11/2018

Zdzisław Jerzy Adamczyk

Czego nie wiemy o młodości Stefana Żeromskiego

Swój młodzieńczy dziennik Stefan Żeromski prowadził przez dziesięć lat. Gdy w maju 1882 roku zapisywał w nim pierwsze zdania, był osiemnastoletnim uczniem rosyjskiego gimnazjum w Kielcach, podejmującym pierwsze próby literackie i marzącym o karierze pisarskiej. Gdy na początku roku 1892 postanowił zakończyć przygodę z dziennikiem, był dojrzałym dwudziestoośmioletnim mężczyzną w przededniu małżeństwa; był także dobrze zapowiadającym się początkującym pisarzem; od roku już drukował w prestiżowych pismach warszawskich swoje nowele – przyjmowane przez czytelników i krytykę z żywym zainteresowaniem. Jego dziennik jest w naszym piśmiennictwie jedynym chyba dokumentem literackim, który pozwala z bliska obserwować proces narodzin artysty, formowania się osobowości twórcy, dojrzewania do roli pisarza, przy czym dojrzewanie to obejmuje niemal wszystkie sfery życia: formowanie się systemu wartości, czyli kośćca moralnego, kształtowanie się poglądów politycznych i społecznych, a także wyobrażeń o tym, jaki rodzaj literatury chciałoby się uprawiać, doskonalenie umiejętności pisarskich, ćwiczenie się w opisach ludzi i rzeczy, konstruowaniu dialogów czy budowaniu wizerunków postaci itd., ale także – dojrzewanie erotyczne. Na tę sprawę warto zwrócić uwagę, bo zwierzenia dotyczące tej akurat sfery życia, tak subtelnej i intymnej – nawet w dziennikach pisarzy – często bywają tłumione i skrywane. Dziennik przyszłego autora Dziejów grzechu jest pod tym względem wyjątkowy.

Żeromski pędził w młodości bujne życie erotyczne; pisał o nim obszernie i szczerze. Nie ukrywał – sam przed sobą – jak niezwykle silne było jego pragnienie miłości. Jak przystało kandydatowi na pisarza, komuś, kto puka do bram literatury, zapisywał w dzienniku – by je zachować, utrwalić, ocalić przed zapomnieniem – chwile miłosnych porywów, nadziei, udręk, zachwytów, spełnień… Wątek doświadczeń erotycznych jest w jego dzienniku i barwny, i niezwykle bogaty. I akurat ten wątek – w dotychczasowych edycjach Dzienników – został przez wydawców zniekształcony i okaleczony cenzuralnymi wykreśleniami. Tej kwestii będzie dotyczył niniejszy artykuł.

Warto na początku przypomnieć, iż Dzienniki były dotychczas wydawane – bardzo dawno temu – dwukrotnie: najpierw, w trzech opasłych woluminach, w latach 1953–1956, ponownie, w ramach Dzieł Żeromskiego pod redakcją Stanisława Pigonia, w siedmiu tomach, w latach 1963–1970, potem, a więc od prawie pięćdziesięciu lat, w całości nigdy nie były już wydawane; ukazały się jedynie dwa różne wybory z Dzienników. We wspominanej pierwszej edycji wątek doświadczeń erotycznych młodego Żeromskiego został wręcz zmasakrowany; ze wspominanych trzech tomów wykreślono łącznie kilkadziesiąt stron tekstu. W edycji drugiej, późniejszej zaledwie o kilka lat, skala wykreśleń jest nieporównanie skromniejsza; większość fragmentów usuniętych z wydania poprzedniego teraz przywrócono, ale zapisy szczególnie „gorszące” i rzucające niekorzystne światło na osobę autora także tutaj zostały pominięte. Wszystko wskazuje na to, że te wykreślenia z powodów „obyczajowych” – ani w edycji pierwszej, ani w drugiej – nie wynikały z jakichś dyrektyw urzędowej cenzury, lecz były wynikiem inicjatywy i decyzji kolejnych wydawców Dzienników, którzy przyznali sobie prawo decydowania o tym, jaki wizerunek Żeromskiego powinien wyłaniać się z jego dziennika.

Dziś takie praktyki edytorskie spotykają się z dezaprobatą, nie można jednak chyba dzisiejszych zasad postępowania – czy tym bardziej kryteriów oceny – przenosić na zdarzenia sprzed sześćdziesięciu czy pięćdziesięciu lat. Warto natomiast postawić pytanie, kto był tymi wykreśleniami zainteresowany, czym się kierował, czy można było ocenzurowania dziennika uniknąć… Postawić takie pytania i poszukać na nie odpowiedzi – nie po to, by kogokolwiek oceniać czy oskarżać, lecz by zrozumieć, dlaczego do tego doszło. I postawić pytanie drugie, z pewnością ważniejsze: w jakiej mierze i w jaki sposób owo ocenzurowanie wpłynęło na zapisany w naszej zbiorowej pamięci wizerunek młodego Żeromskiego.

Zacząć trzeba od informacji o ciągle mało znanych losach dzienników. Jest ona tym bardziej potrzebna, że wokół dziejów autografów dziennika, a następnie okoliczności ich wydawania, narosło wiele nieporozumień i kontrowersji, pojawiło się wiele sprzecznych czy wręcz wzajemnie wykluczających się opinii. I że zarazem zachowało się wiele niepublikowanych do tej pory dokumentów, które rzucają na te losy nowe światło. Warto do nich zajrzeć1.

Jak wiadomo, Żeromski zapisywał swój dziennik w notesach formatu kieszonkowego; przez długi czas nie było wiadomo – i dziś także nie mamy stuprocentowej pewności – ile takich notesów zapisał. Ponumerował (zapewne jeszcze w roku 1888) tylko siedemnaście najwcześniejszych – na czterech późniejszych też znajdują się numery („Tom 18”, „Tom 19”, „T. 20”, „Tom 21”), nie wiadomo jednak, kiedy i przez kogo napisane; dwa tomiki w ogóle nie zostały opatrzone numerami. Zapewne było tych notesów-tomików co najmniej 26; do naszych czasów dotrwało osiemnaście. Aż osiem, a więc prawie trzecia część całości, przepadło – w nieznanych okolicznościach. Z pewnością przepadło bezpowrotnie. Te zaginione lub zniszczone opowiadały także o miłosnych doświadczeniach diarysty.

Nie miejsce tutaj na snucie obszernych przypuszczeń, kiedy i dlaczego owe tomiki mogły zaginąć; okazji po temu było wiele. Przypomnijmy tylko, że przez większą część życia Żeromski nie miał bezpiecznego własnego kąta. Po śmierci rodziców mieszkał najpierw w Kielcach na uczniowskich stancjach, potem w Warszawie w studenckich pokojach albo też w ziemiańskich dworach, gdy nielegalnie pracował poza Warszawą jako nauczyciel domowy. W okresie późniejszym, w czasach małżeńskich, przez wiele lat mieszkał albo w wynajmowanych mieszkaniach, albo w pensjonatach – w Rapperswilu, Warszawie, Krakowie, Zakopanem, Paryżu. I przez większość tego długiego czasu, przez wiele lat podróży i przeprowadzek, towarzyszyło mu jego pisarskie archiwum, którego ważną częścią były właśnie dzienniki, wykorzystywane przezeń w pracy pisarskiej jako swoisty „magazyn” zapisanych wcześniej zdarzeń, obserwacji, przeżyć. Bezpieczne schronienie znalazło to archiwum, a więc i dzienniki, dopiero w roku 1920, gdy zamieszkał w Konstancinie. Nie można wykluczyć, że jakieś tomiki mogły zostać zagubione lub zniszczone jeszcze przed tym, nim cały zbiór trafił do bezpiecznego azylu w willi Świt. Nie udało się ustalić, ile tomików dziennika przyjechało wówczas do Konstancina.

Dom w Konstancinie dawał dziennikom schronienie, ale nie można mieć pewności, że wszystkie przywiezione wówczas tomiki zachowały się w Konstancinie aż do śmierci Żeromskiego w listopadzie 1925 roku. Jakiś tomik bądź jakieś tomiki mógł komuś pożyczyć – i ich nie odzyskać. Istnieją podstawy do takich przypuszczeń.

W wielkim zbiorze korespondencji Żeromskiego, przechowywanym obecnie w Bibliotece Narodowej, znajdują się – wśród kilku tysięcy innych – trzy listy studenta Uniwersytetu Jagiellońskiego, Adama Dobrowolskiego z Sosnowca, który w roku 1925 był uczestnikiem seminarium prof. Ignacego Chrzanowskiego, przygotowywał pracę seminaryjną na temat subiektywizmu w utworach powieściowych Żeromskiego i w związku z tym – w pierwszym z listów, datowanym 22.04.1925 – zwrócił się do niego, aby „raczył łaskawie udzielić” mu „swoich pamiętników lub wskazówek”, co pozwoliłoby mu pracę napisać; z następnych zaś wynika, iż 11 maja Żeromski odpowiedział Dobrowolskiemu i obiecał przysłać coś z pamiętników, ale ostatecznie chyba tego nie uczynił. Zupełnej pewności w tej kwestii mieć nie można, ale nawet jeśli niczego Dobrowolskiemu nie wysłał, to zdumiewa już sama obietnica – obietnica pożyczenia jakiegoś tomiku bądź jakichś tomików dziennika komuś, kogo zupełnie nie znał. Nie wiadomo także, czy podobnych próśb nie otrzymywał więcej – i czy którejś nie uległ. Nie jest to przypuszczenie niedorzeczne. W dziesięć lat po drugiej pełnej edycji Dzienników, w grudniu 1969 roku, trafił do Biblioteki Narodowej autograf tomiku XXI dziennika, o którego istnieniu nikt do tamtej pory nie wiedział. Przez kilkadziesiąt lat tomik ten znajdował się w posiadaniu rodziny Jerzego Stamirowskiego, a wcześniej – jeszcze przez wojną – w posiadaniu rodziny Grossów z Gródka Jagiellońskiego. Jest mało prawdopodobne, by tomik został Żeromskiemu skradziony bądź zrabowany. Prawdopodobniejszy wydaje się domysł, że został pożyczony… Przez Żeromskiego – przed listopadem 1925 roku? Czy – po śmierci Żeromskiego, a przed wybuchem wojny – przez jego spadkobierczynie?

W spisanym w czerwcu 1925 roku testamencie dzienniki, które konsekwentnie nazywał pamiętnikiem, Żeromski ofiarował Polskiemu Klubowi Literackiemu, czyli Polskiemu PEN Clubowi. W testamencie zapis ten brzmi: „Zbiór książek moich, znajdujących się w willi Świt w Konstancinie i zbiór korespondencji, alfabetycznie i rzeczowo ułożony, zbiór recenzji, pamiętników i książek z dedykacjami zapisuję Polskiemu Klubowi Literackiemu, z tym jednak zastrzeżeniem, ażeby ten cały zbiór nie był dzielony i mógł stanowić całość jak obecnie”. Zwróćmy uwagę, iż nie ma tutaj informacji o liczbie „pamiętników”, czyli tomików dziennika, a ponadto że w zapisie tym nie istnieje żadne zastrzeżenie co do ich udostępniania czy publikacji; jedyne, czego ofiarodawca się domaga, to niedzielenie zapisu, zachowanie owej darowizny w komplecie. Warto o tym pamiętać, bo właśnie w odniesieniu do dzienników zapis testamentowy nie został przez spadkobierczynię, to jest przez Annę Żeromską, zrealizowany. Nie oddała dzienników PEN Clubowi, zatrzymała je dla siebie. Ta jej decyzja o zatrzymaniu autografów, a potem traktowanie ich jako prywatnej własności, miała wpływ na późniejsze, także wydawnicze losy Dzienników, a w konsekwencji – i na integralność publikowanego tekstu.

Aż do roku 1939 autografy dziennika znajdowały się w willi Świt, nie budząc specjalnego zainteresowania; dopiero po wybuchu wojny, gdy okazało się, iż konstancińska kryjówka jest niezbyt bezpieczna, złożone zostały przez panie Żeromskie – jako depozyt – w Bibliotece Narodowej. Obyło się to z pewnością bez żadnego formalnego potwierdzenia czy pokwitowania, nie wiadomo bowiem, ile tomików trafiło do Biblioteki i kiedy dokładnie to się stało. Wiadomo natomiast, że nie trafiły wszystkie. Jeden tomik, oznaczony przez nas jako XXIII, niewłaściwie przez spadkobierczynie rozpoznany, traktowany jako notatnik, został przez nie od autografów dziennika odłączony i przechowywany był wśród takich notatników. Dopiero około 1990 roku trafił w ręce profesora Zbigniewa Golińskiego, który właściwie go ocenił i – wraz z niżej podpisanym – opublikował.

Tomiki złożone jako depozyt w Bibliotece Narodowej dzieliły losy wielu autografów będących własnością Biblioteki. Już po upadku powstania i po wypędzeniu przez Niemców z Warszawy ludności cywilnej, zapewne pod koniec listopada 1944 roku, w ramach tak zwanej akcji pruszkowskiej – wraz z cenniejszymi książkami i rękopisami Biblioteki Narodowej – wywiezione zostały do Görbitsch w pobliżu Frankfurtu nad Odrą, czyli do dzisiejszego Garbicza w województwie lubuskim. Wczesną wiosną 1945 roku Garbicz został zajęty przez Armię Czerwoną. Wojskowe władze radzieckie zawiadomiły polski rząd, iż znajduje się tam wiele polskich książek, odnalazły tam jednak także wiele polskich książek i rękopisów, które obok polskich – miały także stemple rosyjskich bibliotek. Były to rękopisy i książki, wśród nich także starodruki, należące kiedyś – jeszcze w wieku XVIII do Biblioteki Załuskich, w roku 1795 zrabowane przez władze carskie i wywiezione do Petersburga, gdzie stały się zrębem Cesarskiej Biblioteki Publicznej i zostały opatrzone jej stemplami. Po przegranej w roku 1920 wojnie z Polską, na mocy traktatu pokojowego w Rydze, Radziecka Rosja została zmuszona do oddania zrabowanych w Polsce dóbr kultury; na tej podstawie w latach 1921–1934 zwrócona nam została także duża część Biblioteki Załuskich, z czasem włączona do Biblioteki Narodowej – i na nowo opatrzona jej stemplami. Rosyjskie władze wojskowe, którym podlegał Garbicz – na podstawie rosyjskich stempli – uznały, że odnalazły własność Rosji, i wiele książek, a także rękopisy, w tym dzienniki Żeromskiego, wysłały do Moskwy. Dopiero tutaj zostały poprawnie rozpoznane – i w początkach lipca 1947 roku przywiezione do Warszawy. Wśród przekazanych Polsce rękopisów znajdowało się także czternaście tomików dziennika Żeromskiego; jeszcze w roku 1947 trafiły one do Biblioteki Narodowej, włączone do niej jako „zbiory zabezpieczone”, czyli jako dobra kultury porzucone, niemające właściciela. Po wojnie zmieniło się kierownictwo Biblioteki Narodowej. Przed wojną (do 31 stycznia 1940 roku) dyrektorem Biblioteki był profesor Stefan Vrtel‑Wierczyński, potem, na życzenie władz niemieckich – i w porozumieniu z podziemnymi władzami polskimi – Biblioteką kierował profesor Józef Grycz, który w czasie wojny od pań Żeromskich przyjmował w depozyt dzienniki, od 1 kwietnia 1945 roku na stanowisko dyrektora wrócił profesor Wierczyński, w roku 1948 zastąpiony przez Wacława Bieńkowskiego. O depozycie pań Żeromskich nikt nie pamiętał… W listopadzie 1947 roku profesor Wacław Borowy dowiedział się, iż dzienniki Żeromskiego trafiły do zasobu Biblioteki Narodowej, i uzyskał zgodę dyrekcji Biblioteki na ich naukowe opracowanie i opublikowanie. Przystąpił do przepisywania na maszynie początkowych tomików dziennika, ale we wrześniu 1949 roku pracę musiał przerwać – na życzenie pań Żeromskich. W rok później, 2 czerwca 1950 roku, tak o tym pisał w liście do profesora Tadeusza Mikulskiego, w tamtym czasie szefa Wydawnictwa IBL:

Obecnie przepisane są na maszynie pierwsze dwa tomiki; w przepisywaniu jest trzeci. Praca się, niestety, na czas jakiś zatrzymała, dnia bowiem 12 września 1949 r. wezwał mię Minister Bieńkowski, obecny Dyrektor Bibl. Nar., i zakomunikował mi, że właścicielki rękopisu sprzeciwiają się jego publikacji, gdyż Żeromski życzył sobie, żeby nie był on czytany przed upływem pięćdziesięciolecia od jego śmierci.


Jest zastanawiające, że ani w zachowanych dokumentach, ani w książkach wspomnieniowych – czy to Hanny Mortkowicz‑Olczakowej, czy Moniki Żeromskiej – nie ma mowy o tym, iż spadkobierczynie zażądały od władz Biblioteki Narodowej zwrotu autografów dziennika, domagały się natomiast przerwania przygotowań do wydania ich drukiem, powoływały się przy tym na rzekomo uczynione ustnie przez Żeromskiego zastrzeżenie. Zastrzeżenie takie byłoby w pełni uzasadnione, gdyż w roku 1925 żyło jeszcze wiele osób, o których w dzienniku Żeromski obszernie opowiadał: żyła siostra, żyła żona, żyli kuzyni i liczni koledzy szkolni, żyły niektóre dawne sympatie i kochanki, żyły ich dzieci. Niektórymi zapisami w dzienniku mogli czuć się dotknięci, może nawet zranieni, więc zapis taki byłby czymś zrozumiałym. Czy jednak Żeromski takie zastrzeżenie, chociażby ustne, uczynił? Można w to powątpiewać, gdy się pamięta, jak łatwo przyrzekł Adamowi Dobrowolskiemu wypożyczenie jakiegoś tomiku. Warto też może przypomnieć, że gdy w roku 1932 Anna Żeromska i Janina Mortkowiczowa występowały przed sądem w roli świadków i gdy mówiły o dziennikach, Anna, a właściwie wyręczająca ją w odpowiedzi Mortkowiczowa, powiedziała, iż dzienniki nie zostaną opublikowane nigdy. Czy – gdyby Żeromski istotnie uczynił zastrzeżenie, o którym tutaj mowa – Anna nie powołałaby się wówczas na jego wolę?

Argument o uczynionym przez Żeromskiego zastrzeżeniu odniósł skutek – jednak nie na długo. Przez dwa lata, jakie upłynęły od powrotu autografów dziennika do Biblioteki Narodowej, wiedza na ich temat dotarła do wielu osób, środowisko polonistyczne zainteresowane było publikacją, Borowy usiłował nakłonić do zmiany decyzji Monikę Żeromską, bo to ona już wówczas reprezentowała interesy rodziny. Przytoczmy znowu fragment cytowanego wcześniej listu Wacława Borowego do Tadeusza Mikulskiego z 2 czerwca 1950 roku:

Uzgodniliśmy z Min. Bieńkowskim pogląd na te sprawę: niewątpliwie wolę zmarłych należy szanować, ale biorąc pod uwagę okoliczności historyczne; Żeromski nie mógł przewidywać obecnego postępu narzędzi zniszczenia, wobec których każdy tekst istniejący tylko w jednym egzemplarzu jest wielokrotnie bardziej narażony niż przed ćwierćwieczem. Pogląd ten przedstawiłem p. Monice, z którą niebawem się porozumiałem. Pozostało zebrać argumenty świadczące o ważności dokumentu. To starałem się zrobić w obszernym komunikacie, przedstawionym d. 22 kwietnia r.b. na posiedzeniu I Wydz[działu] T[owarzystwa] N[aukowego] W[arszawskiego]. Na posiedzenie to była zaproszona p. Monika i uznała, że dzienniki mają rzeczywiście znaczenie pierwszorzędne i obiekcje wypowiadane przez nią i jej matkę muszą być uchylone. Tak więc znikła trudność formalna dalszej pracy nad dziennikami Żeromskiego. […] Mowy nie ma o tym, żeby cały tekst mógł być dziś wydany. Dużo by on poruszył drażliwości rodzinnych i przyjacielskich. Dużo w nim ustępów o szczerości w stylu Jana Jakuba, z którymi ostrożnie trzeba postępować, nawet wtedy, kiedy się nie wie dokładnie, kto jest ich współbohaterem czy współbohaterką. […] P. Monika bardzo się boi, żeby dzienniki nie stały się ogniskiem sensacji.


Doszliśmy więc do sedna sprawy.

Wiosną 1950 roku panie Żeromskie zaakceptowały projekt wydania dziennika – z tekstem niepełnym. Opinia Borowego, iż „mowy nie ma o tym, żeby cały tekst mógł być dziś wydany” i że z ustępami „o szczerości stylu Jana Jakuba […] ostrożnie trzeba postępować” oddaliła ich obawy i zastrzeżenia. Okazało się, iż w tej kwestii nie ma różnicy zdań między spadkobierczyniami Żeromskiego i wydawcami jego dziennika. Na podstawie tamtego porozumienia, które dla wydawców było zobowiązaniem, wznowione zostały prace przy edytorskim przygotowaniu tekstu do wydania. Częścią składową tego edytorskiego przygotowywania było usuwanie fragmentów tekstu „o szczerości Jana Jakuba”. Otwarcie napisał o tym Andrzej Wasilewski, gdy w Przedmowie do pierwszej edycji dziennika zapowiadał:

Z szacunku dla woli pisarza ogłoszony tekst pomija sprawy intymno-drastyczne, które zapewne były przyczyną testamentowego warunku. Obawa Żeromskiego usprawiedliwiona była w epoce Ferdynand Hoesicka i innych skandalistów, spełniających zamówienie sensacyjno-ekspresowych potrzeb kulturalnych burżuazji. Nasza epoka sięgnie po pamiętnik w celu naukowego poznania młodości wielkiego pisarza, przystąpi doń z zasobem humanizmu pozwalającego zrozumieć pełny kształt jego ideowej postawy.


„Obyczajowi” cenzorzy otrzymali więc także wsparcie – ideologiczne.

[więcej można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.