11/2018

Marek Klecel

Epitafium dla poety

Magdalena Czajkowska, którą Zbigniew Herbert poznał w Londynie jeszcze w końcu lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku razem z jej mężem Zbigniewem Czajkowskim (emigranckie małżeństwo uchodzące po Powstaniu Warszawskim na Zachód), w liście napisanym już po śmierci poety przypomniała starożytne epitafium Kallimacha Na śmierć przyjaciela:


Gdy dowiedziałem się o Twej śmierci, rozpłakałem się, wspominając, jak często zmęczyliśmy naszą rozmową słońce, aż zaszło na krańce niebios.

Teraz, choć jesteś, drogi przyjacielu, garstką prochu leżącego w spokoju, wciąż głos Twój słowikiem brzmi w moich uszach, bo śmierć bierze ze sobą wszystko, lecz tego odebrać nie może…


Herbert mógł znać to epitafium, pochodzące z tzw. Antologii Palatyńskiej, która zawierała zbiór poezji różnych poetów późnej starożytności. Panuje w niej nastrój nostalgii, przemijalności, zmierzchu, skończoności. Z tego samego źródła można przytoczyć wiele podobnych żałobnych pożegnań, często pesymistycznych, ale i nieraz przewrotnie budzących nadzieję, jak choćby takie w przekładzie Zygmunta Kubiaka, celnie odnoszące się do tej korespondencji − Żeglugą jest życie: „Jednym darzy się podróż szczęśliwa. Inni żeglują wśród niedoli, lecz wszyscy do jednego portu. Płyniemy w śmierć”.

Jednakże i ta korespondencja, i inne listy: do mistrza filozoficznego Henryka Elzenberga, do Miłosza czy Zawieyskiego, a zwłaszcza do najbliższej rodziny pokazują inną, jaśniejszą stronę życia Herberta, przynoszą pogodniejszy portret poety, jego profil z niewymuszonym uśmiechem, prywatny, pełen serdeczności w porozumiewaniu się z innymi, humoru i ironii, nie bez dystansu do samego siebie. Ukazuje się w nich Herbert jako człowiek towarzyski, pełen ciepła i przywiązania do przyjaciół, a zarazem twórczy, pełen ciekawości świata i poetyckiej pasji, co widać nawet w krótkich, niby zdawkowych listach czy w zwykłych kartkach pocztowych pisanych z podróży, z odwiedzanych miejsc znanych z zabytków i dzieł sztuki.

Odjazd z Itaki
Ta korespondencja do wielu różnych przyjaciół pochodzi z okresu chyba najszczęśliwszego w jego życiu, gdy mógł się wyrwać z kraju za żelazną kurtyną, z oblężonego miasta PRL, gdy zaczął podróżować do źródeł Europy, a zarazem do współczesnych centrów kultury, tętniących nowoczesnym życiem, do mitycznego często Zachodu. Był to nie tylko szczególnie twórczy czas w jego życiu, ale może i najbardziej czynny, ruchliwy, zmienny. W kilku podróżach wędrował po Włoszech, Francji, Anglii, Grecji, Holandii, by stamtąd przywieźć Barbarzyńcę w ogrodzie, Labirynt nad morzem, wydany w książce dopiero pośmiertnie, Martwą naturę z wędzidłem, wiersze z tomów Napis, Pan Cogito. W tym samym czasie dawał też wykłady o literaturze w USA, przebywał na stypendiach, odbierał nagrody, a także musiał prowadzić własną strategię przechytrzania władz PRL, by wróciwszy do kraju, móc jednak z niego wyjeżdżać. Bo nie zdecydował się nigdy na emigrację, zamknięcie za sobą drzwi i pozostanie na obczyźnie, co wówczas w jego sytuacji było na pewno możliwe, a dla władz PRL w owym czasie nawet wygodne.

Opisuje to wszystko w swoich listach z niezmiennym humorem i poczuciem dystansu do wydarzeń i do samego siebie. Jest powściągliwy w uczuciach, niezbyt wylewny, ale zawsze wyraża swe przywiązanie i wdzięczność wobec przyjaciół. Również w tych listach prowadzi swoistą grę literacką z konkretnym tym razem czytelnikiem, ukrywa się często pod maską ironii, nieraz nawet błaznuje, opowiadając wdzięczne historyjki, jest niemal rozrywkowy. Zawsze jednak zobowiązany wobec tych przyjaciół, którym zawdzięczał wiele ze swych podróży, w tym tych najważniejszych po Grecji, wędrówkę po wyspach i archipelagach Morza Egejskiego szlakiem Odysa, Tezeusza, Agamemnona. Opowiada anegdoty o perypetiach i niespodziankach podróży zawsze z poczuciem humoru. Podczas podróży do Athos zerwała się burza.

Trzymam się burty – opowiadał Herbert – inni też. Zaczyna się rzyganie na prawo i lewo. Przede mną młoda Francuzeczka, nie choruje, ale widzę, jak strugi łez płyną po jej twarzy. Z tyłu za nią sztywno siedzi Anglik i… czyta gazetę „The Times”. Tu ludzi rzuca na prawo i lewo, a on z całym spokojem czyta! Przypatruję mu się baczniej i widzę, jak co jakiś czas się schyla, dyskretnie wymiotuje w gazetę, odrywa wewnętrzne strony i wyrzuca mały pakuneczek za burtę.


Cień Minotaura
Czytałem listy Herberta razem z ostatnią, wydaną już pośmiertnie eseistyczną książką Labirynt nad morzem1. Była ona bezpośrednią kontynuacją Barbarzyńcy w ogrodzie i składała się ze szkiców i esejów o antycznej Grecji napisanych w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku, ale musiała czekać kilkadziesiąt lat na wydanie jako nieomal symbol przedłużonego pośmiertnie życia PRL, jako plon nadmiernego żywota cenzury. Korespondencja z przyjaciółmi uzupełnia dodatkowo tło powstawania Labiryntu. W osobnym komentarzu Magdalena Czajkowska opisuje to, co nie mogło znaleźć się w listach: podróże lądowe i morskie po Grecji i jej wyspach, od Akropolu, przez Korynt, Delfy, Epidauros, Mykeny aż do przylądka Sunion. W Labiryncie nad morzem znalazły się z czasem odpowiednio, prócz tytułowego, eseje Akropol, Próba opisania krajobrazu greckiego, Sprawa Samos, Duszyczka. Opowiadając o labiryncie Krety i potworze Minotaurze, Herbert mówi też o własnym spotkaniu z potworem. Bo niewątpliwie spotkał się z potworem swojego ponurego czasu. Stawił mu czoło, choć nie walczył wprost, podjął jednak nierówną grę o własną duszę, kluczył, przechytrzał go, egzorcyzmował mową poety, ironią, śmiechem. Nie uległ mu wewnętrznie, choć potwór nastawał, więc poznał go zbyt dobrze, nie paktował z nim jednak, nie dał się „ukąsić”, zwieść zbiorowemu pędowi. Czy uchroniły go klasyczna mowa i forma, śródziemnomorska pogoda, pamięć Europy i jej źródeł, do których pielgrzymował w swych podróżach po miastach Italii, Francji, Holandii? Czy może sokratejski duch przeczenia, zwany dajmonionem, który nie podpowiada wprawdzie, co należy czynić, lecz ostrzega, czego nie robić. W końcu jednak jakiś potwór może dopaść nas wtedy, gdy się tego nie spodziewamy, gdy wydaje się już oswojony, niegroźny, a my czujemy się wyzwoleni i bezpieczni. Życie i śmierć Herberta przypomina właśnie o tym, że nigdy nie będziemy zabezpieczeni, pewni swego, uwolnieni na zawsze od niepokoju, że nie będziemy rozstrzygać ostatecznie o swym własnym losie. On wiedział o tym wcześniej.

W eseistycznej i poetyckiej twórczości Herberta splata się w całość historia, mitologia i współczesność, związane ze sobą dzięki wyobraźni, osobistemu doświadczeniu poety i jego poetyckiemu słowu. Nie są to utwory czysto erudycyjne, czysto intelektualne czy estetycznie wyrozumowane, choć są oczywiście wybitnie literackie. Herbert jest wyczulony na kształt chwili, wygląd rzeczy, na barwę i nastrój przemieniającego się życia, które pozostawia za sobą ślady i świadectwa, będące zarówno miarą upływu czasu, jak i ludzkiej w nim obecności. Sztuka Herberta polega na tym, że nadaje on czy raczej odkrywa, odsłania, ujawnia te różne kształty życia z przeszłości, ożywia je i dramatyzuje, a zarazem pozostaje sobą w swoim czasie, widzi dziejący się świat swoimi oczami, tkwi w tym, co jest mu dane bez żadnych iluzji i utopii, z gorzką mądrością opowiada przypadki ludzkości i przygodę własną; zgłębia, na ile to możliwe, tajemnicę życia i ludzkiego bytowania. W jego twórczości prócz poetyckiego kształtu łatwo odnajdziemy przesłanie i świadectwo poety i człowieka postawionego wobec wyzwań epoki. Jest tu i diagnoza czasów, i przesłanie o złożonym stosunku pisarza do świata, kultury, do człowieczej egzystencji. W eseju Duszyczka z tomu Labirynt nad morzem wyjaśnia, jak rozumie tradycję i współczesność, w sposób nie wymagający komentarza:

Jednym z grzechów śmiertelnych kultury współczesnej jest to, że małodusznie unika ona frontalnej konfrontacji z wartościami najwyższymi. A także aroganckie przeświadczenie, że możemy obejść się bez wzorców (zarówno estetycznych, jak i moralnych), bo rzekomo nasza sytuacja w świecie jest wyjątkowa i nieporównywalna z niczym. Dlatego właśnie odrzucamy pomoc tradycji, brniemy w naszą samotność, grzebiemy w ciemnych zakamarkach opuszczonej duszyczki. […] Biedni utopiści, debiutanci w historii, podpalacze muzeów, likwidatorzy przeszłości podobni do owych szaleńców, którzy niszczą dzieła sztuki, ponieważ nie mogą wybaczyć ich spokoju, godności i chłodnego promieniowania.


„Polityczna dobroduszność”
Herbert czuje się spadkobiercą, ale przecież nie piewcą, wyznawcą czy choćby badaczem całkowicie oddanym przeszłości, który z samozaparciem antykwarysty chce ją zatrzymać i przywrócić. Przeciwnie, jest człowiekiem dzisiejszym i tutejszym. Chce po prostu ogarnąć jak najszerzej przypadki ludzkiego losu niezależnie od czasu oraz meandry odległych dziejów, które nie powinny być nam obce i oderwane, wreszcie chce w tym wszystkim zawrzeć także przypadek własny, swą grę z losem, z bliźnimi i bliskimi, ale też z przeciwnikami czy wrogami, z którymi wspólnie się bytuje. Herbert nie drapuje się na mędrca, wieszcza ani moralistę, choć jako jeden z nielicznych poetów współczesnych zawarł w swojej twórczości pewien kodeks moralny, ethos, o którym literatura powinna świadczyć. Nie jest na wskroś nowoczesny, bo z ironią opisuje pychę, hybris współczesnego człowieka, który czuje się poniekąd potomkiem Prometeusza, a jest wykorzeniony niczym antyczny Anteusz z tego, co wspólne, choćby i odległe w czasie, sprawdzone i możliwe do przejęcia jako mądrość ludzkości. Diagnoza Herberta powstającej od lat sześćdziesiątych i panującej do dziś ideologii jest przenikliwa i przewidująca. Już na początku lat siedemdziesiątych opisywał trafnie sytuację duchową naszych czasów, pełne półwiecze przełomu XXXXI wieku w szkicu Poeta wobec współczesności:


Parę miesięcy temu wróciłem z Ameryki; w częstych rozmowach z wieloma moimi amerykańskim kolegami pojawiał się stały motyw o konieczności zaangażowania. Sam termin jest dostatecznie mętny, aby zniechęcić do używania go. Większość młodych ludzi na Zachodzie, parających się filmem, plastyką, literaturą, krzykliwie deklaruje, że jest po stronie różnie pojmowanej czy raczej odczytywanej lewicy. I często zastanawiam się, dlaczego dzieła będące wynikiem tej szlachetnej w swojej istocie postawy są niedojrzałe mentalnie, tak jakby głoszenie ideałów humanistycznych sprowadzało artystę w krainę banału. Zadawałem sobie po wielokroć pytanie, czy nie jest karą zbyt okrutną to, że polityczna dobroduszność przekreśla wartość artystyczną dzieła. […] Wyobrażenie, iż duch z natury swej – że posłużę się tu terminem społeczno-politycznym – stał po lewej, że zatem w zasadzie związany jest z ideałem wolności, postępu, humanizmu, ma w sobie coś przypadkowego. Jest to przesąd często już obalany. Duch bowiem może równie dobrze stać po prawej i to w zupełnej świetności.


Książki pośmiertne i wybór mitu
Labirynt nad morzem został wydany po śmierci poety. Czekał ponad trzydzieści lat, choć jego treść jest niewinna politycznie. Dla władz PRL Herbert był już jednak człowiekiem podejrzanym i niebezpiecznym w całości. Podobnie, dopiero po śmierci poety ukazał się zbiór jego wariacji mitologicznych, gromadzonych przez lata, Król mrówek. Opowiadając tu zamierzchłe z pozoru historie, posługuje się Herbert for­ma­mi i wątkami pochodzącymi z najodleglejszej często przeszłości, ale wypełnia je współczesną i własną treścią, mówiąc właściwie więcej o sobie niż o prawdach owej przeszłości. Używa mitów z początków ludzkiej pamięci, które są pierwotnymi opowieściami, a zarazem wzorcami, konstrukcją losów ludzi postawionych wobec kosmosu natury, jej sił i bogów, i półboskich postaci, herosów, bohaterów. Mit jest heroiczną i dramatyczną opowieścią o zbiorowych dziejach wpisanych w kosmiczne dzieje wszechświata. Ale Herbert używa mitu nie po to, by jeszcze raz opowiedzieć o tym odległym, sakralnym świecie, który jest przeciwieństwem naszego, a mit przeciwieństwem potocznej świadomości współczesnej, lecz po to, by dzięki temu kontrastowi, temu ironicznemu w skutkach zestawieniu, powiedzieć coś ważnego o stanie naszej kondycji i duchowym miejscu, w jakim się znaleźliśmy. W istocie Herbert dokonuje zabiegu przewrotnego, wpisuje nasze indywidualne, świeckie, powszechne i nieheroiczne przypadki losowe w konstrukcję mitów o Tersytesie, Narcyzie, Kleonidesie, Atlasie i innych raczej pobocznych mitów. I właśnie ten wybór jest znaczący. Poeta nie przywołuje kolejny raz heroicznych przykładów Antygony, Odysa, Edypa ani Orestesa, lecz wybiera mniej ważne, mniej znane postacie i mity, pomijane niejako w dostojnym orszaku bogów i herosów, choć mające swe znaczenie, a nam za to bliższe dzięki ich zwyczajności i zapomnieniu. Dopisuje im oczywiście własną interpretację, często przewrotną, ironiczną lub gorzką, tworzy też swoje wersje znanych mitów o Orfeuszu i Eurydyce, Prometeuszu, Minotaurze, Dionizosie. Są one na miarę człowieka, który stracił wiarę, wiarę nie tylko w bogów, bo są coraz bardziej odlegli, herosów, bo zginęli dawno przed nim, ale i wiarę w siebie samego, gdyż przestał być bohaterem dla samego siebie, przestał być nie tylko postacią z mitu, kroniki, historii, ale i z własnego życia, stając się indywidualną, niemal wirtualną fikcją znikającą łatwo w nietrwałej współczesności.


Zmierzch bogów
Bo i w istocie Herbert mówi o zmierzchu i upadku wszystkich, bogów, herosów i ludzi. Nie jest to tylko jego prywatna mitologia. Poeta posługujący się motywami tradycji, nieraz przewrotnie klasycyzujący, używający ironicznie gotowej poetyki, chce powiedzieć coś ogólniejszego i ważniejszego o naszej sytuacji, a nie tylko o własnych gustach i wyborach. Pośrednio opowiada także o naszym upadku, nowoczesnych, zadufanych w swoją moc ludzi, którym wydaje się, że żyją w epoce Prometeusza, nie pamiętając, że został on skazany na upadek. Opowieści, a właściwie skrótowe parafrazy mitologiczne, zawarte w tej ostatniej książce Herberta, mówią niejako o świecie sprzed końca świata, o końcu świata boskiego i nadprzyrodzonego, o zmierzchu odległego, wielkiego i wzniosłego świata, który nie skończy się już żadną apokalipsą, lecz zwyczajną, powszednią i szarą normalnością przetrwania, kończy się nowym mitem wiecznego, nie kończącego się bytowania z dnia na dzień. Przemiana Prometeusza w Syzyfa to byłby jeden z ważniejszych motywów nowoczesnej umysłowości, czego Herbert już nie dopowiada.

Lecz w istocie żadna nowa, współczesna mitologia nie da się, po prawdzie, utrzymać, rozlatuje się w posadach, losy bohaterów nie splatają się w całość, tragiczny finał często się nie zawiązuje, ogranicza się do nieszczęśliwych wypadków. Łatwo sobie wyobrazić, że współczesna Antygona przeżyje spokojnie do emerytury, bez konieczności wyboru między racjami wiary a racjami państwa i wspólnoty, wszystko bowiem da się załatwić i rozwiązać. Edyp wciela się w dr. Freuda, który wszystko może wyjaśnić przy pomocy nowej psychoanalitycznej teo­logii, by wyleczyć się z kompleksu Edypa, nie trzeba się zaraz zabijać czy oślepiać. Cóż na to bóg Hermes – psychopompos – przewodnik dusz w zaświaty, gdy dusz już nie ma? Też przeżyje, ma przecież lepszy fach w zanadrzu, jest od tej pory specjalistą od handlu, giełdy, marketingu, a też prawa, to znaczy omijania go, czyli demagogii. Tylko złośliwi nazywają go do dziś patronem oszustów i złodziei. Ulisses skończy nędznie w Dublinie, pijany i obłędny, zagubiony w sobie i w swoim mieście, nie musi w ogóle opuszczać swojej Itaki, bo jej już nie ma.

Razem z odejściem bogów upada i mitologia. Herbert spisuje jakiejś ślady, pozostałości, rozbite fragmenty, ostatnie wersje sprzed końca jej bohaterów. Zapisuje ostatnie strony mitologii. Nie można więc mieć nadmiernych złudzeń. W rezultacie mitologia staje się sztuką samą w sobie, pozostaje ekstraktem wszystkich losów, nieomal geometrycznym wzorcem nieskończenie wielu wariantów i przypadków nie tylko ludzkich, wzorem niemal abstrakcyjnym i idealnym, który niczego nie załatwia i nie przydaje się do niczego. We Wstępie do Atlasa, do którego poeta dołączył znaczący podtytuł Nota autobiograficzna, zwierza się w zawoalowany sposób:

Mitologia, jakiej uczono go w szkole, napawała go odrazą, była bowiem triumfem antropologicznej bestii

– nienawidził rasy zwycięzców i jego przymierze z pokonanymi wydawało mu się odziedziczone

– cała jego sympatia kierowała się ku zmęczonym bohaterom i dwuznacznym

– kochał potwora i skrzywdzonego

– czyż wiedza o potworach nie była dla niego propedeutyką historii?


I tak pan od mitologii stawał się także panem od historii.

Życie po śmierci
W twórczości Zbigniewa Herberta najważniejsze było oczywiście jego dzieło poetyckie, w którym łączył całą tradycję literacką i kulturową z nowoczesnymi środkami wyrazu, ale ważna też była jego postawa życiowa, moralny etos, a ściślej, zgodność tej postawy z przesłaniem ludzkim i moralnym jego utworów. Nie tylko dzieło literackie samo w sobie, ale i jego związek z życiem poety, potwierdzenie tego, co się głosi, własnymi wyborami i postawą. Tej postawy poety nie można pominąć. Literatura jako sztuka słowa, myśli i pewnych form komunikacji ludzkiej ma według niego szersze, zresztą w myśl dotychczasowej tradycji, nie tylko prywatne, zobowiązania społeczne i międzyludzkie. Nie trzeba przypominać, że Herbert nie uległ, jak wielu jego kolegów po piórze, wpływom komunizmu w najtrudniejszych latach PRL, ale trzeba też przypomnieć, że już parę lat po 1989 roku zabierał głos jako obywatel, sprzeciwiając się dominacji układu postkomunistycznego, ostrzegał i protestował przeciw zmowie i zdradzie elit, nie pozostawał obojętny wobec wybuchających kampanii kompromitowania polskości. Naraził się wtedy potężnym ośrodkom opinii, które projektowały rozwój Polski po 1989 roku. Nie zapomniano, nie wybaczono mu tego. Nie można jednak było powszechnie ogłosić: „ciebie już nie ma!”, jak to się działo w wypadku innych osób, które podobnie się zachowywały. Ruszyła więc machina pokątnej obmowy, plotki, insynuacji, powolnego wyciszania i unicestwiania. Dawny potwór, który nękał poetę, odżył w nowej postaci, jak w dawnych mitologicznych metamorfozach również podlegał pewnej transformacji. Tyle że nie był jak dawniej prostacki i toporny, lecz bardziej przewrotny, podstępny, wręcz demoniczny, pełen nieoczekiwanej manipulacji, hipokryzji, fałszu, demagogii. Był zaskakujący, bo w wykonaniu dawnych, a obłudnych przyjaciół. Przewrotny i złośliwy wcielił się w postacie dawniej, wydawało się, szlachetnych, honorowych wojowników o sprawę i idee. Na krytyczne wypowiedzi i postawę poety w połowie lat dziewięćdziesiątych XX wieku nikt wprost nie odpowiedział, otoczyło go złowrogie milczenie, osaczyła pustka w zdumionym, a wpływowym środowisku. Ale po śmierci poety pośpieszono natychmiast z diagnozą: niesłuszne poglądy i wypowiedzi z powodu głębokiej depresji, czytaj postępowa demencja, choć jednak nikt wprost nie powiedział, że niepoczytalność i choroba psychiczna. Potwór zbyt dobrze znany z minionych czasów został wykorzystany, napuszczony przez jego niegdysiejsze ofiary, pytanie, czy świadomie, że nie bez skutków i dla nich.

Potem nastąpiła ciekawa operacja wobec Herberta, oddzielenie jego dzieła od osoby, postawy, poglądów wypowiedzi poety, by wyróżnić samo dzieło, a usunąć wszystko inne jako zbędne. To prawda, że teraz przemawia za Herberta jego twórczość pisarska, ale dopóki trwa pamięć o poecie jako człowieku, dopóty także wzbogaca jego dzieło. Tymczasem dyskretna, trzeba przyznać, operacja „Poeta” przebiega dotąd tak, że polega na swoistej stylizacji życia poety na ponadczasowego, nieszkodliwego klasyka, estety, któremu odjęto życie, skończy się zaś na zbudowaniu okazałego pomnika i przeniesieniu go do muzeum, gdzie będzie stał wśród szacownych, choć martwych pamiątek, pozbawiony już wszelkich życiowych zaszłości. Ale czyż tego właśnie nie przewidział sam poeta, a właściwie Pan Cogito w swoim Przesłaniu:

− oni wygrają

Pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę

A kornik napisze twój uładzony życiorys.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.