09/2019

Marta Zelwan

Czarna plama

„Niewiarygodnie dużo czasu upłynęło w parę minut”, minęło wiele tygodni, miesięcy, może nawet rok czy dwa i zdążyłam przeczytać powieść Franky Furbo, którą mi polecił. Opisany jest tam pewien lis, który staje przed decyzją, czy cofnąć się do przeszłości i prowadzić tam nadal niewidzialne życie lisie, czy powrócić do przyszłości, gdzie panuje wysoko rozwinięta cywilizacja, czy może zostać po prostu w teraźniejszości i żyć tu w ludzkiej postaci jakby nigdy nic. Wybiera teraźniejszość. Ma „zaszczepioną w umyśle zdolność opowiadania bajek”, zawsze są to bajki o lisie imieniem Franky Furbo, „którego, jak sądzi, sam wymyślił”1.

Naraz przysyła mi list pisany na korze brzozowej, stąd wiem, że cienka jest jak papirus. Kora pochodzi z „mrówczego fortu Brzozów”, objaśnia mi to na zwykłej pocztówce z cudami Paryża, jakich wiele w przeszłości od niego otrzymałam. Jeszcze tego samego dnia osobniki mrówcze chodziły po tej mrówkostradzie, a on je obserwował, wszystko to jest autentyczne. Fort Brzozów znajduje się na terenach szpitala, gdzie długo już przebywa i leczy swoje drogi oddechowe. Czasem, w ramach krótkiej przepustki, wyprawia się na wzgórza Montmartre, ale musi wracać. W ścianie jego pokoju płynie tlen, zażywa go, kiedy śpi. Pisze mi o tym, kładąc kartkę na sztywnej okładce Jogasutr Patańdżalego, księgę tę wszędzie zabiera ze sobą. Wiele by do tych wiadomości dodał, ale na kartce pocztowej, jak zwykle, miejsca brak. Podpisuje tę wiadomość jako Roman Lilia. Pochodzenie tego nazwiska objaśnił swego czasu w niedokończonej powieści o francuskim tytule Lis le roman.

Znowu sny zaczęły mówić do mnie zdaniami zgęszczonymi jak koany. Sroka mówi z drzewa tszer-akakak. Niezbyt wysoko zawieszone niebo jest białe, stopni Celsjusza ponad trzydzieści, czytam ponure wiersze Tone Škrjaneca o deszczu, aby zanurzyć się w chłód. Zaparzam zieloną herbatę z trawą cytrynową i czekam, aż ostygnie. Piję uważnie, spodziewam się piorunów. To, że pierwsze zdania, jakie piszę po długiej przerwie, wyglądają tak, a nie inaczej, zależy od jakości czasu, który jeszcze jest.

„Dawno temu w egipskich piramidach wielki bóg Ra, Bóg Słońca, powiedział swemu ludowi, że kiedyś Ziemia zwinie się jak papirus i to razem z Czasem. Faraonowie poszli po radę do najlepszych czarowników, a ci powiedzieli im, że nim nastanie Kres Czasu, świat będzie miał jeszcze jedną, ostatnią szansę, aby się ocalić”2. Na razie nie wiem jak.

Roman Lilia pisze teraz na górnym pokładzie statku. Płynie prosto na księżyc w pełni, chmur nie ma. Po lewej stronie, na brzegu, mija obelisk z Teb. Po raz pierwszy z tej perspektywy widzi barany paryskie pasące się nad Sekwaną, „pasterko, wieżo Eiffla, nad ranem mostów pobekują stada”3. Po prawej muzeum d’Orsay. Po lewej Luwr. Oto Baran Sztuk. Następnie Baran Nowy. Mógłby tak pisać i pisać pod ciemnym niebem, ale na kartce miejsca brak, a mejl, który przychodzi parę dni później, jest o czymś zupełnie innym, jakby na dowód, że w przestrzeni jednej osoby rozgrywa się wiele zdarzeń. Był dzień „mocnego dotknięcia palcem losu”, on mi to wszystko niebawem opowie, ale na razie nie ma na to sił. „Nic się w sensie dotykalnym fizycznie nie stało, ale spadło na mnie coś niespodziewanego i odtąd już jestem innym człowiekiem niż byłem – pisze. – Może zacznę ludzkości urągać i może to w końcu ja napiszę Tinctura bagules, pan Poldek Buczkowski próbował i została z tego tylko jedna strona. Nie wiem, po co ci to napisałem, ale już napisałem i chyba powinienem wysłać, ciągle mam wątpliwości, jednak to zrobię i będzie to rzecz dokonana, bądź zdrowa”.

Nocą szukam miejsca dla tego nieznanego zdarzenia czy dotknięcia, wszystko, co spada jak sen, wpada coraz głębiej, do świata doznań trudnych do wyrażenia w słowach. Musi obrócić się wiele stanów ducha, aby to wewnętrzne istnienie dotarło tam, gdzie może być przyjęte do świadomości. Mój dawny sen „o leczniczych przerwach” coś podobnego sugerował. W tych przerwach jest przestrzeń, są stulecia, milionlecia. Jest opowiadanie Borgesa o Hladiku, który staje przed plutonem egzekucyjnym, pisze w głowie i kilka razy poprawia swoje dzieło, udoskonala je i kończy w ciągu osiemnastu minut czasu jawy przed rozstrzelaniem. Przedtem prosi Boga: „Przyznaj mi te dni, Ty, do którego należą stulecia i czas. I we śnie, tuż przed świtem, jakiś głos, który dochodził z każdego miejsca, rzekł mu: «Czas na twą pracę został przyznany»”4.

Już ponad cztery godziny trwa wielka ulewa i odwołano ważny mecz z Anglią, bo ktoś nie zasunął w porę dachu nad stadionem. W zapisanym rano śnie znalazłam polecenie: „utwórz rzeczywistość”. Już czas? Carl Gustav Jung mówił o „rzeczywistości psychicznej”. Jaromil Hladik w przyznanym sobie czasie pamiętał o „nierzeczywistości, warunku sztuki”. Z tym że musiała to być po prostu „rzeczywistość nieuzgodniona”, rzeczywistość jeszcze bez rzeczy, bez substancji, bez nazw, źródło wszystkich form – w tej chwili deszcz wpadł mi w słowo, zapach mokrego asfaltu, potem trawy.

W sierpniu, zwłaszcza w nocy, kiedy spada deszcz perseidów, dzieją się takie rzeczy, że „kosmiczne myśli ma się wtedy automatycznie”, Roman Lilia nazywa ten czas „spotęgowaną jawą”. Przypomina sobie białego psa, widzianego parę godzin przed wypadkiem samochodowym, z którego uszedł cało. Niedługo potem wyemigrował do Francji.

Mówi, że był to pies „typu zwierząt Castanedy, zachowywał się jak istota rozumna, przyszedł od strony zachodniej, jeśli ma to znaczenie, skradał się jak zwierzę, ale nie w celu ataku, chciał się zbliżyć i bał się”.

Opowiada: „noc była z tych dość jasnych. Siedziałem owinięty kocem przy ognisku, pies był biały, blady w świetle księżyca. Zbliżał się od strony ruin cerkwi, choć tych ruin tam już nie było, tylko ja wiedziałem, że kiedyś tam była cerkiew. Obok cerkwi jest cmentarz, stary ukraiński cmentarz, nieużywany, po wojnie zaniedbany. W Krzeczkowej, ale nie w lesie, tylko we wsi, w środku. Nie twierdzę, że pies stamtąd przyszedł, ognisko płonęło jakieś sto pięćdziesiąt metrów od tych ruin, a psa zauważyłem trzydzieści czy czterdzieści metrów bliżej, szedł jednak z tamtego kierunku. Szedł bardzo powoli, a im bliżej nas był, tym wolniej. Zbliżał się do ogniska, które płonęło wygasając. Szedł tak powoli jakby w innym świecie, centymetr na sekundę, można było pomyśleć, że jest nieruchomy, tak powoli zmieniał miejsce, widziałem go w mroku własnego cienia. Ostatnie półtora metra ode mnie pokonał w niewyobrażalnie długim czasie, źle to może wyraziłem, siedziałem trochę bokiem do ogniska, a on nie zbliżał się całkiem od pleców, ale trochę jednak z tyłu i widziałem go w miejscu, gdzie wątły blask ogniska był przez moją osobę przysłaniany. Tam, gdzie blask nie padał na do­okol­ną trawę, tam musiał być mój cień, jednak widziałem psa, bo był obok, a noc nie była ciemna, świeciły gwiazdy i był już pierwszy, ledwie wyczuwalny przedświt. Nie był to duży pies ani też mały, pies średniego wzrostu, typ kundlowaty i bez wątpienia krótkiej sierści. Gdy podszedł bardzo blisko, z wysuniętą głową jak figura, prawie nieruchomy, powoli zacząłem wyciągać ku niemu rękę, żeby go pogłaskać, a on zupełnie się zatrzymał i czekał, trwało to długą chwilę, bo ja też robiłem to w zwolnionym tempie, ale gdy miałem wrażenie, że już go prawie dotykam, pies odskoczył nagle poza zasięg ręki, jakby w ostatniej chwili podjął decyzję albo nie wytrzymał strachu spotkania i już się nie zbliżył, zaczął się oddalać, powoli i coraz bardziej, aż zniknął w mroku.

I jest tego zdarzenia ciąg dalszy. W moich snach późniejszych, gdzieś na innych planetach, to ja zbliżałem się do jakichś nieznanych istot, niby ludzi, którzy pozwalali mi podchodzić do odpowiedników ziemskich ognisk, nie głaskali mnie po głowie, ale nie odpędzali. I pozwalali sobie robić te swoje rzeczy, których nie rozumiałem, ale w końcu pojąłem, że oni wertują księgi. Było tam napisane w ich języku, jak inkarnuje się jestestwa rozumne, nic mi nie tłumaczyli, tylko pozwalali przy tym być i teraz wiem, że gdzieś są istoty, które wiedzą, jak to się robi”.

Przysyła mi „widoczek zamku”. Ten zamek był jednym z pierwszych obrazów jego życia, chciał mi pokazać ten właśnie wizerunek wykonany w czasach, gdy przyszedł na świat, ale widoczek zawieruszył się na parę miesięcy, ukrywał się gdzieś, aż go z powrotem znalazł i włożył do moich Praobrazów – „bo on praobraz mój” – rzekł. Nosił go w swej torbie i całkiem go zmiął, wtedy fotokopię zeń zrobił i mam teraz ten czarno-biały ziarnisty widok przed oczami. Podpis objaśnia, że to „Dziedziniec Zamku Kazimierzowskiego w Przemyślu, lata 40 XX wieku”. Miejsce na rzeczywistość. Oglądam odpowiadającą mu przestrzeń w Internecie. Zamek na wzgórzu, na wysokości 270 m n.p.m. ma długą historię, z której wiele się zachowało, wiele odbudowało i wiele też zapadło się pod ziemię od pierwszej prawersji z XI wieku. Teraz baszty, przygródki, skrzydła, podpory, zbrojownie, generalne remonty, białe mury. Ciekawostka z Wikipedii: „Zamek w Przemyślu stał się wzorcem dla ukończonego w 1938 roku Obserwatorium Astronomiczno-Meteorologicznego na szczycie Pop Iwan w paśmie Czarnohory w Beskidach Wschodnich”. Mam wrażenie, że coś tu działa nie tylko w czasie, ale i poza nim. Obserwatorium w tej chwili to ruina. Nikt tam niczego nie obserwuje, chyba że w największej tajemnicy. A czas, za każdym razem, gdy o nim myślę, nie ten sam.

Sen rozsypuje mi zapisane kartki. W prezencie dostaję powietrze. Przy ulicy Filtrowej stary mur oddziela tereny filtrów od ulicy, unoszą się nad nim czarne, falujące powierzchnie puste jak latawce. Wyglądam oknem na ten sen. Prawie czarne są tam w ciemności liście drzew i głowy kwiatów. Trzeba filtrować ciemność, bez tego nie widać nic. Podejść bliżej do tej czerni pod osłoną światłocieni, aby moja syzyfowa praca wydobywania na jaw śnienia, czyli nieistnienia, a dokładnie przedistnienia, jeszcze i tym razem się udała.

Praca taka była doskonale znana Wilczycy Woolf. Czytam wprost na obwolucie: „Często, kiedy pisałam jedną z moich tak zwanych powieści, zaskakiwał mnie ten sam problem: jak opisać to, co nazywam «nieistnieniem». Każdy dzień zawiera o wiele więcej nieistnienia niż istnienia […]. Wielkiej części dnia nie przeżywa się świadomie”5.

Wie o tym i nie zostawia tego tak. W nieistnieniu ukryty jest wzór na istnienie, ona nie zapomina o tym, ale czasem odkłada to w myślach, potem wraca.
Roman Lilia opowiada, co się stało z jego pisaniem odłożonym: „Po napisaniu trzech rozdziałów powieści Czarna Dziura popadłem w skrajną biedę emocyjną, ucisk w studzience gardła nie pozwalał mi wypowiadać się swobodnie, o pisaniu nie było mowy”. Spróbował wyjaśnić to w zwykłym swoim stylu, ale na przeszkodzie stanął temu przedziwny problem techniczny. „Nie wiem, co się memu komputerowi stało, przyznał w końcu, że nie wyświetla litery, którą w języku polskim stawia się w miejscu, gdzie używam „ph”. Ilekroć uderzam w tę literę, kilka centymetrów przed miejscem, gdzie powinna się ukazać, pojawia się czarna plama”.

Czarna plama podpłynęła do mnie i zmieniła się w moje śnienie. Czuję „ucisk w studzience gardła”, chociaż nigdy nie jest tak, aby dla każdego ta sama rzecz była tą samą rzeczą, „intencja ducha” przewiduje dla wszystkich podobny los, ale dla każdego osobny wzór tego losu i odpowiedzialność osobistą. Roman Lilia zamierzał napisać całą prawdę o swoich przygodach „w formie poczytnej powieści sensacyjnej”, ale czy byłaby to cała prawda, czy większa, czy mniejsza prawda, czy to by wystarczyło? Czując „ucisk w studzience gardła”, ja te wszystkie prawdy sensacyjne teraz, w czarnej plamie, rozpoznaję. Z każdej próby wynika inna czerń. Słowo „czerń” ma w sobie coś niewysłowionego. W kręgach dantejskich mówiłoby się, że to „porzucenie wszelkiej nadziei”, w kręgach mistycznych: „czarna noc duszy”. To wszystko w plamie, dotyk ciemności z każdej strony.

Styron pisał o „dotyku ciemności”6, o przerażającym elektrycznym świetle, pisał hiobowe słowa, że „spotkało go to, czego się lękał, bał się, a jednak to przyszło”, poczuł to w Paryżu, gdy deszczową ulicą jechał niedaleko Champs Élysées do hotelu „Washington”, ciekawe, czy ten hotel jeszcze tam jest, jechał odebrać nagrodę Prix Mondial Cino del Duca za pisanie i humanizm, ale to, co się z nim działo, nie było humanitarne, był to „rodzaj psychicznego nerwobólu całkowicie obcy normalnemu życiu”. Załóżmy jednak, że moje zaśnienie w czarnej plamie ma jakiś sens – zaśnienie zdarza się, gdy jedna osoba nieświadomie staje się postacią ze snu drugiej i jak zaklinacz deszczu może w polu snów zrobić coś, co zmieni sytuację. W „skrajnej biedzie emocyjnej” śnienie jest bardzo silne. Pełne jest wrażeń, jakich najbardziej nawet drastyczna opowieść nie zawiera, gdyż sny i opowieści różnią się zasadniczo. Opowieści chronią przed atakami nieznanego, sny wtrącają w nieznane. Taka jest różnica. Drobnych danych czuciowych z terenów śnienia nigdy nie pomijam. Jestem w czarnej plamie i mówię do śnienia: „wiem, że jesteś, chcę pojąć twoją naturę i pomóc ci istnieć”.

Człowiek snu pokazuje mi ciemne nici, sznurki błyszczące i naprężone, przeplecione w kocią kołyskę czy labirynt.

Jest to chyba najnowsze odkrycie „śniciny”.

„Śnicinę” opisuje Roman Lilia jako „graficzne przedstawienie energii orgonalnej”. We śnie przybiera ona kształt „naprężonych wektorków, psychicznych promieni”.

„Śnicina jest zawsze naprężona, a te czarne promienie nie są złe, to jest tylko kolor, żaden kolor nie jest zły”.

„Śnicina łączyła mężczyznę i kobietę w obiekcie androgynicznym, który wiele razy we śnie widziałem, nikt mi wtedy nie potrafił wyjaśnić, co to były za czarne promienie naprężone.

Pomiędzy dwiema postaciami, bez wątpienia kobiety i mężczyzny, rozciągały się bardzo cienkie nitki niematerialne, tysiące, jeśli nie miliony, po liniach prostych, były czarne, były również przezroczyste, równoległe do siebie, istniejące zawsze, nawet gdy postacie zmieniały miejsce wobec siebie w przestrzeni.

Jeszcze wtedy, w Przemyślu, ani trochę nie myślałem o wyjeździe do Paryża, wybierałem się raczej do Londynu, choć też dużo później, ale we śnie jechałem do Paryża.

W tym pociągu jechali też moi rodzice, ojciec w ubraniu roboczym malarskim, chociaż nigdy nie był malarzem budowlanym, ale mieszkanie malował zawsze sam, znał się na tym bardzo dobrze, a kiedyś w czasie wakacji, gdy miałem czternaście lat, wziął do pomalowania szkołę i mnie do pomocy, żebym mógł sobie trochę zarobić.

W pewnym momencie koniec podróży, pociąg dalej nie jedzie, wszyscy wysiadają, bo nie ma dalej torów, jest wielka łąka, drzewa, słońce, dużo ludzi, żadnej tragedii w tym nie ma, chociaż rodzice odchodzą, a ja o nich zapominam.

Nagle jestem w obliczu takiej oto wyżej opisanej pary (oni być może pojawiali się wcześniej w moich snach), ta para jest na łące, w słońcu, jestem tylko ja i oni, wszyscy inni spokojnie odeszli.

Gdy z nimi rozmawiam, zdaję sobie sprawę, że jestem nagi, oni rozmawiają ze mną przyjaźnie, ale traktują mnie z góry, z bardzo wysokiej góry. Nagość nie zawstydza mnie w jakimś złym sensie, ale obnaża, jestem wobec nich zupełnie nagi, mówią do mnie na różne sposoby, głosem, telepatią, rozmawiają przy mnie między sobą o mnie, ona chce mi powierzyć i powierza mi jakąś wielką misję, a on czyni uwagi, jakobym nie do końca był zdolny podołać tej misji, nie jest on moim wrogiem, ale ocenia realnie moje możliwości, ja jestem pokorny i odpowiadam na pytania tak jak przed majestatem najwyższym.

Wreszcie zapada decyzja, że tak.

Wtedy ona podaje mi naręcze palików, z drewna wyciosanych kołków, z tym że są to paliki niewidzialne, choć je widzę, jak to wytłumaczyć?

Trzymam ręce przed sobą dłońmi do góry, biorę te paliki i wiem, co mam zrobić, zostaje mi to przekazane w trakcie rozmowy.

Paliki mają posłużyć do tyczenia drogi do Paryża, moja misja to wytyczyć drogę do Paryża, a mój kolega sanskrycista, gdy mu opisałem wiele lat temu ten sen, powiedział, że w sanskrycie «paris» znaczy «miejsce spotkania».

Nie wiem, czy nastąpiło w tym śnie wykonanie misji, czy był to inny sen, ale oto jestem w Paryżu i wiem, że muszę wejść na jakieś wzgórze, którego chyba w ogóle nie ma w rzeczywistości, idę tam, coś mnie tam pociąga, to wszystko w oderwaniu od misji, a nawet w zapomnieniu o niej.

Idę na to wzgórze długo i wreszcie tam jestem, a tam pustka, tylko drzewa i krzewy, ludzi nie ma, jakieś światła się palą, a na drzewach wisi parę portretów polskiego papieża, to wszystko. Nastąpiła zamiana rodziców ziemskich na rodzica nieziemskiego i znów byłem nagi.

Paliki były z niewidzialnego drewna i miały swą wagę, były błyszczące, choć błyszczenie to też było niewidzialne. Wcale nie były idealnie przycięte, ale i tak były niewidzialne, zwyczajne paliki.

Nie wiem, czy wypełniłem misję, muszę się zastanowić”.

[…]

[dalszy ciąg można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.