07–08/2018

Marta Hermanowicz

Chichot Henryka

Historię mojej rodziny poznałem dwa tygodnie temu. Od razu uprzedzam, nie przyszedł żaden list, matka nie wyznała mi, że jestem synem siostry przyjaciółki, z którą grała za czasów studenckich w kapeli rockowej, w środku nocy nie zbudził mnie dobijający się do drzwi obcy mężczyzna, podający się za ojca bądź zaginionego brata. Nic z tych rzeczy. To ja zapukałem w biały dzień do drzwi domu moich dziadków, tych samych od dwudziestu trzech lat, znanych mi od dnia narodzin, kiedy to przedstawiono nas sobie w szpitalu położniczym imienia Świętej Rodziny.

Babcia wpuściła mnie do środka, mówiąc jedynie „Witaj Szymonku”, bez zwyczajowego spektaklu obcałowywania. Zignorowała rozpoczętą przeze mnie niezobowiązującą konwersację, odwróciła się na pięcie i ruszyła do salonu, nie pytając nawet, czy napiję się herbaty. W domu dziadków tradycyjnie pachniało rosołem, na stole w salonie stał porcelanowy talerz z szarlotką. Babcia miała na sobie ten sam fartuch, co zwykle, góralskie kapcie i pasującą do nich wiecznie modną trwałą, upodabniającą ją do białej owieczki. Tylko opróżniona do połowy butelka czerwonego wina mogła sugerować stan wyjątkowy, ale wytłumaczyłem to zbliżającym się obiadem, do którego zdarzało się dziadkowi wypić kieliszek na zdrowe serce.

W małym królestwie pary osiemdziesięciolatków, Stanisławy i Henryka, czas zatrzymał się w miejscu. Nie zmieniały się nawet zdjęcia na komodzie. Tu wciąż pełniłem obowiązki pięciolatka przebranego za astronautę, mama pozowała w niebieskim kombinezonie w towarzystwie wyleniałego zakopiańskiego misia, a jej starszy brat dumnie prezentował wdzięki w oczekiwaniu na czystą pieluchę. Dziadek i babcia uśmiechali się z czarno-białego zdjęcia ślubnego, nieświadomi spektakularnego zakończenia małżeństwa, w którym przyjdzie im wziąć udział za pół wieku.

Dosłownie pięć minut wcześniej przed domem dziadków natknąłem się na doktor historii Gordanowską, niedosłyszącą i konsekwentnie odmawiającą korzystania z dobrodziejstw technologii, w niesłabnącym − w odróżnieniu od jej słuchu − przekonaniu, że prawdziwa miłość czyha tuż za rogiem i jedyne, co może ją odstraszyć, to mały aparat słuchowy, nawet taki w modnym kolorze. Odpowiedziała na dzień dobry, które wywrzeszczałem jej wprost do ucha (taka była konieczność, zdarzało się, że skarżyła dziadkowi, że się z nią nie witam, mimo że gorliwie to czyniłem), nawet uśmiechnęła się, zapewne badając, czy aby nie jestem wciąż poszukiwanym przez nią błędnym rycerzem. Nie przeszkadzała jej w tym różnica wieku, dokładnie dekada. Nie mówię o tym, aby zaprezentować swoje powodzenie u płci przeciwnej ze sporym zapleczem intelektualnym, ale po to, by wyraźnie zaznaczyć, że nic, absolutnie nic nie zapowiadało, że razem z toyotą doktor niehabilitowanej zaparkował przed domem dziadków walec, który w ciągu następnych godzin miał rozjechać naszą rodzinę.

Wkrótce okazało się, że doktor Gordanowska była jedyną pracownicą uniwersytetu na przestrzeni półwiecza, która w tym lub innym czasie nie zaangażowała się duszą i ciałem w przelotny bądź długotrwały, namiętny lub obliczony na szybki awans, romans z moim dziadkiem. Nie jest wykluczone, że ona też chciała. Dziadek chciał na pewno, wiem to po wnikliwej analizie jego ostatniego dzieła. Ale może doktor Gordanowska akurat tej propozycji nie dosłyszała, podobnie jak tego, że książka została jej podarowana, a nie pożyczona i odniosła ją, nie zdając sobie sprawy, że w istocie podrzuca nam bombę, i to wcale nie z opóźnionym zapłonem.

Na stronie drugiej biografii dziadka widniała informacja: wydrukowano w maju, w trzystu egzemplarzach. Był czerwiec i dopiero teraz książka zawitała pod babciną strzechę. I to przypadkiem, zważywszy na umieszczoną na pierwszej stronie dedykację. Nasunęło to kolejny wniosek, że doktor Gordanowska również słabo widziała. Albo po prostu nie przeczytała. Być może zraziła ją opracowana przez dziadka Historia świata od początku do prawie końca w dwudziestu dwóch tomach, ale za to trudno ją winić.

Usiadłem przy stole. Babcia, lekko chwiejąc się na korzyść prawej strony, co bezpośrednio wiązało się z tym, że zdążyła już wychylić wypełniony po brzegi kieliszek, podała mi talerz z rosołem i widelec. Zajęła miejsce na fotelu, ustawionym przy komodzie z książkami, dotychczas zarezerwowanym dla dziadka. Wtedy zacząłem dostrzegać niecodzienność sytuacji. Babcia zazwyczaj krzątała się, wciąż donosząc dokładki, o które sama siebie w moim imieniu prosiła. Teraz nie zaprzątała sobie głowy takimi drobnostkami. Czytała. Nalała kolejny kieliszek i wróciła do lektury Historii prawdziwej profesora Henryka Wachacza od początku do prawie końca, którą dane było już poznać wszystkim z wyjątkiem najbliższej rodziny. Nam była przeznaczona inna historia.

Już sam tytuł mnie zmroził. Do tej pory wydawało mi się, że jedyną historią dziadka była historia świata. Dziadek jest zajęty, to pierwsza rzecz, którą powiedziano mi o nim. Dziadek pisze książkę, nie wolno mu przeszkadzać, usłyszałem nieco później. Do gabinetu nie można wchodzić, orzekła babcia, gdy jako siedmiolatek spakowałem do skórzanej torebki mamy zabawki, parę majtek oraz bochenek chleba i ruszyłem w świat, usilnie pragnąc rozpocząć podróż od tajemniczego pokoju na drugim piętrze. Nikt poza dziadkiem nie mógł przekraczać progu tego pomieszczenia, chyba że planował narazić się ekskomunikę lub zamianę w kamień. Dziadek, gdy nie był na uczelni, pracował w swoim gabinecie. Wynurzał się z niego tylko w porze obiadowej, w czasie kolacji już niekoniecznie. Okazało się, że wcale nie był taki zapracowany, po prostu wolał jadać poza domem.

Babcia Stanisława przerzuciła cztery kartki, pomagając sobie poślinionym, lekko drżącym palcem. Dolała wina. Przeczytała kilka kolejnych stron, opróżniając kieliszek. Wstała, chwyciła butelkę i rzuciła nią o ścianę, zapewne w intencji roztrzaskania w drobny mak. Butelka odmówiła współpracy, upadła na ziemię nienaruszona, wylewając czerwoną zawartość na odmalowaną tej wiosny ścianę i przetoczyła się pod babcine stopy odziane w góralskie kapcie, kupione w tym samym roku, w którym moja matka jeszcze entuzjastycznie odnosiła się do idei wspólnego zdjęcia z wyleniałym misiem, skrywającym w otwartym pysku spływającą potem twarz bezimiennego bohatera zakopiańskiej promenady.

– To, że z jedną czy z drugą babą, jeszcze bym wybaczyła. Ale że wszem i wobec ogłosił, że nie smakowały mu moje schabowe, tego mu nie daruję – krzyknęła. Z kuchennej szuflady wyjęła wałek, najcięższy, jaki znalazła, kamienny, zeszłoroczny prezent gwiazdkowy od mojej matki, w teorii przeznaczony do szybszego rozwałkowania ciasta, w praktyce – do dania ujścia emocjom nagromadzonym po lekturze jakże fascynującej opowieści o prawdziwym życiu człowieka, z którym spędziła, bagatela, ostatnie pięćdziesiąt pięć lat i któremu codziennie gotowała.

I kiedy babcia, tradycyjna osiemdziesięcioletnia pani domu, weszła po schodach na drugie piętro do gabinetu dziadka, dzierżąc tradycyjnie przypisany do jej roli wałek, mający znaleźć nieco inne niż tradycyjne zastosowanie, zobaczyła tylko otwarte okno. Poszedłem za nią, powodowany nie tyle ciekawością i obowiązkiem dopilnowania, by dziadkowie wzajemnie się nie pozabijali, ile możliwością oderwania się od talerza rosołu. Przepadałem za nim tak jak dziadek za schabowymi babci.

Wyjrzeliśmy na zewnątrz. Krzaki były dosyć mocno sponiewierane.

– Praktyka czyni mistrza – podsumowała babcia, odkładając wałek na biurko dziadka.

Ucieczka dziadka w prostej linii wynikać musiała z zasłyszenia krzyków, a że babcia do tej pory głosu nie podnosiła, co najwyżej stosowała delikatną perswazję, gdy ktoś odmawiał dokładki, wiedział, że coś się święci. Na moje oko okno już nie raz posłużyło dziadkowi do przejścia na drugą stronę rzeczywistości, z tym że zazwyczaj korzystał z rozsuwanej drabiny, teraz stojącej przy zajmującej całą ścianę, wysoką na trzy metry półkę z książkami. Tym razem naprawdę musiało mu się spieszyć.

Skok z drugiego piętra w wieku osiemdziesięciu pięciu lat, nawet w porośnięte młodymi liśćmi krzaki, mógł wiązać się z uszczerbkiem na zdrowiu, dlatego zdecydowałem się zadzwonić na policję. Aby podnieść motywację służb do rozpoczęcia poszukiwań, wspomniałem, że dziadkowi zdarza się zapominać podstawowych rzeczy, co było wierutnym kłamstwem, dziadek pamiętał detale najdrobniejsze, o czym przekonać mogłem się wieczorem, czytając Historię prawdziwą profesora

– Gdzie może teraz przebywać? – zapytała mnie dyspozytorka.

– W bibliotece uniwersyteckiej albo w archiwum – odpowiedziałem.

Kilka godzin później podczas lektury wspomnień dziadka zorientowałem się, że niewiele pomogłem. Dziadek mógł być wszędzie. W chińskiej lub tajskiej knajpie, w burdelu, na dzikiej imprezie, na zapleczu którejś salki na wydziale, na schodach ewakuacyjnych z dwoma studentkami, na tylnym siedzeniu samochodu na parkingu centrum handlowego, w parku, w piwnicy, a nawet w McDonaldzie. Ale czy to różniło się od jego dnia powszedniego, kiedy przez nikogo nie niepokojony, wydostawał się przez okno i ruszał w miasto na poszukiwanie przygody?

Przechadzałem się po gabinecie dziadka. Potężne biurko, mnóstwo książek w skórzanych oprawach i kolorowych albumów, ledwo mieszczących się na dwudziestu metrach kwadratowych dziadkowej autonomii. Tylko jedna półka była pusta. Na ścianie wisiał portret dziadka z siwą brodą i w podkreślających autorytet okularach. Od zawsze słyszałem, że powinienem być taki jak on. Studiowałem, dużo czytałem i wciąż ćwiczyłem umysł, by być gotowym na odkrycie, we wskazanym przez dziadka miejscu i czasie, historii, która jeszcze nie została spisana.

Babcia zadzwoniła po moją matkę, a ona po swojego brata.

Matka od razu wyrwała z rąk babci książkę, na co ona odpowiedziała kolejnym atakiem furii. Gdy przybył mój wujek, rozgorzała niespotykana dotychczas w naszej wyjątkowo spokojnej rodzinie walka o to, kto i w jakiej kolejności pozna prawdę o dziadku. W końcu moja matka, jak na kontynuatorkę rodzinnej tradycji akademickiej przystało, poszła po rozum do głowy i wróciła po czterdziestu minutach ze skserowanymi wspomnieniami dziadka, po jednym egzemplarzu dla każdego zainteresowanego. Babcia odzyskała oryginał.

Zamiast ruszyć w teren, by rozklejać na słupach ogłoszeniowych plakaty ze zdjęciem dziadka, umieszczać w sieci informacje o zaginionym starszym panu, dzwonić po prywatnego detektywa, jego patrol oraz wyszkoloną psią hordę, przeczesywać zarośla i leśne chaszcze, usiedliśmy w salonie i zanurzyliśmy się w lekturze. Babcia wskazała mi najmniej atrakcyjne miejsce na środku pokoju przy stole. Rosół wciąż na mnie czekał. Odsunąłem go od siebie, robiąc miejsce książce, a pół godziny później pod pretekstem wyjścia do toalety, wyniosłem go i pozbyłem się, spłukując do kanalizacji.

– Jak go znajdę, to zabiję – powtarzała babcia za każdym razem, gdy przewracała stronę poślinionym palcem. – Przed ślubem powiedziałam przyjaciółce, nudny jest, ale przynajmniej życie z nim będzie stabilnie – dodała, sięgając po kawałek szarlotki. – I tak mi się odwdzięczył za to, że znosiłam jego ględzenie.

Wujek zachichotał, ale babci wcale nie było do śmiechu.

Z lektury wyrwał nas po dwudziestej trzeciej stary przyjaciel wujka, komendant policji. Zaprosił wszystkich do radiowozu, nie precyzując celu wyprawy. W samochodzie leciała dziwna piosenka o Batmanie, ale nie sadzę, by miało to jakikolwiek związek ze sprawą.

Dziadek Henryk odnalazł się, ale w stanie uniemożliwiającym babci użycie wałka. Wylewny dziadek zmarł na wylew w mieszkaniu swojej, jak się okazało, wieloletniej przyjaciółki Krystyny.

– To się znalazła przyczepa – babcia rzuciła w stronę Krystyny, odmawiając podania ręki. Miała na myśli nie tylko przyczepienie się Krystyny do jej męża, ale przede wszystkim nadbagaż cielesności, jaki kochanica dziadka dźwigała.

Przyczepa zeznała policjantom, że wylew nastąpił wskutek nadmiernego podekscytowania nieskończonością jej materii. Ja jednak dobrze wiedziałem, że dziadek zrobił to ze strachu przed babcią. Nie było innego uzasadnienia ani jego śmierci, ani jego małżeństwa.

– Babciu, dlaczego nie płaczesz? – zapytałem.

– Im kobieta starsza, tym mniej łez jej zostaje do wypłakania – odpowiedziała.

Pogrzeb ustalono na środę, zostawiając trzy dni na zamówienie klepsydry, kwiatów i ogłoszeń. Do tego czasu udało mi się przeczytać całą historię prawdziwą dziadka. Wybrał babcię, bo dobrze gotowała. Po ślubie okazało się, że Stanisława jest w ciąży, a jedzenie przyrządzała wcześniej starsza siostra, szczęśliwie dzieciata mężatka, świadoma niedostatecznych kwalifikacji młodszej Stasi do prac domowych. Dziadek zajął się pisaniem historii świata, chcąc uciec od kuchennych zapachów. Zaczął zdradzać, ale z głodu. Jak zbity pies stawał pod drzwiami właścicielek chochel i patelni, prosząc o przygarnięcie i podanie mu ciepłej miski ze strawą. Panie, wrażliwe na niedolę dziadka, wpuszczały go zawsze, pod warunkiem, że po mieszkaniu nie kręcił się zagubiony w czasoprzestrzeni mąż bądź ojciec. Jednakże, cytując dziadka, nie ma darmowych obiadów. Żadna z miłościwie dokarmiających pań nie wypuściła dziadka z domu bez otrzymania satysfakcjonującego wynagrodzenia za roboczogodziny spędzone w kuchni. Im lepiej gotowały, tym więcej chciały. Im więcej dań lądowało na stole, tym intensywniej dziadek zmuszony był im dziękować. Im bardziej egzotyczne kąski, tym wymyślniejsze działania musiał podejmować.

Ostatni rozdział książki zawierał listę kobiet i ich sztandarowych potraw wraz z gwiazdkami, oceniającymi posiłek w akademickiej skali od dwóch do pięciu. Był to swoisty przewodnik po kuchniach mieszkanek naszego miasta, a także bliższych i dalszych okolic. Babcia, pierwsza na liście, uhonorowana jedną gwiazdką, znalazła się poza klasyfikacją. Profesor Morczuk Anna za morszczuka i sztukę mięsa dostała trzy gwiazdki. Sędzina Rostocka dwie gwiazdki za odgrzewane kotlety, a ekspedientka Jolanta cztery za naleśniki z serem i owocami. Przyczepa – pięć gwiazdek za ciasto z truskawkami i nadziewaną kaczkę. Większość konsumpcji miała miejsce od lat sześćdziesiątych do wczesnych dziewięćdziesiątych. Potem dziadkowi szło coraz gorzej w poznawaniu chętnych do gotowania, a apetyt wcale nie malał. Zdarzało się, że ucieczki przez okno kończyły się samotnym stołowaniem się w knajpce z sushi lub hipsterskiej hamburgerowni. Z żalem wspominał wypad na hot-dogi ze studentką pierwszego roku. Hot-dog okazał się wegański i bezglutenowy. „Od tej pani pewnego dnia też ktoś zacznie uciekać przez okno”, podsumował dziadek. I to były jego ostatnie słowa.

Na pogrzeb przyszły tłumy, głównie kobiet. Zastanawiała tylko nieobecność wujka. Przez chwilę obawiałem się, że zamiast wieńców ubrane na czarno panie zaczną składać pęta kiełbasy, garnki pomidorówki, blachy ciast i wypiekany w domu chleb. Wbrew moim czarnym wizjom, panie postawiły na klasykę.

Przyczepa stała w drugim rzędzie, tuż za nami, zanosząc się płaczem.

– Niech ona się uspokoi, bo wsadzę jej wiązankę w tę wielką gębę – syknęła babcia.

Podszedłem do Przyczepy, wziąłem pod rękę i zaparkowałem w miejscu, z którego jej zawodzenie nie mogło już do babci dotrzeć.

Mowę pożegnalną wygłosił rektor uniwersytetu, wspominając o dziadkowym życiorysie umieszczonym w sejfie biblioteki uniwersytetu. Babcia słysząc to, zasłabła, lecz kawałkiem gorzkiej czekolady poratowała ją była studentka dziadka, przekonując, że to był jego ulubiony smakołyk. Babcia poczuła się jeszcze gorzej i poprosiła o nieskładanie kondolencji.

– Wystarczy, że kpią z moich pierogów – powiedziała.

Wujek dotarł dopiero pod koniec pogrzebu.

– Wyprowadziłem się od Basi. – Mówił o swojej żonie. Babcia tylko uszczypnęła go w udo, ale moja matka, jak przystało na kontynuatorkę rodzinnej tradycji akademickiej, dopytywała dlaczego. Najpierw szeptem, co wujek mógł jeszcze zignorować, ale gdy zaczęła domagać się odpowiedzi podniesionym głosem, skapitulował.

– Obudziłem się i stwierdziłem, że nigdy jej nie kochałem. A potem wyszedłem z domu z jedną walizką.

Moja matka tylko pokiwała głową. Tydzień później udała się do rektora uniwersytetu i złożyła wypowiedzenie. Zdecydowała się wrócić do grania w kapeli rockowej, nic to, że gitary w ręku od dwudziestu lat nie trzymała.

Odwiedziłem babcię, gdy tylko dowiedziałem się o mamie. Otworzyła mi drzwi, prezentując krótsze, zafarbowane na rudo włosy.

– Dziadkowi nigdy by to się nie podobało – wytłumaczyła.

W domu pachniało curry. Na stole stało kilka aluminiowych pudełek wypełnionych gęstym sosem i ciabattami.

– Dałam sobie spokój z gotowaniem. I tak nikt tego nie doceniał.

Już chciałem pytać, czy dziadek coś mi zostawił. Wiecznemu studentowi, w dodatku z matką, która właśnie zrezygnowała z głównego źródła dochodów, przydałoby się jakieś wsparcie.

– A wiesz, że spadku nie będzie? – Babcia uprzedziła moje pytanie. – Od trzydziestu lat twierdził, że zbiera na samochód, a sprzeniewierzał oszczędności, rozbijając się po drogich restauracjach z płatnymi kobietami. Ponoć nie znosił jadać sam, uwierzyłbyś? Zostały po nim tylko książki – dodała. – Możesz sobie zabrać te jego wszystkie mądrości.

I jakby tego było mało, gdy wychodziłem, w drzwiach minęła mnie doktor Gordanowska. Dopiero teraz dowiedziała się o pogrzebie dziadka. Ktoś musiał naprawdę się postarać i zakupić megafon. Przyniosła Historię świata od początku do prawie końca, dwadzieścia dwa tomy, pożyczone jej przez dziadka przeszło dwa lata temu.

– Chciałam wcześniej oddać, ale po przeczytaniu każdy zapraszał profesora na obiad. W podziękowaniu. A ja nie potrafię gotować.

Wziąłem od doktor Gordanowskiej pudło z grubymi tomami. Przeszedłem kilka stopni. Usłyszałem chrząknięcie. Odwróciłem głowę. Gordanowska dalej stała na dole. Wyglądała niegroźnie, trochę zagubiona, nieświadoma katastrofy, jaką sprowadziła na moją rodzinę.

– Chce pani zobaczyć gabinet dziadka? – zapytałem.

Przytaknęła.

Historia świata spoczęła na półce. A Gordanowska na biurku dziadka. Kiedy rozpinałem jej bluzkę, wydawało mi się, że słyszę chichot Henryka. Niestety, w gabinecie nie było nikogo, kto mógłby to potwierdzić lub wyprowadzić mnie z błędu. Dokończyłem dzieło dziadka i skonsumowałem jedyną nieumieszczoną w ostatnim rozdziale, a gdy wyszła, usiadłem przy dziadkowym biurku. Fotel był wygodny, a gabinet całkiem przestronny. Skoro dziadek opuścił go na dobre, a nic poza historią świata i własną nie pozostawił, podjąłem samowolną decyzję o odziedziczeniu pokoju. Wyjąłem z szuflady biurka czystą kartę papieru i napisałem:

„W historii powtarza się to, co zostało przemilczane”.

Myślę, że to bardzo dobry początek.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.