07-08/2019

Leszek Bugajski

Duch w Pilchu nie ginie

Kiedy Jerzy Pilch, dobiegając sześćdziesiątki, zaczął na przełomie wieków przekształcać swoje dość regularnie publikowane w czasopismach i uznawane za mistrzowskie felietony w dziennik, wyglądało to na fanaberię pisarza, którego talent rozkwitł w pełni i który – praktycznie rzecz biorąc – mógł sobie pozwolić na wszystko. I pozwalał na wiele. To, że świetnie pisał, to nie jest sprawa, którą dzisiaj trzeba by było sobie zawracać głowę. Tym, co było przede wszystkim interesujące w jego pisarstwie, była „gra autobiograficzna”, jaką prowadził z czytelnikami, wplatając do prozy wątki ze swojej biografii, zresztą – jak się można domyślać – nie zawsze prawdziwe, częściowo autokreacyjne. Do tego literatura nas przyzwyczaiła, ale Pilch miał jeszcze drugie mocne narzędzie ułatwiające mu swobodne mieszanie w jego pisaniu – felietony, w których też niby nawiązywał do wątków autobiograficznych, ale że felieton to gatunek jednak dziennikarski, musiały być one bliższe prawdy, podobnie jak liczne udzielane wtedy przez niego wywiady. Początkowo więc teksty „dziennikowe”, publikowane na bieżąco w czasopismach, odgrywały rolę felietonów.

Kiedy jednak w 2012 roku ukazały się wydaniu książkowym, stało się jasne, że to, co otrzymaliśmy – mimo tytułu – dziennikiem nie było i tak o tym wtedy napisałem. Dziennikiem w sensie ścisłym, jakby można było dopowiedzieć ulubioną frazą Pilcha. Zapiski wprawdzie były datowane, ale daty odgrywały w nich rolę powiedzmy taką, jak śródtytuły – spostrzegliśmy wtedy, że to nie jest zbiór rozrzuconych tematycznie felietonów, ale seria połączonych ze sobą esejów na istotne tematy. Pilch zresztą wcale tego nie ukrywał, przeciwnie, z jakąś perwersyjną radością co jakiś czas przypominał czytelnikowi, że tekst który ma przed oczyma „nie uwzględnia okoliczności zewnętrznych” (jak powinien regularny dziennik) albo że poddany jest „rygorystycznej cenzurze wewnętrznej” (co – oczywiście tylko teoretycznie – w prawdziwym dzienniku zdarzać się nie powinno).

„Co to więc jest, co Pilch przedstawił nam wtedy po raz pierwszy pod tytułem Dziennik i po co to zrobił? – zapytałem sam siebie w 2012 roku. – Odpowiadając na pierwszą część pytania, najłatwiej powiedzieć, że to modny ostatnimi czasy typ literatury, który mądrzy ludzie określają mianem sylwy, czyli – mówiąc zwyczajnie – zwierzanie sie pisarza na różne tematy, rozliczanie się z ważnymi dla niego sprawami, wspominanie autobiograficznych przypadków, a wszystko przedstawione w sposób łączący powagę z lekką formą rozładowującą napięcie, jakie mogłaby wywołać u czytelnika owa powaga. A po co to? Ano pewnie po to, że Pilch postanowił chociaż na rok, dwa wyzwolić się spod dyktatu fabuł, do wymyślania których jest zobowiązany jako prozaik i które potem musi mozolnie relacjonować. I także po to, że zapragnął (to nadal tylko moje domysły) uciec tak daleko, jak się da, od dyscypliny, jaką narzuca autorowi regularne uprawianie felietonistyki, która niby jest lekkim i swobodnym gatunkiem, a tak naprawdę wymaga morderczej dyscypliny zarówno od strony codziennej logistyki, jak i pisarskiego warsztatu (oryginalny temat, precyzyjnie określona objętość tekstu, starannie obmyślona puenta itd.). Pisząc tekst taki, jakim w efekcie okazał się Dziennik, Pilch spuścił siebie samego ze smyczy, wrzucił na luz i mógł oddawać się najbardziej meandrycznym wywodom, dbając tylko o to, by były logiczne i przykuwały uwagę czytelnika. O to jednak akurat nie było mu trudno, bo myśli logicznie i zdroworozsądkowo w sposób naturalny, a językiem pisanym posługuje się tak, jak mało który z użytkowników polszczyzny”.

Dziennik okazał się poruszającym utworem literackim – opowieścią o tym, jak dojrzały człowiek, który myślał, że jeszcze wszystko przed nim, uświadamia sobie, na skutek zdrowotnych dolegliwości i zbliżania się do nieuchronnych sześćdziesiątych urodzin, że praca nie idzie już tak jak dawniej, ujawniają się dziury w pamięci, że do świadomości dociera to, iż nie napisze się tego, co by się chciało, nie pojedzie się tam, gdzie byłoby fajnie pojechać, że kobiety i alkohol nie smakują już tak jak kiedyś, a właściwie to niekiedy zamiast milsza jest lektura książki, którą się już czytało przed laty. To po prostu opowieść o uświadamianiu sobie, że nieuchronnie zbliża się starość. Starość jest wdzięcznym tematem literackim i powstaje coraz więcej utworów opisujących ją, nawet humorystycznych, można nawet powiedzieć, że w ostatnich latach narodziła się moda na pisanie starości, ba, przedarła się ona także do kultury popularnej, co dotychczas raczej się nie zdarzało. W wykonaniu Pilcha pisanie o starości ma jednak szczególny ciężar, przez wspomnianą na początku „autobiograficzną grę”, jaką podjął z czytelnikiem. Inaczej bowiem wygląda opis starości z jej wszystkimi dolegliwościami i ograniczeniami życiowymi przyrządzany przez pisarza, który – jak badacz nowych terenów – przygląda się jej z zewnątrz, a inaczej, gdy pisarz odgrywa przed czytelnikiem teatr autobiografii i opowiada mu, jak czuje na gardle zaciskającą się coraz silniej pętlę starości. Zawsze bowiem czytelnik odnosi to wszystko, co czyta, do konkretnego człowieka i jego dolegliwości, dramatów itp., bo zatarte są granice między fikcją i prawdą, narratorem i autorem.

Tymi motywami – jak mi się wydaje – bawił się Pilch jeszcze w Drugim dzienniku (2013), jeśli oczywiście powiedzenie, że to zabawa, nie jest nazbyt frywolne. Ale zapiski w nim zawarte obracają się wokół dręczącej autora choroby, są czymś w rodzaju rozpoznania coraz bardziej skromnych życiowych możliwości, dostosowywania się do nasilających się ograniczeń. Oswajanie dramatu – można powiedzieć. Oswajanie też przez opowiadanie, jak choćby w głośnym, a nawet wstrząsającym wywiadzie z maja 2015 roku.

Od tego czasu minęło kilka lat, w których nie wiadomo, czy powstawały następne zapiski „dziennikowe”, jak zmieniał się stan zdrowia pisarza, co zaszło w jego życiu. I oto teraz, w 2019 roku, ukazał się Trzeci dziennik, obejmujący zapiski z okresu: 7 maja 2017 – 15 lipca 2018 roku. W ciągu sześciu lat dzielących drugi i trzeci tom dziennika Pilcha ukazały się trzy jego nowe powieści. Ale są to powieści bardzo różniące się od tej jego prozy, którą zauroczył czytelników w latach 1988–2013. Po pierwsze krótkie, a po drugie ich język się zmienił w porównaniu z tymi, które rozsławiły Pilcha. Brak w nich charakterystycznej rozkołysanej frazy – zastąpiły ją krótkie zdania, brak w nich postaci drugoplanowych – jest narrator i kobieta albo po prostu narrator i jego pamięć oraz wyobraźnia. A więc barwna proza przekształciła się w prozę ascetyczną. Gdy w 2015 roku ukazała się pierwsza z tych powieści – Zuza albo czas oddalenia – napisałem, że sprawia wrażenie, jakby powstała na przekór wszystkim okolicznościom, i że wzrusza, bo pisarz przedstawia ją czytelnikom, wiedząc doskonale o tym, że nie jest to utwór taki, jaki chciał napisać i jaki mógłby napisać, gdyby był w dobrej formie zdrowotnej. Jest wobec niego w poruszający sposób bezradny, a jednak przedstawia go, jakby mówiąc: trudno, tyle i tak mogłem zrobić i tyle wam daję, bo więcej nie mogę. Sam zresztą wyznał w wywiadzie, że Zuza… „powinna być siedmiusetstronicową książką, a jest tylko szkicem do powieści. Jakby Pan Bóg pozwolił, to zaryzykowałbym i napisał ją raz jeszcze”. Potem wyjaśnia – wszystko przy odsłoniętej kurtynie – co by zrobił z powieścią, gdyby mógł, i czego w niej brakuje. Ale i ten „szkic” ma swój urok, podobnie jak o rok późniejszy Portret młodej wenecjanki. W końcu Pilch umie pisać i znalazł sposób na przełamanie ograniczeń, którymi skrępował go los. Jest to więc – wtrącam bez ironii – pisarstwo heroiczne.

Z kolei Żywego ducha to powieść wygląda na domknięcie tego cyklu. Bo o ile obie poprzedzające ją opowiadają o relacjach mocno dojrzałego narratora z fascynującymi go młodymi kobietami, o – w gruncie rzeczy – zamierających i przenoszących się do wyobraźni relacjami z nimi, o tyle w tej takie relacje już nie występują. Nie mogą, bo świat, w którym obudził się narrator tego utworu, to świat bez ludzi. Nagle i tajemniczo wszyscy zniknęli, i to tak radykalnie, że nie ma po nich najmniejszego śladu. Jest tylko on. Oczywiście Pilch rozpracowuje tę sytuację w różnych jej wariantach: narratora dręczy problem tego, co się stało, cieszy go pełna wolność i bezkarność – może na przykład do woli przywłaszczać sobie książki z bezpańskich księgarń, może przebierać się w supermarketach, ile chce i jak chce, co przy jego dbałości o elegancję ma kolosalne znaczenie, choć też ma przy tym świadomość, że ta elegancja jest absurdalna, bo nikt poza nim jej nie dostrzeże. Mnóstwo jest w Żywego ducha rozważań o położeniu narratora tej powieści, jest kilka delikatnych sugestii, co do jego statusu, że tak powiem, ontologicznego: oszalał?, umarł?, wstąpił do nieba? Ale nie one są istotne.

Istotne jest to, że ta powieść, której narrator ma około dziewięćdziesięciu lat, jest czymś w rodzaju alegorii starości. Odczucie pustoszejącego wokół niego świata jest podstawowym doświadczeniem starości – ten, który dożywa starości, widzi, jak wymierają jego rówieśnicy, przyjaciele, znajomi, i czuje, że zostaje sam, że coraz trudniej nawiązać mu kontakt i złapać porozumienie z tymi, którzy go otaczają. Jego świat się kończy, bo ci, którzy go rozumieją, którzy budowali wraz z nim wspólnotę tego świata, znikają, więc świat pustoszeje. Pilch opisał to w sposób radykalny – świat stał się pusty w znaczeniu dosłownym. I to jest, jak się zdaje, finał dotychczasowych powieściowych gier pisarza ze starością, najpierw nieśmiałych (w pierwszej powieści), potem kokieteryjnych, a później coraz bardziej dosłownych. To było coś w rodzaju – jak to się niekiedy mawia – ucieczki do przodu: starość się zbliżyła, to pójdę ostro do przodu, wyprzedzę stan obecny i na ten etap starości będę mógł patrzeć ze spokojem, bo to nic w porównaniu z tym, co jest w starszej starości.

I w takim oto momencie tego procesu trafił do nas Trzeci dziennik Pilcha. Na pierwszy rzut oka można do niego odnieść wszystko, co dotychczas napisałem o jego dzienniku, ale jest też wiele różnic. Przede wszystkim, jak podkreśla autor, nie były fragmenty tego tomu wcześniej publikowane, jak to się działo w przypadku poprzednich, czyli że mamy do czynienia z utworem w ogólnych zarysach zaplanowanym jak utwór literacki (jest nawet w nim – podobnie jak np. w Zuzie… – klamra narracyjna). Jest w nim zresztą sporo fragmentów autotematycznych, między innymi o różnicach pomiędzy pisaniem fikcji a dziennika, nawiązań do innych publikowanych dzienników, jakby Pilch pracował jednocześnie z pisaniem Trzeciego dziennika nad formą takiej hybrydy gatunkowej, jaka mu powstaje pod palcami stukającymi w klawiaturę i studiował dokonania innych autorów. Tak jak mówił w wywiadzie, że Zuza… jest zaledwie szkicem powieści, tak o Trzecim dzienniku można powiedzieć, że jest wstępnym szkicem do kolejnej, wielowątkowej, barokowej od strony formy, o której może myślał, pracując nad ascetycznym formalnie Żywego ducha. Zapiski nawiązujące do niej pojawiają się w Trzecim dzienniku, bo pisanie obu tych książek do pewnego momentu przebiegało równolegle. To, najogólniej, tyle o „statusie genologicznym” tego, co Pilch opublikował. Literaturoznawcy będą się nad tym jeszcze pochylać z uwagą, ale za jakiś czas.

Najbardziej uderzająca różnica pomiędzy Trzecim dziennikiem a poprzednimi dwoma jest taka, że w tym okresie, w którym powstawał, Pilch – a ściślej rzecz biorąc, narrator jego dziennikowej prozy – był już pogodzony ze starością, już nią i chorobą nie epatuje czytelników i chyba sam się już tym nie dręczy. Jest bardziej dyskretny, niekiedy aluzyjny. Może uznał, że nic już więcej nie powie o swoim parkinsonie, że nie przeskoczy (!) samego siebie, bo ileż można pisać o dolegliwościach, już raczej szukać trzeba w tej dramatycznej i chyba nieodwracalnej sytuacji, w jakiej się znalazł, dobrych stron czy próbować się tym bawić. Tak na przykład tłumaczę sobie obecność w Trzecim dzienniku sporego omówienia rozdziału Kinetyczna melodia: choroba Parkinsona i terapia muzyczna z książki Muzykofilia. Zresztą wiele istotnych spraw załatwia Pilch, cytując fragmenty ważnych dla siebie dzieł literackich, zostawiając czytelnikowi zrozumienie, o co mu chodzi (cytat z Montaigne’a o chorobach). Albo wyimkami z wywiadu – na przykład wtedy, gdy dochodzi do sprawy seksu osób starszych czy wręcz starych. W tej części jego dziennika bardzo wiele spraw dzieje się (ukrytych jest) pod powierzchnią tego, co czytelnik dostaje w słowach. Czytać więc trzeba go z uwagą i podejrzliwością, bo autor sam zastrzega, że pisząc, zabiera się za karkołomne przedsięwzięcie, bo jest unieruchomiony w swoim mieszkaniu, bo polityka interesuje go coraz mniej, a właściwie to świat przestaje go zajmować („Świecie, odpierdol się” – rzuca w którymś momencie). Czyli nie ma tego budulca, który stanowi znaczną część wszystkich innych literackich dzienników. Wchodzi w głąb siebie, bo tylko tam dzieje się coś interesującego dla niego – we wspomnieniach, w lekturach (np. niespodziewana tyrada o J.D. Salingerze, słusznie zapomnianym, porzuconym bożyszczu naszego pokolenia). A nawet jak coś istotnego zdarzyło się w jego życiu, to też przemyka w jednym napomknieniu, jak podszyta żalem kpina z matki, która widzi wszystko, a nie dostrzega (nie chce zobaczyć), co się zmieniło na jego palcu.

Duch jest żywy, choć ciało może coraz bardziej mdłe. I z tego narrator Trzeciego dziennika czerpie teraz radość. Ostatnie słowa, z jakimi zostawia czytelnika, brzmią: „moja starość to jest najświetniejszy czas, jaki kiedykolwiek był mi dany”.

Jerzy Pilch: Trzeci dziennik. 7 maja 2017 – 15 lipca 2018.
Wydawnictwo Literackie,
Kraków 2019, s. 184.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.