, którego nadzwyczajność odkrył tak późno, bo w ostatniej chwili, ale także: „heroicznego obrońcę sztuki poważnej i wysokiej w barbarzyńskich czasach sztuki jarmarcznej, tandetnej i populistycznej”. Wzruszamy się, bo przecież wzruszamy, gdy wygłasza wielką pochwałę języka węgierskiego, którego właściwość w tym, że jest on „nienormalny, niezrozumiały i nienauczalny, co wyłącznie wzmacnia nasze poczucie wyjątkowości”, i gdy z taką czułością opowiada o tworzących w tym języku pisarzach, o Attili Józsefie i Sándorze Máraiu, nie mówiąc już o Imré Kerteszu i Péterze Esterházym.

Powołując się na Antala Szerba, klasyka XX-wiecznej węgierskiej literatury, narrator Sonnenbergu akcentuje: „węgierski umysł skłania się ku monologowi, a nie dialogowi”, nie ma zatem przypadku w tym, że powieść Vargi jest poza wszystkim emanacją indywidualizmu. András monologuje nieustannie, nieustannie wypowiada się na każdy temat; ze swadą, z pewnością siebie wypełnia sobą każdą stronicę powieści, także tym, co w nim małe, nieudałe, podłe, by nie powiedzieć chorobliwe. A jednak w powieści tej znajdujemy cały szereg oryginalnych postaci, odmalowanych z wielką empatią i to tak różnych, jak abominacyjny mąż Ágnes – Zoltán, jak przedwcześnie zmarły kumpel z młodości – János, jak córka Laciego – Paula, „fenomenalnie uzdolniona pianistka”, jak babcia Teréz, wujek Feri czy wreszcie ojciec, który pewnego dnia wyszedł z domu i nigdy się już nie odnalazł. Na dodatek w końcowej partii powieści wprowadza Varga dyskretnie w narrację pierwszoosobową elementy narracji trzecioosobowej, dopuszcza do głosu innych, przede wszystkim zaś kobiety: Virág, Paulę i Ágnes; przełamuje też groteskowy tenor powieści, bo kiedy w finale András debatuje w ogrodzie zoologicznym z orangutanem na temat rozprawy Arystotelesa O winopiciu i opilstwie, już wcale nie jest nam do śmiechu, zdajemy sobie sprawę, że w tym momencie idzie o śmierć i życie.

Podróżując nieustannie z Budy do Pesztu, z Naphegy do Zugló, dzielnicy, w której się urodził i wychował, András nie kryje, że ciągnie go do tego, „aby zdziecinnieć […], zamknąć się w kokonie przeszłości”, ale także zdaje sobie sprawę, że nie odzyska utraconego czasu, że owszem „czytanie książek może zatrzymać czas”, jednak tylko na chwilę. Bo tak naprawdę czas nie tylko płynie nieustannie, ale także ucieka. Widząc młodych, którzy okazują się „cytrynowi, pomarańczowi, brzoskwiniowi”, i widząc równocześnie starych, którzy wydają się przy młodych „mięsni, mączni, octowi”, zastanawia się, bo nie może się nie zastanawiać, do którego towarzystwa przynależy w tej chwili. Uświadamia sobie ze zgrozą, że jest „coraz starszy i coraz mniej interesujący nawet dla siebie samego” i jeśli chce czuć się dobrze we własnej duszy i w swoim ciele, musi zrobić to, czego zrobić ciągle nie potrafi, a nie potrafi, bo się boi; do czego niestety przyznać się nie chce. Stoi na granicy tego – tutaj dodaję już od siebie – co pewien polski pisarz tworzący w języku angielskim określił mianem „smugi cienia”. I musi to zrobić, cokolwiek to może być i będzie, aby życie miało sens, aby sens miała przyszłość.

Krzysztof Varga: Sonnenberg.
Wydawnictwo Czarne,
Wołowiec 2018, s. 480.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.