01/2019

Monika Válková Maciejewska

Czechy

Czeski koniec roku zdominowały debaty, analizy i wspomnienia. Liczba wydarzeń kulturalnych związanych z setną rocznicą odzyskania niepodległości przewyższała jubileuszową liczbę, liczba miast aktywnie przygotowujących ogólnokrajowe obchody do tej liczby się zbliżała. Zorganizowano sporo festiwali literackich, filmowych i muzycznych, wspominano retrospektywnymi wystawami i opisami zjawisk kulturowych. Rocznica stała się niewątpliwie pretekstem do głębszej refleksji, ale nie była bodźcem jedynym. Stały się nim także nowości wydawnicze i nieoczekiwane spotkania.

Do jednego z nich doszło w Moskwie. Wizyta Jaromira Nohavicy na Kremlu była szeroko komentowana nie tylko w czeskich, ale i w polskich mediach. Pieśniarz bowiem nagrodzony został 4 listopada Medalem Puszkina, nadawanym Rosjanom i cudzoziemcom w uznaniu za ich wkład w działalność zbliżającą narody. Nohavica jest znanym propagatorem pieśni bardów rosyjskich (tłumaczy i śpiewa utwory Władimira Wysockiego czy Bułata Okudżawy), stąd wyróżnienie. Ale że odebrać je należało z rąk samego Władimira Putina, zrodził się spór. Nohavica przyznał zdecydowanie, że z radością pokaże się w Moskwie; dziennikarze czeskich mediów stanęli w rozkroku. Jedni piętnowali tę decyzję („168 hodin”, aktuality.sk), drudzy bronili artysty, twierdząc, że jakiekolwiek insynuacje dotyczące ukrytych sympatii Nohavicy wobec rosyjskich poczynań politycznych są obraźliwe (Idnes). Nagrodę czeski pieśniarz uroczyście odebrał, zaśpiewał przy tym pieśń A jednak mi żal Bułata Okudżawy: „Co było – nie wróci, i szaty rozdzierać by próżno. / Cóż, każda epoka ma swój porządek i ład” (przeł. Witold Dąbrowski). Czyżby górę wzięła znowu czeska przewrotność?

Nie aż tak głośno jak moskiewska wizyta znanego pieśniarza, ale jednak szerokim echem wśród krytyków i czytelników odbiło się wydanie w drugiej połowie 2018 roku dwu ważkich książek: pierwsza z nich to Stručné dějiny Hnutí (Zwięzłe dzieje Ruchu) Petry Hůlovej, drugą z kolei stała się Druhá strana ticha (Druga strona milczenia) Magdalény Platzovej. Obie szeroko omawiane i recenzowane, dotykające zjawisk społecznych (feminizmu, relacji rodzinnych i zawodowych, władzy i samotności), stały się przyczynkiem do dyskusji o kondycji literatów, literatury, a nawet samych odbiorców. Nieoczekiwanie te dwie pozycje, kupowane i czytane, za każdym razem są mierzone odmienną miarą. Jak tylko chwalone są za poruszane zagadnienia, to karcone są za formę; i na odwrót: kiedy pozytywnie oceniany jest konstrukt i koncept, to fabuła banalna i nudna (Host 2018, nr 5 i 2018, nr 7)! Krytycy zastanawiają się, czy kiedy książka traktuje o bezradności, sama może się taką stać. A może, jak sugerują literaturoznawcy, to najzwyczajniej wina samych czytelników, którzy „nieustająco i uporczywie wierzą w to, że czeska literatura wysoka istnieje”, a co za tym idzie, „nie może nie nosić znamion intelektualizmu”, nawet wówczas, gdy wszystkie znaki na recenzenckiej orbicie będą sugerować, że autor w swoim dziele nie wnosi nic nowego i ożywczego. Czy więc czytelnik, który doszukuje się wartości w dziele przez recenzentów nieuznanym, jest aż tak bardzo naiwny?

A może lepiej, by był naiwny – bo to w tym przypadku znaczy, że czyta nowości – niż nosił miano leniwego. Ci leniwi to tacy, którzy jednym tchem mogą wymienić pozycje z literatury klasycznej, acz wartościowej, mimo że już dawno nie czytają. Starczy, że wiedzą, które dzieła są wzorcowe. O takich czytelnikach pisało się w kontekście nieśmiertelnego sporu o kanon literacki w projekcie radia Vltava „Kanon 100” (A2, 2018, nr 18). I tu znów bez zmian: tradycyjnie postawiono na znanych i lubianych (Karel Čapek Inwazja jaszczurów, Jaroslav Hašek Przygody dobrego wojaka Szwejka); trzecie zaś miejsce zajął Milan Kundera (utwór Żart), który, co szeroko zaznaczano w mediach, spotkał się 10 listopada przy okazji obchodów zakończenia I wojny światowej w Paryżu z czeskim premierem Andrejem Babišem. Fakt ten jest godny odnotowania, ponieważ, jak wiadomo, Kundera stroni od Czech: ojczyznę odwiedza rzadko, a jak już, to incognito (wyemigrował w 1975 roku, po przewrocie był jeszcze oskarżony o donosicielstwo SB, co skandalicznie pogorszyło relacje z rodakami), pisze tylko po francusku. Co więcej, na spotkaniu tym polityk zaprosił pisarza do Czech i zadeklarował rozmowy na temat zwrotu obywatelstwa, którego pozbawiono Kunderę w 1979 roku. Być może pisarz przyjedzie do Czech w przyszłym roku. Byłoby to nie lada wydarzenie, też jubileuszowe: Milan Kundera obchodzi w kwietniu urodziny, kończy dziewięćdziesiąt lat.

Wracając zatem do książek i rankingów: na stulecie niepodległości dowiedziano się więc, że rewolucja w literaturze przebiegła w pierwszych pięćdziesięciu latach, a ostatnie pół wieku nie wniosło nic, co by przekonało czytelników do zmiany kierunku i przegrupowania sił. Odważne wybory pozostają zatem w gestii historii i dziejów społecznych; literatury one, na razie, nie dotyczą.

A może źródła takiego status quo doszukiwać się należy w metodach rozpowszechniania informacji o plebiscytach i sondażach? Może raczej chodzi o źle dobrany kanał komunikacyjny, który niewystarczająco dobrze propaguje i reklamuje ogólnokrajowe ankiety? O jednoznaczne sądy trudno (z pewnością byłyby one też niesprawiedliwe), ale coś jest na rzeczy, bowiem na ostatnim festiwalu „Tabook” w Taborze (27−30.09.2018) kondycji prasy literaturoznawczej poświęcono cały panel. Zadano na nim jątrzące pytania m. in. o to, czy czasopisma literackie są w stanie stawić czoło internetowemu światu, czy je w ogóle ktokolwiek czyta oraz czy jest sens je wydawać? Ożywiona dyskusja była częścią szerszej polemiki małych wydawców nad kondycją kultury czeskiej w ogóle, z zaznaczeniem jej wcześniejszej różnorodności. ExCzechoslovakia, bo taką nazwę nosiła tegoroczna edycja festiwalu, skupiała się na ukazaniu wielokulturowości i różnorodności narodowej, która władała państwem po 1918 roku, a która nie przetrwała próby XX wieku.

Tę przetrwała jednak czeska tradycja krawiecka. I choć wydawałoby się, że rzemiosło to trąci banalnością w obliczu dyskusji o odzyskaniu niepodległości, to jednak nie można przejść obok niego obojętnie. Po pierwsze dlatego, że czeskie krawiectwo już na początku XX wieku cieszyło się renomą i niezmiennie mogło być świadkiem przemian historycznych bez zmiany mianownika, jakim były czeskie szwalnie i czescy właściciele-projektanci, a po drugie, że właśnie krawiectwo było od pierwszych dni wolności w 1918 roku nigdy nie przerwanym pomostem między Czechami a światem. Taki stan rzeczy obrazowała postawa Hany Podolskiej – projektantki, krawcowej, jednym słowem legendy czeskiej mody, której dzieła można podziwiać w Muzeum Sztuki Dekoracyjnej w Pradze na specjalnie przygotowanej wystawie (Hana Podolská, legenda české módy, Uměleckoprůmyslové museum); a dzisiaj sześćdziesięcioletniej Jiřiny Švancarovej, krawcowej i kostiumolożki, dla której sceny teatralne i światowe plany filmowe nie są tajemnicą (Týden, 2018, nr 36). I właśnie komentarz Jiřiny Švancarovej może stać się radą na kolejne sto lat niepodległości. Otóż na pytanie dziennikarza, jak to się robi, że po czterdziestu pięciu latach szycia dla teatru i dwudziestu latach pracy dla wielkich produkcji filmowych nadal się swój fach lubi, odpowiedziała „Základem je udělat si to pracovní prostředí hezké” (czyli należy sobie stworzyć przyjazne miejsce pracy). Zróbmy więc sobie przyjazne te kolejne sto lat niepodległości.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.