07–08/2018

Aneta Wiatr

„Dla Ciebie mam ciepłe i bezradne uczucie”

Cóż, nie będę ukrywać, bałam się tej korespondencji, nawet w dwadzieścia lat po śmierci Zbigniewa Herberta (i sześć – Wisławy Szymborskiej). Po tamtej walnej „dyskusji narodowej”, a raczej totalnej pyskówce i nawalance wszystkich ze wszystkimi, jaką sprowokował Nobel z października ’96, obawiałam się, i nadal obawiam, powtórki z rozrywki. Oczywiście zastępczej, o co przy tej głębi erozji, frustracji i agresji społeczno-politycznej raczej nietrudno. Wszak u nas, poza liźnięciem w szkole, wieszczów − jako już „przerobionych” − nie bierze się do ręki. U nas wieszczami się gra, wieszczów się „obstawia” (jak Kusego i Sokoła), wieszczów się szczuje, nie na szaraka jednak, ale − jak podczas słynnej uczty u Januszkiewicza w grudniu 1840 roku w Paryżu − na siebie. Nie zawsze z takiego szczucia i „pojedynku serc” wyrasta Beniowski czy Trans-Atlantyk (niezapomniana scena szczucia przez „naszych” swojaka „gówniarza, geniusza Gombrowicza” na Borgesa), częściej zgaga i niesmak. Jakie to szczęście, że Chopin nie miał do pary równego sobie, że nie podskoczył mu żaden Dobrzyński, Sowiński, Nowakowski czy Fontana, choć już w Paryżu próbowano na wszystkie sposoby skonfrontować go w pojedynku z Kalkbennerem, Hillerem, Herzem, Thalbergiem, Pixisem, a przede wszystkim z Lisztem. Efekt tych zakładów i rankingów był taki, że mądry Frycek (wciąż chyba nie doceniamy jego nadzwyczajnej inteligencji) zaprzyjaźniał się ze swoimi rywalami i zgodnie razem koncertowali ku chwale muzyki, a Franz Liszt już w 1852 roku jako pierwszy poświęcił Chopinowi swoją monografię.

Cóż, paryskie przepychanki i bodiczkowania w drodze na świecznik to już jednak historia i mało nas dziś wzrusza to, że sławny fortepianista Kalkbrenner proponował Chopinowi u siebie trzyletnie korepetycje, co rozwścieczyło i Mikołaja Chopina, i Elsnera. Bo któż dzisiaj zna i gra kompozycje Kalkbrennera? Nie umiem jednak do dzisiaj zapomnieć furii, z jaką zagrano u nas poetyckimi pionkami na politycznej szachownicy po Noblu dla Szymborskiej, ile pomyj wylano na jej zetempowsko-partyjny łeb w „obronie” skrzywdzonego Herberta.

Podczas wakacji-odpoczynku nad Wigrami w ’97 i ’98 nie dawano mi spokoju, wciągając w studnię bez dna, w zapalczywe i jałowe dyskusje o wyższości świąt Wielkiej Nocy nad świętami Bożego Narodzenia, skoro rozeszła się fama, że miałam czelność napisać coś – i to dobrze − o wrednej i rozchichranej Wisi. Miejmy nadzieję, że upiory te więcej nie wrócą wraz z dyskusją − bezowocną przy szkolnej znajomości obojga poetów i zastępczą przy politycznej kłótni w rodzinie – czy myć ręce, czy myć nogi? A do tego słuchając, co się aktualnie dzieje – czy myć je w bani, w mykwie, czy w łazience? Może gwarantem spokoju i pogłębionej refleksji przy tych niewinnych i błahych z pozoru tekstach będzie czas, który minął, a może pieczołowity wydawca tej korespondencji i szczery przyjaciel obojga (co, widać, jest możliwe) − Ryszard Krynicki, który w Wydawnictwie a5 przygotował nam piękną, wysmakowaną książkę. Zawsze skromny i zazwyczaj „małomówny” poeta i redaktor Wydawnictwa a5 („małomównym” określiła go Wisława Szymborska, opisując zdjęcie polskiej delegacji w Sztokholmie) nie z własnej winy pasowany został na czwartego bohatera korespondencji Herberta z Szymborską, słowem: zamieszany w listy. O trzecim, niejakim Frąckowiaku, albo Fronckowiaku, taśmowym producencie sonetów z Bydgoszczy czy z Jasła, pojawiającym się w listach wielokrotnie, acz przygodnie, do krzesania (rubasznego) humoru, można by rzec, że to plebejsko-demokratyczny odpowiednik Eustachego Pobóg-Tulczyńskiego (Kornela Filipowicza) z jego zgrabnie stylizowanych i zabawnych listów do hrabiny Heloizy Lanckorońskiej 1 .

Całą czwórkę, o której mowa, znajdziemy na przykład w interesującym liście z lutego 1975 roku. Prostolinijny do bólu Frąckowiak ułatwia w nim wstydliwemu Herbertowi zebranie się grona znaczących fundatorów, ze znaczącą kwotą, w szlachetnym celu „ufundowania prywatnej Nagrody Poetów i przyznania jej za rok 1974 Ryszardowi Krynickiemu”. Oznaczało to rzecz jasna złamanie politycznego monopolu ministerialnych decydentów i narażenie się na niełaskę i szykany czynników oficjalnych. List do Szymborskiej, wyłuszczający meritum sprawy, kończy prawdziwa perełka:

Konkretna prośba: żebyś mi była łaskawa Wisełko podpisać w Poznaniu laurkę dla Rysia Krynickiego, którą to laurkę dyskretnie Tobie podsunę, i żebyś wysupłała ze swojej ślicznej srebrnej torebki nabitej cekinami parę dukacików. I jeszcze jedna prośba, czy mogłabyś zwerbować w tymże samym celu Koleżankę Ewę Lipską. Jakoś mi niezręcznie do niej pisać, bo kocham się w niej przeszło 6 miesięcy, a w początkowej fazie miłości nigdy od kobiet nie biorę pieniędzy. Z Tobą to co innego. Kocham Cię równo 30 lat.

Przepraszam za kłopot

Ręce Twoje aż do krwi całuję

Twój

zawsze życzliwy

Frąckowiak − działacz terenowy


Wisełka, która już w 1966 roku pożegnała redaktorowanie w „Życiu Literackim” i została wolnym strzelcem, cierpiąc niekiedy na − jak powiada Gombrowicz − suchoty sakiewki, wysupłała z niej jednakowoż parę dukatów i weszła w skład czternastoosobowego Jury Niezależnej Nagrody Literackiej, nabitego cekinami nazwisk, od Słonimskiego, po Jastruna, Ważyka, Herberta, Barańczaka. Lipskiej z jakichś powodów nie udało się zwerbować. Widać trzydziestoletnia autorka Domu Spokojnej Młodości miała w tym czasie zbyt wiele do stracenia.

Gdy wybucha tzw. sprawa Majkela (wedle pisowni Szymborskiej, od dziecka francuskojęzycznej i bezradnej w mówionej angielszczyźnie), znów mowa o Krynickim i Herbercie jako o miłych, a nawet pożądanych językowo towarzyszach podróży do Londynu po obiecane dwieście funciaków. Ale Herbert, jako bywały w świecie, proszony przez Szymborską o radę w sprawie Michaela Marcha, organizatora pikników poetyckich między Wschodem a Zachodem, ostrzega muchy przed lepem i zwyczajnie nie radzi wstępować do mętnej wody. A przy okazji na kredowym (ad credo) papierze pisze − już bez pomocy błazna Frąckowiaka − jeden ze swych najlepszych i najbardziej charakterystycznych listów. Ostrożny aż do podejrzliwości czy po prostu mądry i doświadczony Herbert nie pozwalał wodzić się za nos i nie zamierzał sprzedawać swej niezależności żadnej ze stron. Wolał wiedzieć, z kim i z czym ma do czynienia. Jego spory list z pięknego Kazimierza nad Wisłą, pisany późną jesienią 1981 roku, krok od stanu wojennego, chciałoby się najchętniej przytoczyć w całości…

Kochana Wisełko,
nawet nie wiesz jaka to rozkosz siedzieć w pustym pokoju, za plecami jesień, i pisać list do Ciebie. Czuję się jak Eugeniusz Oniegin.

Pytałaś Złotko co sądzę o londyńskiej imprezie. Perspektywa spędzenia z Tobą paru dni w Londynie − pogaduszki z Keats’em, herbatka u Królowej, zwiedzanie galerii − och to wszystko jakież nęcące! Dostrzegam jednak kolce które ma ten kwiat znikliwy, widziany oczami duszy. Oto one:

Nie mam zamiaru żebrać w Ministerstwie Kulturalnym żeby zapłacili mi za bilet. W młodości też tego nie robiłem więc dlaczegóż miałbym na starość.

Suma jaką proponuje Michael March (zwany dalej Człowiekiem Wrażliwym) – 200-300 funtów za występ, godna jest grzechu obnażania, ale zupełnie nie jestem pewien czy realna […]. Naciskany Człowiek Wrażliwy dawał mi mętne odpowiedzi w kwestii źródeł pieniężnych. Sam biedny jak mysz. […]

Człowiek Wrażliwy […] pisuje wiersze ulotne i obdarza mnie od lat uciążliwym uwielbieniem (nie tylko zresztą mnie). Należy do rasy silnej jak insekty, która zniszczy wszystko po drodze, by dopiąć jakichś, sobie wiadomych tylko celów.

Człowiek Wrażliwy jest Amerykaninem z pochodzenia ale ma wstręt do Kapitalizmu, który zabija Ducha. Umiłował naszą umęczoną Ojczyznę, gdyż w niej − jak sądzi − bije czyste źródło wierszopisarstwa. […]

Człowiek Wrażliwy występuje w Sarmacji na różnych jesieniach poetyckich i uważa że wszystko fajnie. Gdy wielokrotnie tłumaczyłem mu kondycję ludzką tutaj − mrugał oczkami i nic nie chciał zrozumieć.

Ja takiej wrażliwości okropnie nie lubię − wolę mieć do czynienia z normalnymi bandytami.

To wszystko są moje pokątne opinie i w żadnym przypadku nie chciałbym wpływać na Twoją decyzję. Obowiązek przyjaźni nakazuje, aby powiedzieć Ci wszystko co myślę i czuję.


Ostrzeżona przed nieprzemakalną lewicą Zachodu − uznawaną cynicznie na Wschodzie za gromadę „pożytecznych idiotów” − raz już ciężko sparzona Szymborska w liście do Frąckowiaka, co zmienia nieco tonację z serio na buffo, podziękowała w typowy dla siebie sposób za przestrogę i lekcję koleżeńskiej czujności:

Kochany Frąckowiaku!
W pierwszych słowach mojego listu donoszę Ci, że powodzi mi się dobrze i że Twój Łaskawy Pan zdjął mi kamień z serca swoim do mnie listem własnoręcznym. Cała sytuacja mi się wyjaśniła i chwała Bogu do Londynu nie pojadę. Majkel zawraca mi głowę po angielsku, którym to językiem posługuję się mniej więcej tak jak prywatnym samolotem […]. Do Londynu miałam zamiar pojechać nie tyle na występy, ile raczej po zakup kilku żarówek, kilku paczek zapałek i kilku kostek maggi.


Od nawiedzonego entuzjasty, który zresztą za parę lat przyswoi angielszczyźnie Barbarzyńcę w ogrodzie (Barbarian in the Garden, 1986) i kilka ważnych liryków Herberta, więc może niekoniecznie był agentem, do bezwzględnych insektów i zwyczajnych bandytów, a z drugiej strony od wieczoru poezji w gronie przyjaciół do paru żarówek i kostek maggi… Czujemy, że nie jest to taka sama skala i amplituda, że to dwie odmienne osobowości, które wcześniej czy później, przy walnej pomocy polityki i zacietrzewionych entuzjastów-patriotów, muszą odejść ku swoim horyzontom, w inne rejony odczuwania świata. Tam, gdzie Zbyszek się zacietrzewiał, dociskał moralny pedał, przywdziewał grymas Nieprzejednanego, ubierał w togę Katona i czako huzara Śmierci, Wisełka odpuszczała, schodziła furii z drogi, przechodziła do piano. Zamiast frontalnego ataku i obuchem w czerep proponowała oblężenie i podkop, może nawet obejście wąwozami dyskretnej ironii. Ale i ona, po swojemu, walczyła, nie rezygnując po drodze z piękna jako sojusznika i sprzymierzeńca mocujących się z dżumą. Nie musiała u siebie dokonywać żadnych redukcji na rzecz… (poza redukcją ideologii – hurtem – w 1955−1956 roku). Bolesne wysuszenie, mordercza asceza jednoczynnościowych rewolucjonistów, bilansowanie strat i okaleczeń, jakie znajdziemy u Herberta choćby w znakomitym wierszu-liście Do Ryszarda Krynickiego (Raport z oblężonego Miasta, 1983), to nie był jej problem i jej przypadek. Myślę jednak, że zawsze − co widać w „redaktorskich” i najzupełniej prywatnych listach – lubiła i doceniała niesfornego acz prostolinijnego Herberta i czekała na jego utwory. Zaciekawiała ją, a może nawet jej imponowała jego rogata dusza, jasne stawianie sprawy, nieco błazeńska osobność, nieuchwytność, nieobliczalność, jego wyślizgiwanie się z pułapek zastawianych przez System i Czynniki na integralną i świętą wolność Osoby ludzkiej, na niezawisłość Artysty. Wreszcie cena, jaką za to płacił. Zbyszek uzupełniał ją o coś, czego w sobie nie czuła czy nie miała, i w ten sposób paradoksalnie wzbogacał jej duszę i poezję.

Jednym z najlepszych i najbardziej znaczących zdjęć naszych luminarzy jest to (autorstwa P. Grzybowskiego) z pogrzebu Zbigniewa Herberta na Powązkach 1 sierpnia 1998 roku. Osieroceni Miłosz i Szymborska. Pęknięty triumwirat. To nie żart. Oni to mają wypisane na twarzach. Rozpada się oto pole magnetyczne, bo nagle zabrakło jednego z biegunów czy centrów. I cóż mają do tego podrożne miny, grymasy i dąsy, a nawet gniewy i kłótnie „na całe życie”, jak ta latem ’68 w Kalifornii u Carpentierów, po bourbonie. I cóż ma do tego szczwalnia i ślina małych ludzi?

Jest 1961 rok, jesień. Nasi bohaterowie od listów osiągają pełnię formy; mają po trzydzieści parę lat. Właśnie redaktor Wisława Szymborska wywalczyła − w ciężkim starciu z „Twórczością” − druk ważnego wiersza Herberta Studium przedmiotu, tytułowy wiersz ukazującego się właśnie tomu. Jest zadowolona, choć, jak wszystko na to wskazuje, tomik wyprzedzi „pierwodruk” – prezentację w „Życiu Literackim”. I wiersz, i tomik ocenia tak wysoko, że obiecuje w zamian wydziergać na drutach Herbertowi „sweter na zimę”. W swetrze czy bez swetra Herbert ze swej strony skomplementował Szymborską za tomik Sól (1962) w słowach pełnych entuzjazmu, przynoszących mu chwałę i zaszczyt. W liście z grudnia 1962 roku napisze bez ogródek: „To jest najlepszy tom wierszy jaki ukazał się po wojnie” 2, choć patos tego zdania po swojemu osłabi nieszczęsnym Frąckowiakiem po stronie nadawcy na kopercie i miłosnymi duserami w zakończeniu: „Wisełko, Wisełko, ściskam Cię, tulę, zatulam, ogarniam i wielbię. […] Do stóp kornie się chylę Zbigniew”.

Szymborska mniej więcej w tym samym czasie przeczyta z prawdziwym zachwytem − czemu się trudno dziwić − Barbarzyńcę w ogrodzie (1962) i swój podziw dla autora spuentuje mądrym, entuzjastycznym listem (który po dwudziestu z górą latach Herbert przekaże, razem z poetyckim listem Do Ryszarda Krynickiego, Zakładowi Ossolińskich we Wrocławiu). Na egzemplarzu Barbarzyńcy, podarowanym przyjaciółce, Herbert − tym razem szczęśliwie bez najmniejszego udziału Frąckowiaka − pozostawi słowa, w które wierzymy, które się pamięta…

Kochana Wisławo,
przyjm tę książeczkę, ofiarowaną Ci z miłością i szacunkiem.

Wiem że nie jest ona warta nawet grama Twojej Soli.

Tak się głupio chowamy za ironią ale dla Ciebie

mam ciepłe i bezradne uczucie.


Można bardziej wielkodusznie i szlachetnie?

Wisława Szymborska, Zbigniew Herbert: Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie. Korespondencja 1955−1996.
Redakcja i opracowanie edytorskie Ryszard Krynicki.
Wydawnictwo a5,
Kraków 2018. Str. 170.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.